
...czyli kolejna udana powieść autora rewelacyjnego „Dostatku”
REKLAMA
Michael Crummey – „Pobojowisko”
Pierwsze zdanie: „Ani przez chwilę nie był suchy.”
Ubiegłoroczna premiera „Dostatku” Michaela Crummeya okazała się być jednym z najjaśniejszych wydarzeń całego książkowego 2013 r. Oto bowiem - poza faktem, że otrzymaliśmy jedną z najlepszych powieści roku - ujawnił się nam nagle nikomu wcześniej nieznany pisarz z dalekiej Nowej Fundlandii, który, jak mało kto, potrafi opowiadać fascynujące historie w sposób nieco surowy ale również przystępny i co najważniejsze mocno absorbujący. Padały porównania do Marqueza i Faulknera, a mnie się jakoś od razu wydawało, że ten gość ma po prostu swój styl. I te przypuszczenia potwierdza teraz „Pobojowisko”, druga powieść Crummeya, znów świetnie przetłumaczona na polski przez Michała Alenowicza, szefa wydawnictwa Wiatr Od Morza. Powieść zupełnie inna i co prawda nie aż tak genialna jak wspomniany „Dostatek” (takie rewelacje nie zdarzają się zbyt często), ale mimo to reprezentująca kawał literatury najwyższych lotów.
Rzecz początkowo dzieje się oczywiście na Nowej Fundlandii. Mamy 1940 r. On nazywa się Wish Furey. Ona Mercedes Parsons, ale wszyscy mówią do niej Sadie. On przyjeżdża do Cove – jednej z osad rybackich na północnym wybrzeżu – razem z objazdowym kinem. Tam młodzi spotykają się i zakochują w sobie. Niestety jak to w wielu historiach miłosnych bywa, jest jeden acz zasadniczy problem. On jest katolikiem, a ona protestantką. A to jest Nowa Fundlandia, pełna religijnych uprzedzeń. Purytańska i nieustępliwa w swych przekonaniach rodzina Sadie nie zaakceptuje odmieńca, a Wish, który dla Sadie straci głowę, nie odpuści.
To się nie może udać. To się może skończyć źle. Nie zdradzę jednak co się stanie, bo nie chcę zabierać czytelnikom frajdy z lektury. Napiszę tylko, że on będzie musiał uciekać. Zaciągnie się do brytyjskiej armii. Popłynie walczyć na Pacyfiku. Trafi do japońskiego obozu jenieckiego blisko Nagasaki. Będzie tam uwięziony, aż do 9 sierpnia 1945 roku, kiedy... chyba wiadomo co tego dnia się stało. Ona ucieknie za nim z domu. Osiądzie w St. John’s, stolicy wyspy. Będzie na niego czekać. Tym czasem będą upływać lata, dziesiątki lat. Czy w końcu się spotkają?
To się nie może udać. To się może skończyć źle. Nie zdradzę jednak co się stanie, bo nie chcę zabierać czytelnikom frajdy z lektury. Napiszę tylko, że on będzie musiał uciekać. Zaciągnie się do brytyjskiej armii. Popłynie walczyć na Pacyfiku. Trafi do japońskiego obozu jenieckiego blisko Nagasaki. Będzie tam uwięziony, aż do 9 sierpnia 1945 roku, kiedy... chyba wiadomo co tego dnia się stało. Ona ucieknie za nim z domu. Osiądzie w St. John’s, stolicy wyspy. Będzie na niego czekać. Tym czasem będą upływać lata, dziesiątki lat. Czy w końcu się spotkają?
Opis fabuły może trochę trącić, niekoniecznie harlequinem, ale już klasycznym romansem tak. I to rzeczywiście jest romans oraz wspaniała - nie będę ukrywał, że miejscami nawet wzruszająca - historia miłosna. Ale trzeba pamiętać, że to napisał Crummey, pisarz, który bardzo lubi i potrafi wszystko ładnie komplikować, ten, który w „Dostatku” nasadził przeróżnych wątków jak szalony. Tu nie może być więc łzawo, łatwo i przyjemnie. I tak nie będzie, bo oprócz miłości jest jeszcze wojna, jest wszechobecne, nie odstępujące jej zło. Zło tamtego świata i tamtych czasów, ale także zło siedzące w zwykłych ludziach. Ono właśnie, wychodzące z postaci zapełniających powieść, będzie nam w przeróżnych momentach tę historię coraz bardziej gmatwać i spychać ją w mrok. A jej autor, prowadząc tę misterną plątaninę w sposób mistrzowski, będzie przed nami stawiał kolejne co raz trudniejsze pytania. Będzie odkrywał co raz bardziej gorzkie fakty i bolesne zdarzenia. Sprawi, że opowieść, która początkowo zapowiadała się na lekkie romansidło, stanie się poważną i mądrą ale również niepokojącą w klimacie, smutną rozprawą o tym, co w życiu najważniejsze. Dotknie problemów moralności, ciemnej strony człowieczeństwa, przywoła obrazy świata na krawędzi. Crummey nie byłby też sobą, gdyby nie wprowadził pewnego drobnego, acz bardzo ważnego motywu (związanego z koniem), który lekko ocierał się będzie o magię – choć „Pobojowisko” to żaden realizm magiczny jak „Dostatek”, a powieść bardzo serio.
I znowu jest tak, że ciężko się od tej historii oderwać. Znowu jest tak, że człowiek się zżywa z bohaterami, kibicuje, irytuje się gdy im nie idzie, złości się kiedy nawzajem się ranią, a ranią się tu często-gęsto i to bez pardonu. Znów też mamy wiele świetnych zdań.
„Dziewczyna nie spojrzała w jego stronę ani w żaden inny sposób nie dała po sobie poznać, że go dostrzegła, a on czuł przyciąganie tej zamierzonej nieuwagi, jakby ktoś przebił mu mostek hakiem na dorsze i zawiesił na nim ołowiany obciążnik.”
Albo:
„Poczuł się tak, jakby ekshumował istotę, która przeleżała całe stulecia na mokradłach: ciało w całości, oblicze sczerniałe i wygarbowane przez torf, lecz rozpoznawalne. Barwy ubrań zakamuflowane pod mokrą glebą wciąż niezmienione.”
Czy taki fragment (zresztą tzw. momenty są tu opisane wprost zachwycająco):
„Pozwolił spodniom opaść na ziemię, wyszedł z nich i stanął przed dziewczyną w samych skarpetkach. Skóra tak blada, że Mercedes widziała ażurowy wzór sinych żył na miednicy. Włosy łonowe gęste i ciasno poskręcane jakby nocami pieczołowicie zawijał te loki na szmatkach. I to coś. Nie przyszło jej do głowy żadne inne określenie. To było zesztywniałe i twarde, stało na baczność. Końcówkę miało jak ciemny kapelusz grzyba, na całej długości drżało od pulsującej krwi. To narzędzie wyglądało tak idiotycznie, że przez chwilę Mercedes sądziła, iż nie powstrzyma się od śmiechu.”
Mógłbym jeszcze dalej cytować i przywoływać, wrzucić na przykład niesamowity w klimacie opis płonącego domu porwanego przez morze albo tego co Wish zastał po wybuchu w Nagasaki. Mógłbym ale powstrzymam się i dodam już tylko jedno, ostatnie zdanie. Książka od dziś w księgarniach.
PS. A swoją drogą ilu jeszcze takich rewelacyjnych Crummey’ów, o których nie mamy zielonego pojęcia, jest na świecie?
Aktualnie czytam:
