… a w nich trzy zdolne autorki i ich trzy wciągające historie

REKLAMA
Jana Sramkova – „Zaziemie”
logo
Pierwsze zdanie: "Piszę Twoją historię, Babciu."
O stracie ukochanej osoby oraz pustce jaka po niej pozostaje, mistrzowską książkę napisał nie żyjący już niestety czeski pisarz Jan Balaban. Chodzi oczywiście o „Zapytaj taty”. Podobną tematykę wzięła na warsztat w „Zaziemiu” jego koleżanka po piórze, Jana Sramkova. Z tym, że u niej główną postacią tego specyficznego trenu czy też elegii, nie jest ojciec czy matka, a ukochana babcia. Pisarka próbuje zmierzyć się z jej śmiercią. W refleksyjnym tonie snuje związane z nią wspomnienia, które zachowała w swojej pamięci. Ale to nie jedyne ich źródło - wiele z nich wywoływanych jest przez zaskakujące skojarzenia, jak choćby to ze sklepowym czekoladowym aniołkiem, który ma podobną do babci buzię. Swoją drogą ten motyw jest doprawdy kapitalny, a nawet wzruszający - autorka kupuje bowiem kolejne aniołki żeby przypominały jej babcie, a te następnie zjada jej mąż, niepoprawny łasuch. „Mąż mi podjada babcie, a ja je dokupuję.” Niestety któregoś dnia zapas czekoladowych figurek w sklepie się kończy…
Śmierć babci wydaje się być dla narratorki kresem pewnego etapu w jej życiu – szczęśliwe dzieciństwo, beztroskie dorastanie, jakieś poczucie totalnego bezpieczeństwa, wszystko to zaczyna się powoli zacierać i kończyć. Przed autorką dorosłe, odpowiedzialne życie z dwójką małych dzieci, mężem i mniejszymi lub większymi problemami codzienności. I te dwie płaszczyzny – smutne, emocjonalne i często mocno nierealne rozpamiętywanie świata wspomnień wraz z ostrymi już kadrami z szarej rzeczywistości, w której bohaterka jest notabene nieco zagubiona – stale się tu przeplatają.
Całość podzielona została na trzy części – podniebie, przedpiekle i zaziemie i ten oryginalny zabieg rzeczywiście ma swoje odbicie w fabule. W ogóle napisane jest to bardzo sprawnie. Nieskomplikowany, zwarty i bardzo esencjonalny język wzbogacają często poetyckie fragmenty pełne ładnych metafor.
„Po dziecięcych nogach zostaje w śniegu tunel ze śladów, a tor lekkiej piłki oddaje dość czytelna linia. Nieistniejąca niecka, jak gdyby anioł toczył tędy beczki.”
Mimo raczej nostalgicznej wymowy opowieści, dobrze się ją czyta. I choć w efekcie końcowym, nie jest to aż tak doniosły kaliber dzieła, co w przypadku wspomnianego wcześniej Balabana, to tę cieniutką książeczkę, po brzegi napakowaną emocjami, na pewno warto przeczytać.
A na koniec jeszcze taki fragment:
„Długo mnie to męczyło, że mi do podniebia, przedpiekla i zaziemia zabraknie obrazów. Że mam same słowa. Jak wyglądają, te miejsca nakłucia, gdzie oś świata przecina pojedyncze poziomy niczym szpikulec? Teraz stoję w kościele, w miejscu granicznym, i widzę przestrzeń bez ani jednej linii podziału. Które słowo przydzielę, którędy powiodę granice? Podniebie, przedpiekle, zaziemie i tysiące innych słów powoli płyną świątynną łodzią, nie są podobne, sama je nadaję. Wznoszą się na filarach i obciekają po przybrudzonym złocieniu, pochylają się do szeptu, trzepocząc nad piszczałkami organów, migocząc w witrażach. Czyje są te słowa, kto je może brać. Łapać rękoma i ustawiać w długie rzędy. Wierze słowom, wolność wyznania, wierzę w słowa, słowa słowem stworzone.”

Annelies Verbeke – „Śpij!”
logo
Pierwsze zdanie: "Noce były dłuższe niż dni, nocami byłam sama."
Najpierw o skojarzeniach. Lektura „Śpij!” jeszcze w trakcie czytania powiązała mi się jakoś w głowie z nie tak znowu dawno recenzowaną tu krótką powieścią Pascala Garniera „Jak się ma twój ból?”. Choć to książki zasadniczo inne, to jednak całkiem sobie bliskie. Choćby z tego względu, że i tu i tu mamy dwójkę zagubionych bohaterów z problemami, którzy jakoś nie mogą sobie znaleźć miejsca i sensu w życiu. Sam klimat obu tych pozycji też wydaje mi się podobny. Ale do rzeczy. Belgijska autorka początkowo przedstawia nam historię młodej kobiety o imieniu Maya, która cierpi na bezsenność. Ponieważ nic jej na tę przypadłość nie pomaga, zdesperowana i powoli popadająca w lekkie szaleństwo dziewczyna, jeździ nocami na rowerze po mieście i wyrywkowo sprawdza, kto z mieszkańców śpi a kto nie. W ten sposób trafia na Benoita, który ma ten sam problem co ona.
„Benoit De Gieter miał pięćdziesiąt trzy lata. W sfatygowanym płaszczu przeciwdeszczowym przypominał porucznika Columbio, był tylko bardziej chudy i siwy. Wyprzedzał mnie o sześć nieudanych związków, trzech psychiatrów i dwie terapie. Dwadzieścia pięć dzielących nas lat nie przeszkadzało mi w pokonywaniu go w piciu alkoholu.”
Od tego momentu narracja płynie już dwutorowo – raz patrzymy na rzeczywistość z perspektywy Mai, za chwilę z perspektywy Benoita. I tak naprzemiennie. Para ta zacznie z sobą spędzać czas i zaprzyjaźni się. Trochę z powodu wspólnej choroby, trochę z nieprzystosowania do realiów i strachu przed światem, ale także dlatego, że Benoitowi Maya przypomina matkę, a Mayę pociąga w Benoicie spokój, którego jej ewidentnie brakuje. Tyle, że ten jego pozorny spokój, to nie żaden stan ducha, tylko postawa wynikająca z faktu, że Benoitowi jest już generalnie wszystko jedno. Odkąd jako dziecko stracił matkę, jego życie pozbawione zostało sensu. Ożywia się wewnętrznie i odczuwa coś na kształt namiastki zadowolenia jedynie wtedy gdy przez jakiś czas hoduje ćmę, której daje na imię Ernest. Maya natomiast ciągle się szamocze i irytuje. On zrezygnowany się nie wychyla. Oboje cierpią i są nieszczęśliwi. Verbeke ma ewidentny talent do ładnego choć dotkliwego obrazowania, celnych opisów i dobrych dialogów. Umiejętnie miesza też groteskę z dramatem, oniryczność z gorzką rzeczywistością, ironię z cynizmem. Pisze krótką ale mocną i dojrzałą frazą. Aż ciężko uwierzyć, że to jej debiut.

Dulce Chacon – „Uśpiony głos”
logo
Pierwsze zdanie: "Kobieta, której było pisane zginąć, miała na imię Hortensia."
Mocno oparta na faktach powieść, znanej z feministycznych i lewicowych poglądów, hiszpańskiej pisarki Dulce Chacon, to jedna z najlepszych książek jakie przeczytałem w pierwszej połówce 2014 roku. Szkoda, że przeszła przez rynek jakoś bez większego echa, bo to rzecz doprawdy wybitna. Dotyczy ona narodowej traumy tego państwa i jego społeczeństwa, jaką niewątpliwie jest wojna domowa z lat 1936-1939. O wydarzeniu tym powstało wiele książek (sam opisywałem tutaj kilka z nich, choćby kapitalnych „Żołnierzy spod Salaminy” Javiera Cercasa), ale wśród nich ta akurat jest pozycją wyjątkową. Autorka oddaje w niej bowiem głos „hiszpańskim różą” – kobietom, które przetrwały piekło tej wojny. Chacon przez kilka lat zbierała ich relacje, a kiedy już złożyła je w całość i opisała w formie swego rodzaji krzyżówki beletrystyki i literatury non fiction, książka wywołała w Hiszpanii prawdziwą burzę.
Co prawda główne postaci tej powieści to siostry Hortensja i Pepita, ale tak naprawdę bohaterkami są hiszpańskie kobiety - siostry, narzeczone, żony, córki, matki i babki. Elvira, Reme, Tomasa, Sole i inne. Jest ich w tej opowieści bez liku, a każda z nich pozostawiła w niej swoje mniejsze lub większe, przygnębiające świadectwo tamtych czasów. A te były okrutne i przerażające. Rząd Franco pakował do więzienia kogo się dało. Każdego na kogo padł choć cień podejrzenia. Kary były srogie – kilkadziesiąt lat, dożywocie, kara śmierci. Warunki w przepełnionych więzieniach tragiczne – brud, smród, głód, znęcanie się, tortury. Codzienne cierpienie. Oczekiwanie na cud ale także na śmierć. Jak jedna z uwięzionych bohaterek, której pozwolono donosić ciążę do szczęśliwego rozwiązania, a tuż po nim wykonano najsroższy wyrok.
Podobno Chacon mocno ograniczyła ilość podobnych drastycznych i brutalnych historii, jakie usłyszała. Po to by zbytnio nimi nie epatować i nie zostać oskarżoną o „granie” na uczuciach. Stąd też inny bardzo udany zabieg jakim jest zdystansowana, chłodna i opanowana narracja, która poza tym, że jest wiarygodna, niejako sama sobą zwraca uwagę na to co jest tu najistotniejsze. I w dodatku jest mocno angażująca. Tak, to książka, którą trzeba przetrawić i taka, która zostaje w nas na dłużej. Niezwykle wzruszająca i wstrząsająca. A poza tym wszystkim zawierająca w sobie jeszcze historię wielkiej miłości, trochę takiej jak z klasycznego, dobrego romansu. Polecam szczególnie.
„Opowie, że zawieźli ją do więzienia dla kobiet w Olivenzie, że spędziła tam dwa lata z pepą na karku, w jednej celi z kobietą, która straciła dwóch synów w obozie koncentracyjnym w Castuerze. Przywiązali ich do siebie i popychając kolbami karabinów, wrzucili do szybu kopalni. Ich jęki dochodziły spod ziemi. Ich lamenty słychać było przez całą noc, dopóki nie roztrzaskały się o nich inne ciała, i następne, i jeszcze następne. I na koniec zrzucony z góry granat. – W Castuerze rozstrzeliwali co drugi dzień, pomiędzy wpół do pierwszej a pierwszą w nocy. W niedziele odpoczywali. Do kopalni wrzucali o dowolnej godzinie. Codziennie.”

Aktualnie czytam:
logo