
… czyli moje odkrycie roku
REKLAMA
James Lee Burke – „Bogowie deszczu”
Pierwsze zdanie: „Pod koniec wypalonego słońcem lipcowego dnia w południowo-zachodnim Teksasie, w mieście na skrzyżowaniu dróg, którego mieszkańcy egzystowali dzięki pobliskiej fabryce lepu na karaluchy, dopóki przed dwudziestoma laty nie zamknęła jej agencja ochrony środowiska, młody mężczyzna w samochodzie bez szyb zatrzymał się przed biało-niebieskim opuszczonym budynkiem stacji benzynowej, która w okresie wielkiej depresji sprzedawała paliwa Pure, a teraz była jedynie siedliskiem nietoperzy i zbiorowiskiem naniesionych przez wiatr biegaczy pustynnych.”
Powyższe zdanie, choć zgrabne i z miejsca wprowadzające w klimat całości, jak na mój gust jest jednak trochę za długie. I to by było na tyle jeżeli chodzi o niedoskonałości tej książki. Teraz będę już tylko i wyłącznie chwalił oraz się rozpływał. A śmiem twierdzić, że jest nad czym.
Fabuła opisana w tej powieści kryminalnej - bo to na pewno nie jest thriller, ale i też coś więcej niż zwykły, klasyczny kryminał – jest, wydawałoby się, prosta jak drut. Po anonimowym, telefonicznym zgłoszeniu, leciwy już szeryf Hackberry Holland, odkrywa zbiorowy grób, a w nim ciała rozstrzelanych, młodych tajskich kobiet, nafaszerowanych poza kulami woreczkami z narkotykami skrytymi w żołądkach. Rusza śledztwo, w które zaangażowany jest oczywiście ów miejscowy szeryf, a poza nim urząd celny i FBI. Problem nie jest zbyt skomplikowany i dość szybko wychodzi na jaw o co chodzi i kto jest w to zamieszany. Dużo ważniejsze od tej makabrycznej zbrodni, jest to wszystko, co się wydarzy pomiędzy głównymi bohaterami.
Fabuła opisana w tej powieści kryminalnej - bo to na pewno nie jest thriller, ale i też coś więcej niż zwykły, klasyczny kryminał – jest, wydawałoby się, prosta jak drut. Po anonimowym, telefonicznym zgłoszeniu, leciwy już szeryf Hackberry Holland, odkrywa zbiorowy grób, a w nim ciała rozstrzelanych, młodych tajskich kobiet, nafaszerowanych poza kulami woreczkami z narkotykami skrytymi w żołądkach. Rusza śledztwo, w które zaangażowany jest oczywiście ów miejscowy szeryf, a poza nim urząd celny i FBI. Problem nie jest zbyt skomplikowany i dość szybko wychodzi na jaw o co chodzi i kto jest w to zamieszany. Dużo ważniejsze od tej makabrycznej zbrodni, jest to wszystko, co się wydarzy pomiędzy głównymi bohaterami.
A tych jest kilkoro. Przede wszystkim wspomniany już szeryf Hackberry Holland – facet po przejściach. Twardy glina z zasadami, jeniec wojny koreańskiej, owdowiały ojciec dwójki dorosłych już synów (ukochana żona zmarła na raka), były alkoholik, który „reklamując” samego siebie mówi: „Fundamentalizm religijny i zabijanie są u nas rodzinne”. Dalej mamy parę zakochanych – życiową ciamajdę, zmagającego się z traumą wojny w Afganistanie i Iraku, okaleczonego (dosłownie i w przenośni) Pete’a Floresa i jego przebojową dziewczynę Vikki Gaddis, która pracuje jako kelnerka ale również dorabia sobie fantastycznie śpiewając i grając country. Kolejna ważna para to małżeństwo Nick i Esther Dolan. On, to Żyd, nieco szemrany biznesmen m.in. właściciel nocnego klubu ze striptizem. Ona – silna, oddana rodzinie kobieta pochodząca z Syberii. Do tego jeszcze kilka innych, mniej lub bardziej ważnych postaci, jak np. partnerka Hollanda z pracy, zakochana w nim Pam Tibbs czy inspektor celny Clawson, kolejny życiowy rozbitek. A na koniec On - dla mnie najważniejsza i najciekawsza postać w całej powieści – Kaznodzieja. Ucieleśnienie zła, które niczym gęsta mgła spowija tę mroczną historię. Psychopatyczny morderca, mający się za biblijnego proroka. Brutalny świr przed którym większość truchleje ze strachu, a który czasami zaskakuje nagłą łagodnością. Facet o dużej wiedzy i jeszcze większej łatwości zabijania. Postać tajemnicza, do końca nieokreślona i wielowymiarowa. Przerażająca i pociągająca zarazem.
Akcji i reakcji występujących między bohaterami tego dramatu, różnych zależności i rozgrywek, które się między nimi się dzieją tudzież dalszej fabuły, zdradzić oczywiście nie mogę. Finału tym bardziej. Napiszę tylko, że jest ciekawy i niesztampowy – bo choć daje odrobinę nadziei i jest w pewnym sensie nawet pozytywny to pozostawia pewną lukę i wątpliwość czy sprawiedliwość rzeczywiście zatriumfowała. W ogóle w tej powieści dzieje się. To gotowy materiał na film w stylu „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Cohen – podobny klimat i nastrój. Zaznaczam jednak z góry, że to dzianie się odbywa się w wolnym tempie. Tu nie ma nagłych zwrotów akcji, pościgów i strzelanin (no dobra te ostatnie są, ale to jest zupełnie inny styl opisywania, odmienny od tego co znajdujemy we współczesnych thrillerach i kryminałach). Zero efekciarstwa i innych tego typu historii. Tutaj wszystko płynie swoim spokojnym, leniwym rytmem, umiejętnie budowanym napięciem, a nade wszystko wciągającym klimatem. A ten ostatni jest doprawdy srogi i mocno przygnębiający.
Na wymagający (oczywiście jak na kryminały) i miejscami porywający literacki styl Lee Burke’a, który wydaje mi się być taką przystępniejszą hybrydą Cormaca McCarthy’ego i Williama Faulknera, składa się kilka rzeczy. Po pierwsze często wręcz poetyckie opisy teksańskiej przyrody:
„Niebo miało lawendową barwę, a granic pustyni nie wyznaczały żadne materialne punkty, lecz nieuchwytne pasma światła i cienia. (…) Z koryt wyschniętych prehistorycznych rzek wystawały głazy koloru suszonych jabłek, śliwek i moreli. Gdzieniegdzie widać było kawałki drewna tak długo rzeźbione, przeobrażane i utwardzane przez deszcz, wiatr i upał, że zmieniły się w pobielałe obiekty, które łatwo dało się wziąć za kości dinozaurów. Sama pustynia była niezmienna, wszechogarniająca niczym boska istota, spokojna w swej wielkości, pamiętająca dawne dzieje aż do czasów Edenu – była świadectwem, że wszystko zostało zaplanowane, była kochanką wzywającą tych, którzy nie boją się przyjść, zdobyć ją i posiąść.”
Lee Burke pisze też niezwykle plastycznie, tak że czytelnik ma wrażenie, iż przenosi się na tą zapomniana przez Boga prowincję, gdzieś na pograniczu Teksasu z Meksykiem i doskonale odczuwa tamtejszy skwar, duchotę, pot i kurz. Po wtóre do fenomenalnie skonstruowanych, barwnych bohaterów, autor dodaje ich dokładne portrety psychologiczne. Stopniowo odkrywa ich dramaty, mroczne tajemnice i sekrety (a wszyscy bez wyjątku są tu jakoś naznaczeni przez okrutny los), daje możliwość poznania tego co nimi kieruje, zajrzenia w ich głowy, serca i dusze. Poza tym kreśli, co prawda na dalszym planie, ale jednak, kapitalną charakterystykę społeczno-religijno-polityczną, południa Ameryki:
„Gdyby nie telewizor na ścianie i działająca klimatyzacja, równie dobrze mógłby to być rok tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty. Ludzie wyglądali tak samo, nie zmieniły się ich konserwatywne poglądy religijne ani niezłomny patriotyzm, ich robotnicze, egalitarne instynkty wciąż były niesprecyzowane, ogólnikowe, a czasami graniczące z nacjonalizmem, ale człowiek z zewnątrz łatwo mógł w nich rozpoznać ideały ery jacksońskiej. Była to Ameryka Whitmana i Jacka Kerouaca, Willi Cather i Sinclaira Lewisa – z niesamowitym nagromadzeniem sprzeczności, które nadały jej homerycki rozmach, choć bohaterowie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak ważni są dla świata.”
Co jeszcze? Rzecz rzadko spotykana w tym gatunku – świetnie sportretowane i niesamowicie silne kobiety. To płeć piękna ma w tej powieści cojones jak ze stali. Ba, babeczki poniewierają tu facetami aż strach i robi to dokładnie każda z nich, bez wyjątku. Scena gdy Esther Dolan daje wycisk Kaznodziei przy pomocy rondla z resztkami owsianki, jest jedną z najbardziej zapadających w pamięć po lekturze. Zresztą podobnych niej, takich znów bardzo filmowych, jest całe mnóstwo – Nick Dolan przyjeżdżający z wizytą do ruskiego szefa mafii czy strzelanina w restauracji. Autor ma też łapę do fajnych porównań i metafor np. „Złocisty krawat wisiał mu pod szyją niczym kolba gotowanej kukurydzy” i pasującego mi, zazwyczaj cierpkiego oraz czarnego humoru. Pisze bardzo dobrym, dopieszczonym i momentami pięknym językiem. W sposób mocno sugestywny i wnikliwy. Narracja, choć gęsta niczym smoła dosłownie porywa. Ma w sobie to coś, co powoduje, że człowiek nie ma ochoty przerywać czytania. Pod warunkiem oczywiście, że lubi się takie niepokojące, duszne, ciężkie i posępne klimaty, bo jak mówi w pewnym momencie Kaznodzieja: „Piekło jest tutaj, wszędzie dookoła, w wieczornej mgle. Już w nim jesteśmy.”
PS. „Bogowie deszczu” to pozycja wydana w Polsce w 2012 r., jedna z części krótkiej serii z Hackberrym Hollandem. Jednak James Lee Burke znany jest przede wszystkim z długaśnego cyklu (chyba już koło 20 części), w którym głównym bohaterem jest prowincjonalny policjant Dave Robicheaux. U nas ukazało się do tej pory sześć tomów z tej serii. Większość dostępna jest na rynku wtórnym, w antykwariatach czy na allegro, w niskich cenach (od 4 zł). Już zdążyłem skompletować całość :)
Aktualnie czytam:
