
…czyli absurdalna kraina, w której walutą były dorsze a bizony zabijały się skacząc z klifów
REKLAMA
John Gimlette – „Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze”
Pierwsze zdanie: „Ta historia zaczyna się od dziewczyny, która rozbiera się do majtek z folii aluminiowej.”
Rok temu, pisząc tekst o „Dzikim wybrzeżu” Johna Gimlette miałem do tej książki dwa niewielkie zastrzeżenia – o niezbyt sprawny język autora oraz przesadną drobiazgowość w przytaczaniu faktów, dat i nazwisk. Jeżeli chodzi o „Teatr ryb” uwag nie mam już absolutnie żadnych. Tu autorowi udało się wszystko, od początku do końca. Co prawda język może dalej jakoś specjalnie nie porywa takim np. stylistycznym dopieszczeniem jak u Colina Thubrona (którego „Górę w Tybecie” czytałem zaraz po „Teatrze ryb”), ale jest bardzo sprawny, wartki, żywy, a Gimlette ma coś, czego z kolei raczej nie ma Thubron - kapitalne poczucie humoru.
W „Dzikim Wybrzeżu” pokazał jedynie jego namiastkę, tutaj poszedł już na całość - rechotałem przy tej lekturze wielokrotnie, choć tematycznie nie jest to specjalnie za wesoła rzecz. Ale o tym za chwilę. Wspomniana wyżej drobiazgowość w prezentowaniu faktów nadal charakteryzuje literaturę tego brytyjskiego podróżnika, ale w tej opowieści w ogóle mi to nie przeszkadza, bo po pierwsze, jest w pełni uzasadniona, a po drugie, i co najważniejsze, idealnie skomponowana. „Teatr ryb” inaczej niż „Dzikie wybrzeże” nie ma w ogóle słabszych momentów. Od początku do końca trzyma dobre, równe tempo i niesamowicie wciąga.
W „Dzikim Wybrzeżu” pokazał jedynie jego namiastkę, tutaj poszedł już na całość - rechotałem przy tej lekturze wielokrotnie, choć tematycznie nie jest to specjalnie za wesoła rzecz. Ale o tym za chwilę. Wspomniana wyżej drobiazgowość w prezentowaniu faktów nadal charakteryzuje literaturę tego brytyjskiego podróżnika, ale w tej opowieści w ogóle mi to nie przeszkadza, bo po pierwsze, jest w pełni uzasadniona, a po drugie, i co najważniejsze, idealnie skomponowana. „Teatr ryb” inaczej niż „Dzikie wybrzeże” nie ma w ogóle słabszych momentów. Od początku do końca trzyma dobre, równe tempo i niesamowicie wciąga.
Podtytuł mówi wszystko – brytyjski pisarz zabiera czytelników na należącą do Kanady wyspę położoną u wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej i oddzielony od niej cieśniną Belle Isle, półwysep. Impulsem do wybrania akurat tego konkretnego miejsca, stał się pamiętnik pradziadka autora, niejakiego Eliota Curwena, który był podróżnikiem, badaczem, lekarzem i misjonarzem w jednym. Niezwykle ważną postacią w tej książki jest także Wilfried Grenfell, który był inicjatorem wyprawy Curwena oraz bardzo ciekawym i barwnym człowiekiem. Gimlette, łącząc ze sobą gatunkowe elementy prozy typowo podróżniczej z reportażem i esejem historycznym, przemieszcza się szlakiem Curwena, zderzając zapiski tego pierwszego i historie z przeszłości, ze współczesnością. Efektem tego jest doprawdy fascynująca opowieść o tej dzikiej, izolowanej od reszty świata, dziwacznej i jak się okazuje, mocno absurdalnej krainie.
Zapewne pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się tą częścią świata, tak jak uczynili to lata temu Anglicy i Francuzi, gdyby nie dorsze. Dzięki tym rybom, które notabene przez wiele lat były w tym regionie walutą, ciągnęli do niego przeróżnej narodowości ludzie, skuszenie nieograniczonymi możliwościami połowów. To dzięki dorszom na tym zimnym i zamglonym pustkowiu w ogóle chciał ktoś mieszkać. A ponieważ nikt na poważnie nie był zainteresowany rozwojem tamtejszych terenów i miejscowej przyrody - bo wszyscy chcieli tylko brać - doprowadziło to do pewnego paradoksu i absurdu „Źródłem upadku rybołówstwa był jego sukces.” Między innymi „W 1968 roku ryby wybierano z morza trzy razy szybciej, niż były w stanie odbudować swą populację.” Inny przykład totalnego odrealnienia i niedorzeczności, które unoszą się nad tym miejscem – kiedyś postanowiono sprowadzić tam bizony, które „(...)przyzwyczajone do płaskich powierzchni, spadały z klifów.” Według miejscowych ostatni z nich popełnił samobójstwo, kończąc w dokładnie ten sam sposób co jego bracia.
Na temat stolicy tego regionu, portowego miasta Saint John’s, Gimlette popełnił np. taki fragment:
„Wznosiło się na własnych popiołach, a jego historia składa się z całej serii coraz bardziej wymyślnych podpaleń. Trzy razy puścili je z dymem Francuzi, raz Holendrzy i raz własna Królewska Piechota Morska. (...) Mieszkańcy Saint John’s znosili te katastrofy ze zdumiewającym spokojem. Żartowali, że zaczynają się denerwować dopiero, kiedy przez dłuższy czas nie widzą ognia. Reagowali zawsze w ten sam sposób: kiedy dogasał żar, szli do lasu naścinać patyków i budowali nowe miasto, równie łatwopalne jak poprzednie.”
„Wznosiło się na własnych popiołach, a jego historia składa się z całej serii coraz bardziej wymyślnych podpaleń. Trzy razy puścili je z dymem Francuzi, raz Holendrzy i raz własna Królewska Piechota Morska. (...) Mieszkańcy Saint John’s znosili te katastrofy ze zdumiewającym spokojem. Żartowali, że zaczynają się denerwować dopiero, kiedy przez dłuższy czas nie widzą ognia. Reagowali zawsze w ten sam sposób: kiedy dogasał żar, szli do lasu naścinać patyków i budowali nowe miasto, równie łatwopalne jak poprzednie.”
A tak podczas wędrówki, w krótkich żołnierskich słowach scharakteryzowano mu Labrador:
„- To kurwidołek – oświadczył chłopak siedzący obok mnie. – Nic tylko skały, niedźwiedzie i pijacy.” I trzeba przyznać, że opis nic dodać nic ująć.
Autor przemieszczając się po Nowej Fundlandii i Labradorze przybliża czytelnikowi jak wielkie znaczenie miał dla tych miejsc wpływ europejskiego kolonializmu, a wiele lat później jego wciąż nie gasnące echa. Bezwzględna i krwawa rzeź tamtejszych rdzennych mieszkańców – Indian Beothuków. Bicie, znęcanie się i gwałty pod szyldem katolickiej edukacji. Skandal pedofilski z niejakim ojcem Hickeyem który „na swoje ofiary wybierał ministrantów i wagarowiczów”. Wspomniana już gospodarka rabunkowa, która doprowadziła do zamknięcia oceanu dla połowów. Wykorzenienie tamtejszej kultury a nawet tradycyjnego modelu życia i zastąpienie go specyficznym, pozbawionym świadomości modelem wegetatywnym. Stworzenie pewnego rodzaju społeczeństwa wykluczonych z efektami ubocznymi np. w postaci alkoholizmu. Z kolejnymi władzami skupiającymi się jedynie na korupcji.
Wyraźnym kontrapunktem dla tych mrocznych historii, pesymistycznych wniosków i gorzkich refleksji są anegdoty, celne ironiczne komentarze czy kapitalne opowiastki, które co rusz serwuje nam autor i które sprawiają, że „Teatr Ryb” czyta się tak fantastycznie. Porywająca, mądra i z wyjątkowym wyczuciem napisana książka. Trzeba.
Aktualnie czytam:
