...czyli szkocko-szwedzki przekładaniec

REKLAMA
James Craig – „Zło czai się w cieniu”
logo
Pierwsze zdanie: „Joe Dalton odgryzł kawałek bułki z jajkiem na twardo, przeżuł go kilka razy, a potem wypluł przez okno swojego austina FX4.”
James Craig to kolejny autor kryminałów ze Szkocji, którego wziąłem na celownik. Co prawda trochę późno, bo to już trzecia jego książka ukazująca się w Polsce, ale jak wiadomo lepiej późno niż wcale. Craig akcję swoich powieści umieszcza w Londynie, którym to miastem jest wyraźnie zafascynowany. Poza tym, zarówno tematykę tego kryminału, jak i dwóch pozostałych opiera na mrocznych wydarzeniach dotykających bezpośrednio elity brytyjskich władz. Tamtejszej arystokracji, członków rodziny królewskiej, prominentnych polityków, ludzi obrzydliwie bogatych. Oni bynajmniej nie są tu ofiarami. Są za to zepsuci do szpiku kości, przeświadczeni o własnej nietykalności i pozwalają sobie na o wiele za dużo. O wiele.
Bohaterem cyklu Craiga jest inspektor John Carlyle. Postać wyróżniająca się na tle innych bohaterów kryminalnych cyklów tym, że dokładnie niczym się nie wyróżnia. Przeciętniak do kwadratu. „Zło czai się w cieniu” zaczyna się pewnym nietypowym samobójstwem, a chwilę później Carlyle znajduje małą dziewczynkę – bosą i jakby oderwaną od rzeczywistości. To ofiara wykorzystywania seksualnego. Inspektor, sam ojciec nastoletniej córki, nie spocznie dopóki nie rozwikła sprawy skrzywdzonej Alzabety. A tropy wiodą go wprost do pałacu Buckingham ale również na Ukrainę. Jest tu zarysowanych sporo wątków, które trochę się plączą co sprawia, że książkę czyta się z dużym zainteresowaniem. Będzie kilka zagwozdek do rozwikłania, całkiem sporo trupów i dość wartka akcja. Niestety im dalej w las tym napięcie trochę siada, a przewidywalna końcówka nie dorównuje reszcie. Trzeba natomiast docenić niezły język i zamiłowanie bohatera do futbolu: „Inspektor, kibic Fulham, nie cierpiał Arsenalu. Był to ulubiony klub zniewieściałej metroseksualnej elity mediów, która nie miała pojęcia o futbolu i jego dziedzictwie i była niemal równie beznadziejna jak kibice Chelsea.”
Podobała mi się też np. krótka charakterystyka polskiego sierżanta policji: „zachował sporo cech typowych dla Polaków, takich jak posępność, pesymizm i wierność wierze katolickiej.”
Mimo słabszej końcówki tego tomu, na pewno przeczytam dwa wcześniejsze.

Kristina Ohlsson – „Wyścig z czasem”
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy samolot rejsowy numer 573 rozpoczął lot do USA, był jeszcze wczesny wieczór.”
Po uprzednim przeczytaniu „Na skraju ciszy” tej autorki, spodziewałem się po jej najnowszej książce jakiejś kolejnej makabrycznej zbrodni, opisanej w chłodnym, szwedzkim klimacie. Dostałem za to historię trochę w stylu amerykańskim, a nawet holywoodzkim, bo wydaje mi się, że „Wyścig z czasem” to dobry materiał na film. I to nie kryminał nawet, a raczej thriller pomieszany z kinem akcji. Dość złożona fabuła toczy się tu podczas zaledwie doby. Jej miejsce ograniczone jest do powierzchni zamkniętych (biura, mieszkania, kokpitu samolotu) i choć akcja (o dziwo!) nie jest jakoś specjalnie wartka, bo dużo tu opisów koncepcyjnej pracy stróżów prawa, rozkminiania wątków itd., to trzeba przyznać że do samego zaskakującego i nieszablonowego końca, Ohlsson mocno trzyma czytelnika za twarz, umiejętnie dawkując napięcie.
Tematyka chwytliwa i zróżnicowana – domniemana bomba w samolocie lecącym ze Sztokholmu do Nowego Jorku (główny wątek), związana z tym sytuacja kryzysowa, terroryści, imigranci z Afryki, amerykańskie tajne więzienie, szwedzkie służby bezpieczeństwa (ze słynnym Sapo na czele), amerykanie z CIA i FBI, trochę polityki i dwie silne, inteligentne kobiety – znana z poprzedniej książki Fredrika Bergman i Eden Lundell. To one ze swoim zmysłem analitycznym, przenikliwością i nieustępliwością grają tu główne skrzypce. Wyeksponowany został również wątek ojca (policjanta działającego przy sprawie) i syna (który jest drugim pilotem porwanego samolotu), który określiłbym jako nieco psychologiczny. Porządnie jest to napisane, wszystko trzyma się kupy, fabuła wciąga – czego więcej chcieć? Rozrywka na dobrym poziomie.

Craig Russell – „Strach przed ciemną wodą”
logo
Pierwsze zdanie: „Za głęboko.”
Po pierwsze Russell to Szkot, a jak wiadomo uwielbiam twórców kryminałów z tego kraju. Po drugie facet ma ewidentny talent do parania się tym gatunkiem literackim. A po trzecie choć bohater jego hamburskiego cyklu Jan Fabel, to nie jest postać pokroju Johna Rebusa, to jak tu nie czuć do niego sympatii, jak koleś słucha np. Esbjorn Svensson Trio i ma następujące przemyślenia „Miał wrażenie, że cały świat stawał się na jego oczach jakąś formą korporacji.” Naprawdę polubiłem gościa choć podobnie jak opisywany wcześniej inspektor Carlyle jest raczej typem przeciętniaka, a poza tym konserwatywnego sztywniaka – „Fabel miał zaledwie czterdzieści osiem lat, ale zawsze czuł, jakby urodził się o dekadę lub dwie za późno”.
Fabuła tego kryminalnego thrillera dotyczy morderstw i gwałtów, o które podejrzewany jest niejaki, wciąż nieuchwytny, Zabójca z Sieci. Ale także podejrzanej działalności Pharos Project – radykalnego ruchu ekologicznego, który wzywał do ścisłej kontroli ludzkiej populacji – łącznie z eutanazją i przymusową sterylizacją. Poza tym Fabel będzie wrabiany w zabójstwo pewnego senatora, który zasiadał w komisji ds. środowiska. To nie jest więc tak do końca zwykły, prosty kryminał, bo autor skupia się na takich interesujących problemach socjologiczno-społecznych, jak pseudo ekolodzy (a raczej eko-terroryści), nowoczesne technologie, wirtualne światy, cyberprzestrzenie. To dopiero druga jego książka, którą przeczytałem ale śmiem twierdzić, że Russell jest naprawdę wybitnym specem w tym co robi. Nie ma się tu do czego przyczepić – ciekawe postaci, fajne dialogi, dobry styl, interesująca i pogłębiona tematyka, umiejętne stopniowanie napięcia do samego końca, mroczny klimat całości. Paluchy lizać. I czytać go dalej!
Aktualnie czytam:
logo