
… a w nich 2+1 – dwie autobiografie i jedna biografia
REKLAMA
Paul Auster – „Dziennik zimowy”
Pierwsze zdanie: „Jesteś przekonany, że to nie może cię spotkać, że to nie ma prawa cię spotkać, że jesteś jedyny na świecie, którego to nigdy nie spotka, a potem wszystko po kolei spotyka właśnie ciebie, w ten sam sposób, w jaki spotyka wszystkich dookoła.”
Kiedyś przyznałem się tu, że Paul Auster to jeden z moich ulubionych pisarzy. Czekałem więc na „Dziennik zimowy” szczególnie niecierpliwie i przyznam od razu, że delikatnie się zawiodłem. Oczekiwałem raczej klasycznej autobiografii. Takiej pogłębionej, z której dowiem się całej prawdy o autorze, zwłaszcza o tym, co związane jest z samym tworzeniem – warsztacie pisarza, motywach, które kierują go do pisania takich a nie innych książek, uczuć które temu towarzyszą itd. Niestety tego typu fragmentów jest tu bardzo mało. Auster w zasadzie wspomina te kwestie mimochodem i gdzieś na marginesie, ograniczając się do takich ogólnych, jednorazowych "strzałów" typu:
„Pisanie zaczyna się w ciele, jest muzyką ciała i nawet jeśli słowa coś znaczą, czasem mogą coś znaczyć, muzyka słów jest tam, gdzie zaczyna się ich znaczenie.”
Dużo za to dowiemy się o kolejnych adresach pod którymi mieszkał – szczegółowe opisy 21 lokali zajmują ok. ¼ książki. Owszem, autor po części wykorzystuje te lokalizacje aby przekazać czytelnikowi swoje stany emocjonalne, wspomnienia i wrażenia, które akurat z nimi się łączą, ale mnie ta forma jakoś nie przekonuje i szczególnie nie porywa. Męcząca jest także, zastosowana tu drugoosobowa narracja, która momentami jest dość pretensjonalna i czasami prowadzi niestety do zachwytów nad samym sobą. Tak, nie sądziłem zupełnie, że autor kapitalnej „Trylogii nowojorskiej”, to aż taki narcyz, który może z pełną swobodą porównywać się do klasyków pióra typu James Joyce. Za taki proceder należy się pisarzowi karny jeżyk.
Za to wielki plus tej autobiografii daję za szczerość. Auster nie boi się pisać o wielu interesujących i często wstydliwych kwestiach - od takich drobiazgów jak to, że nie potrafi funkcjonować bez ulubionych cygaretek i częstych szklaneczek wina, że ma kłopoty z orientacją w terenie (nawet w ukochanym Nowym Jorku!) czy tego, że za młodu złapał trypra i wszy łonowe – aż po bardziej doniosłe, intymne, ciężkie czy bolesne nawet tematy. Wiele tu bowiem dobrych fragmentów o samotności i strachu przed śmiercią. O wielkiej miłości do żony (Siri Hustved, także pisarki) czy o specyficznych relacjach z równie ukochaną matką, której mamy tu wręcz na chłodno napisany psychologiczny portret, a także przejmujące i bardzo dobre literacko fragmenty o jej śmierci. Na koniec szacun dla Austera za przyznanie się do faktu, jak bardzo dręczy go fakt, że kiedyś wraz z jedną z partnerek dopuścili się aborcji.
Za to wielki plus tej autobiografii daję za szczerość. Auster nie boi się pisać o wielu interesujących i często wstydliwych kwestiach - od takich drobiazgów jak to, że nie potrafi funkcjonować bez ulubionych cygaretek i częstych szklaneczek wina, że ma kłopoty z orientacją w terenie (nawet w ukochanym Nowym Jorku!) czy tego, że za młodu złapał trypra i wszy łonowe – aż po bardziej doniosłe, intymne, ciężkie czy bolesne nawet tematy. Wiele tu bowiem dobrych fragmentów o samotności i strachu przed śmiercią. O wielkiej miłości do żony (Siri Hustved, także pisarki) czy o specyficznych relacjach z równie ukochaną matką, której mamy tu wręcz na chłodno napisany psychologiczny portret, a także przejmujące i bardzo dobre literacko fragmenty o jej śmierci. Na koniec szacun dla Austera za przyznanie się do faktu, jak bardzo dręczy go fakt, że kiedyś wraz z jedną z partnerek dopuścili się aborcji.
„Zawsze wyobrażasz sobie, że byłaby to dziewczynka, rudowłosa dziewczynka, cudowny fajerwerk dziewczęcości, i boli cię, gdy sobie uświadamiasz, że teraz miałaby czterdzieści trzy lata, co z całym prawdopodobieństwem oznacza, że zostałbyś dziadkiem jakiś czas temu, możliwe, że już dość dawno. Gdybyś pozwolił jej żyć.”
Trochę rozczarowująca i raczej średnia rzecz, na szczęście z kilkoma bardzo dobrymi momentami. Głównie dla fanów pisarza.
Johnny Cash – „Cash. Autobiografia”
Pierwsze zdanie: „Mój ród wywodzi się od królowej Ady, siostry Malcolma IV, potomka Duffa, pierwszego króla Szkocji.”
Johnny Cash, oczywiście poza swoim autorskim, imponującym dorobkiem, jest też wykonawcą jednego z najlepszych coverów wszechczasów. Ilekroć słucham jego interpretacji „Hurt” grupy Nine Inch Nails, zawsze mocno się wzruszam. Prosta interpretacja muzyczna, tekst będący swoistym epitafium, przejmujący klip, zmęczona twarz Casha i te dłonie złożone na koniec na fortepianie – absolutne mistrzostwo świata. Napisana przezeń autobiografia jakimś specjalnie finezyjnym dziełem nie jest. To bardzo prostym językiem, i w do bólu zwyczajny sposób, spisana historia życia artysty. Co jednak nie zmienia faktu, że jest to rzecz bardzo, ale to bardzo udana.
Kto spodziewa się burzliwej i skandalizującej opowieści rock’n’rollowca ten raczej się zawiedzie. Owszem jest tu trochę fragmentów o życiu w trasie, różnego rodzaju mniej lub bardziej poważnych wybrykach, a zwłaszcza o uzależnieniu od narkotyków:
Kto spodziewa się burzliwej i skandalizującej opowieści rock’n’rollowca ten raczej się zawiedzie. Owszem jest tu trochę fragmentów o życiu w trasie, różnego rodzaju mniej lub bardziej poważnych wybrykach, a zwłaszcza o uzależnieniu od narkotyków:
„(...) wpadałem do apteki, kupowałem dwieście albo trzysta tabletek, jechałem na pustynię swoim wozem campingowym i zostawałem tam – na haju – tak długo, jak miałem na to ochotę. Bywało, że kilka dni.”
Jest też dokładny opis planowanego samobójstwa, którego muzyk bliski był zrealizowania w jaskini Nckajack czy też w sumie zabawna historia o pojedynku ze strusiem i następującym po nim pobycie w szpitalu, który o mało nie zakończył się dla Cash'a śmiercią – po poważnej operacji, pod opatrunkiem na brzuchu uzależniony artysta chował valium, które wsiąkało w ranę i powodowało totalny odjazd. Ale w przytłaczającej większości jest to bardzo spokojnie snuta, niezwykle mądra, gawęda, będąca pewnego rodzaju podsumowaniem szalonego życia i wskazaniem co tak naprawdę było w nim najważniejsze. A była to żona „June jest niebywała; jest moją opoką. Moją świecą zapłonową.”; dzieci, z których bycie dumnym „To jedna z najlepszych rzeczy jakie daje życie.”; przyjaciele (historia przyjaźni z Royem Orbisonem wzruszyła mnie podobnie jak kolejny odsłuch „Hurt”) i wiara w Boga. Do tego jeszcze serwuje wiele ciekawych wspomnień np. o dzieciństwie i pracy na polu bawełny czy też mało znanych faktów jak choćby takich, że w wojsku był specjalistą od nasłuchu „Przechwyciłem pierwsze informacje o śmierci Stalina” czy też o zainteresowaniach meteorologią „Jestem koneserem pogody.” W opowieściach tych Cash nie sadzi się na jakieś wielkie zdania, nie mędrkuje na siłę, ale pisze szczerze a przede wszystkim z dużą wrażliwością. Wychodzi więc na to, że był to nie tylko kapitalny muzyk i wokalista, ale też fajny facet. No i uwielbiał książki, miał ogromną bibliotekę...
Magdalena Grzebałkowska – „Beksińscy. Portret podwójny”
Pierwsze zdanie: „Droga Ewo.”
O tej biografii napisano już wszystko i wszedzie więc ograniczę się jedynie do swoich podstawowych odczuć związanych z jej lekturą. Po pierwsze świetnie jest ta książka skompilowana. Począwszy od genialnego wstępu, w którym stary Beks w liście do koleżanki opisuje bardzo dokładnie samobójstwo i śmierć syna Tomka, poprzez całą resztę, a więc naprzemiennie opowiadaną historię trójki bohaterów: Ojciec, Syn, Matka (tak, dla mnie Zofia Beksińska jest również bohaterką tej biografii, co prawda ukrytą i przedstawianą niejako z drugiego planu, ale jednak), aż po tajemniczy finał z sms-em wysłanym zza światów.
Po drugie Zdzisław Beksiński, który wcześniej wydawał mi się zawsze mrocznym, schizowanym, zagadkowym, dziwnym panem okazał się być co prawda mocno odjechaną oraz taką emocjonalnie „zimną”, ale także wzbudzającą sympatię, nieco zagubioną postacią. Z kolei Tomasz Beksiński, którego - jako fan Trójki, muzyki, którą w niej prezentował, no i Monty Pythona, którego tłumaczył - zawsze wielbiłem, po lekturze dał się poznać jako niezły dupek. Infantylny egoista. Owszem był też wybitnie nieszczęśliwym, arcywrażliwym, łaknącym miłości, nieprzystającym do realiów gościem, ale przede wszystkim jednak dupkiem. Jak mówi w książce jeden z niewielu przyjaciół rodziny: „Ojca, a przede wszystkim matkę, maltretował.”
Grzebałkowskiej udało się napisać rzecz znakomitą. Nie tylko porywająco prezentującą z detalami bohaterów tego dramatu (bo ich życie to dla mnie mniejszy lub większy ale jednak ciągły dramat), ale również oddającą klimat PRL-u, życia na prowincji, bohemy artystycznej i będącą czymś w rodzaju psychologicznego studium szaleństwa. Bezsprzecznie jedna z najlepszych książek tego roku, absolutnie trzeba znać.
Po drugie Zdzisław Beksiński, który wcześniej wydawał mi się zawsze mrocznym, schizowanym, zagadkowym, dziwnym panem okazał się być co prawda mocno odjechaną oraz taką emocjonalnie „zimną”, ale także wzbudzającą sympatię, nieco zagubioną postacią. Z kolei Tomasz Beksiński, którego - jako fan Trójki, muzyki, którą w niej prezentował, no i Monty Pythona, którego tłumaczył - zawsze wielbiłem, po lekturze dał się poznać jako niezły dupek. Infantylny egoista. Owszem był też wybitnie nieszczęśliwym, arcywrażliwym, łaknącym miłości, nieprzystającym do realiów gościem, ale przede wszystkim jednak dupkiem. Jak mówi w książce jeden z niewielu przyjaciół rodziny: „Ojca, a przede wszystkim matkę, maltretował.”
Grzebałkowskiej udało się napisać rzecz znakomitą. Nie tylko porywająco prezentującą z detalami bohaterów tego dramatu (bo ich życie to dla mnie mniejszy lub większy ale jednak ciągły dramat), ale również oddającą klimat PRL-u, życia na prowincji, bohemy artystycznej i będącą czymś w rodzaju psychologicznego studium szaleństwa. Bezsprzecznie jedna z najlepszych książek tego roku, absolutnie trzeba znać.
Aktualnie czytam:
