Dość ciekawe i całkiem niezłe reportaże ze współczesnych konfliktów zbrojnych, połączone z nietypową książką kucharską. Serio. Po prostu „Kałasznikow kebab”!
REKLAMA
Anna Badkhen – „Kałasznikow Kebab. Reportaże wojenne”
Pierwsze zdanie: „Chłopiec zauważa kawałek szrapnela w kształcie zęba dinozaura leżący na szczycie bariery przeciwpancernej.”
Wśród reportażystów, choćby w naszym pięknym kraju, mamy zarówno świetnych autorów jak i kapitalne autorki. I to niektóre tak kapitalne, że ho ho. Krall, Szejnert, Ostałowska, Kurczab-Redlich. Wystarczy? Ale jeśli chodzi o korespondentów wojennych, to panie są jednak w wyraźnej mniejszości. Jest to głównie męskie zajęcie. Aczkolwiek są wyjątki. Nie tak dawno głośno było o śmierci wieloletniej korespondentki wojennej „The Sunday Times”, Marie Colvin, która zginęła w Syrii podczas ostrzału rakietowego. Kolejny wyjątek, to autorka tej książki – Anna Badkhen. Rosyjska dziennikarka współpracująca z zachodnimi agencjami prasowymi, od kilku lat mieszkająca na stałe w USA, pisząca m.in. dla „Boston Globe”. Badkhen jeździła i nadal jeździ w miejsca najbardziej niebezpiecznych konfliktów na świecie – Afganistan, Czeczenia, Irak, Palestyna czy wschodnia Afryka. Ta książka zawiera właśnie reportaże z tych miejsc. Ale nie tylko.
Pierwszy raz spotkałem się z książką, która jest z jednej strony zbiorem dość ciekawych i całkiem niezłych reportaży (choć autorka, to jeszcze nie ekstraklasa tego gatunku, a póki co solidna pierwsza liga), a z drugiej - nietypową książką kucharską. Tak, dobrze czytacie – książką kucharską! Każdy rozdział „Kałasznikow kebab” kończą bowiem smakowite przepisy na różnego rodzaju orientalne potrawy. Czego tu nie ma?! Kenijskie nyama choma (grillowane mięso), palestyński mansaf (jednogarnkowa potrawa z jagnięciny), rosyjskie zakąski pod wódkę, irackie dolma (nadziewane liście winogron) czy tytułowy afgański kebab. No po prostu paluchy lizać. Dla takiego zboczeńca jak niżej podpisany, który oprócz tego, że namiętnie czyta książki, to lubi jeszcze gotować – taka lektura to prawdziwa uczta. Sensu stricto. Ale ponieważ o pisaniu na temat kulinariów lepiej na platformie naTemat wypadają profesjonaliści - Karol Okrasa, Grzegorz Łapanowski czy Jan Kuroń - powstrzymuję pracę moich kubków smakowych i skupiam się na słowie pisanym.
To co mi się w tej książce podoba, to sposobność popatrzenia na konflikty zbrojne oczami kobiety. To jest w tej pozycji chyba najciekawsze. Oczywiście poza jedzeniem, bo nie znam innej książki, która opisywałaby wojnę przez pryzmat spożywanych posiłków. Bo konflikt konfliktem, ostrzał ostrzałem, niebezpieczeństwo niebezpieczeństwem, ale jeść coś trzeba. A moje myśli jak bumerang - znowu o tym żarciu! No co ja biedny pocznę, ciągnie wilka do lasu! „Kałasznikow kebab”, to opowieść o wojnie z perspektywy kobiety, ale patrzącej głównie na cywilów. Badkhen spotyka po drodze różnych ludzi, przybliża nam ich ciężkie życie, ich codzienne zmartwienia, a przede wszystkim zaprzyjaźnia się z nimi, wchodzi w głębsze relacje. Zresztą książka kończy się zdaniem „Wszyscy opisani w tej książce są dla mnie rodziną.”
Te reportaże, to nie tylko kobiece spojrzenie na konflikty, ale także opisy ciekawych przygód, niebezpiecznych zdarzeń, absurdów wojny. Historie, których nie powstydziłby się żaden macho. Patrole razem z amerykańskimi marines w Iraku, picie wódki z nieobliczalnymi rosyjskimi pułkownikami, podróżowanie z ujaranym haszyszem ochraniarzem, umierające z braku wody dzieci w Kenii, trudne spotkania ze zgwałconymi pasztuńskimi kobietami, więzienia, pola minowe, Talibowie, bombardowania itp. Itd. Dużo się w tej książce dzieje. Czasami aż za dużo. I tu niestety musi się pojawić pewien zarzut do „Kałasznikowa-kebaba”. Narracja jest w nim często trochę zbyt chaotyczna. Zupełnie jakby Badkhen nie potrafiła zapanować nad swoimi emocjami i nad swoim literackim warsztatem. Czasem chce opowiedzieć nam za dużo na raz i przez to, troszkę się gubi. Ale przy odrobinie dobrej woli da się to jakoś przełknąć.
Literackie tropy: rzeczywiście nieco Jacek Hugo-Bader zwłaszcza z tym brataniem się z napotkanymi po drodze ludźmi.
Inne tropy: Przepis Anny Badkhen na Afgański kebab jagnięcy:
3 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
4 ząbki czosnku, zmiażdżone
sól i pieprz biały do smaku
1 kg jagnięciny bez kości (może być udziec) i około 200 g jagnięcego tłuszczu, pociętych na małe kostki
mielony sumak (ciemnoczerwona przyprawa, która można kupić w sklepach z żywnością bliskowschodnią)
ćwiartki cytryny do podania
chlebki pita
4 ząbki czosnku, zmiażdżone
sól i pieprz biały do smaku
1 kg jagnięciny bez kości (może być udziec) i około 200 g jagnięcego tłuszczu, pociętych na małe kostki
mielony sumak (ciemnoczerwona przyprawa, która można kupić w sklepach z żywnością bliskowschodnią)
ćwiartki cytryny do podania
chlebki pita
1. W dużej misce połącz sok z cytryny z czosnkiem, solą i pieprzem. Dodaj jagnięcinę i jagnięcy tłuszcz. Dokładnie wymieszaj, przykryj i marynuj w lodówce najlepiej całą noc.
2. Nabij jagnięcinę na szpadki, na każdą nadziewając o 4 kawałki mięsa i 2-3 kawałki tłuszczu. Nakładaj mięso i tłuszcz na przemian (nie musisz potem jadać tłuszczu; jego głównym celem jest utrzymanie wilgotności mięsa w trakcie grillowania). Grilluj gotowe szaszłyki, obracając je często nad tlącymi się węglami, przez mniej więcej 15 minut, dopóki jagnięcina nie będzie przyrumieniona i całkowicie upieczona. Posyp mielonym sumakiem i podawaj z ćwiartkami cytryny, płaskimi chlebkami pita i gorącą czarną herbatą, najlepiej bardzo słodką.
2. Nabij jagnięcinę na szpadki, na każdą nadziewając o 4 kawałki mięsa i 2-3 kawałki tłuszczu. Nakładaj mięso i tłuszcz na przemian (nie musisz potem jadać tłuszczu; jego głównym celem jest utrzymanie wilgotności mięsa w trakcie grillowania). Grilluj gotowe szaszłyki, obracając je często nad tlącymi się węglami, przez mniej więcej 15 minut, dopóki jagnięcina nie będzie przyrumieniona i całkowicie upieczona. Posyp mielonym sumakiem i podawaj z ćwiartkami cytryny, płaskimi chlebkami pita i gorącą czarną herbatą, najlepiej bardzo słodką.
I jeszcze jeden króciutki przepis na zimną zakąskę do wódki typu russian style:
Czarny chleb.
½ bochenka pumpernikla
8 łyżek solonego masła ogrzanego do temperatury pokojowej, opcjonalnie sól
2 ząbki czosnku, zmiażdżone, opcjonalnie
8 łyżek solonego masła ogrzanego do temperatury pokojowej, opcjonalnie sól
2 ząbki czosnku, zmiażdżone, opcjonalnie
Posmaruj chleb obficie masłem, po czym posyp czosnkiem i solą. Albo po prostu weź kawałek chleba, zrób wydech, wypij wódkę do dna, wrzuć chleb do ust, połknij, zrób wdech. Mużyk!
