O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Wyspa, na której zwalniają myśli

... czyli czule o zimnym Spitsbergenie


Ilona Wiśniewska – „Białe”



Pierwsze zdanie: „Galina Władimirowna Łapij, dwudziestosześcioletnia kelnerka na statku wycieczkowym Maksim Gorkiy, tak jak stała, wyskoczyła za burtę.”

Natykając się na pierwszą zapowiedź „Białego” pomyślałem w pierwszej chwili – Spitsbergen?! A co tam może być ciekawego poza śniegiem, lodem i nocą polarną? A później puknąłem się w ten siwy łeb, bo nagle zapalił mi się lampka – przecież to wyspa! Jeśli autorka (pozostając w obrębie reportażystów ze stajni Czarnego) nie poszła akurat w ślady Mariusza Janiszewskiego, który położył temat Timoru Wschodniego w nieudanym „Domu nad rzeką Loes”, tylko wybrała bardziej kierunek Macieja Wasielewskiego współautora „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” i samodzielnego już twórcy genialnego „Jutro przypłynie królowa”, to a nuż znowu czeka mnie kawał dobrego czytania. Tak koncypowałem. I nie zawiodłem się.


Jeśli już, „Białe” to właśnie rzecz najbliższa wspomnianej „81:1”. Podobny nieco sposób przedstawienia lokalnej społeczności poprzez prezentację interesujących postaci i ich historii, przekonywujące oddanie specyfiki miejsca i klimatu, raczej zwięzła forma całości. Wiśniewska pisze jednak po swojemu. Jest w prowadzeniu tej nieśpiesznej narracji, bardzo dobrą obserwatorką, taką wrażliwą na otoczenie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie – z czułością podchodzącą do tematu. Umiejętnie przekazującą „inność” tego miejsca - jego ścisłe powiązanie i zależność od natury czy próby budowania więzi społecznych. Wyłapującą ciekawe szczegóły, delikatną i spokojną, ale mocno skupioną na istocie rzeczy. Co prawda nieco też skupioną na sobie, co może być dla niektórych czytelników lekko denerwujące, ale mnie akurat, w tym konkretnym przypadku, kompletnie to nie przeszkadzało. Tak bardzo zostałem wciągnięty przez ten cały Spitsbergen.


Okazuje się bowiem, że jest to doprawdy niesamowite i fascynujące miejsce. Najbardziej wysunięte na północ siedlisko ludzi na świecie. Surowe i mocno nieprzyjazne do życia jeśli chodzi o warunki atmosferyczne – może tam być tylko zimno albo baaardzo zimno. Do tego jeszcze pół roku żyje się w ciemności, chociaż jak napisała autorka „Ciemność nie jest problemem. Problemem jest samotność w ciemności.” Poza tym podczas nocy polarnej „myśli zwalniają, a słuch się wyostrza”, człowiek popada w pewien specyficzny stan, coś jak melancholia, marazm a nawet otępienie. Największe miasto wyspy, Longyearbyen „wygląda jak dekoracja albo jak plansza do gry w Eurobusiness”, zamieszkane jest przez ludzi prawie pięćdziesięciu narodowości, którzy żyją ze sobą w szczególnej symbiozie – niby razem, a jednak trochę osobno. Jak choćby najbardziej liczni tam, po Norwegach, Tajowie (!), którzy poza swoim jednym świętem, starają się być raczej niewidoczni.




Ten narodowościowy tygiel, pełen nie tylko różnych nacji, ale także odmiennych temperamentów, zwyczajów, przywar, sposobów na życie, ukazany jest poprzez ciekawe historie, mniej lub bardziej zwykłych ludzi. Pochodzący z Iraku Kurd Amid, który uciekł tu przed deportacją, opowiada autorce ładną historię miłosną. Harald, jeden z dwóch całoroczny myśliwych, znany samotnik, „jest jednym z niewielu, który zjada również reniferze głowy. Mówi, że najlepiej smakuje tylna część oka, bo jest miękka i można ją wyssać.” Przyjaciele, Leszek i Adam z Polski, którzy mieszkają w tzw. zielonym domku, najstarszej chatce (bo ciężko to nazwać domem) w Longyearbyen. Czy też Galina Łapij z pierwszego zdania, której niesamowita i dramatyczna historia jest gotowym materiałem na film.

Intrygujące jest także najbliższe otoczenie. Wielka, górująca nad miastem fabryka węgla. Położona w pobliżu Piramida – kiedyś miasto, z którego dumni byli zamieszkujący je Rosjanie – teraz rozpadająca się i niszczejąca osada-widmo. Znajdująca się w okolicy polska stacja badawcza (świetne opowieści związane z tym miejscem!). Specyficzny rodzaj budowli, w której można tworzyć więzi albo na całego doświadczać samotności, zwanej tam hytta - będącym czymś na kształt skrzyżowanego domku campingowego z altaną na działce, oczywiście pozwalającej jako tako przetrwać w nim srogi mróz. Tu znajduje się również wydrążony w skale i przypominający od środka statek kosmiczny Globalny Bank Nasion „To tutaj, na 78 stopniu szerokości geograficznej północnej, gdzie nie ma ani jednego drzewa, a pokrywa tundry nie wzrasta wyżej niż do około trzydziestu centymetrów, ponad siedemset siedemdziesiąt tysięcy rodzajów nasion roślin jadalnych leży niewzruszonych, jako gwarancja na to, że świat przetrwa.”

Do tego dodajmy jeszcze dziką naturę i ważną rolę jaką dla tamtej społeczności odgrywają zwierzęta. „Pozyskiwanie mięsa na własną rękę to tutaj tradycja, a mięso dzikich zwierząt jest największym przysmakiem.” Oprawiania reniferów dzieci uczą się od małego, skóry fok są ważnym wystrojem restauracji, a te z lisów miejscami wyglądają jak suszące się przed domem pranie. Przeczytamy też o wymyślnych sposobach polowania na niedźwiedzie np. tak zwanych samostrzałów, pudełek przypominających wieloformatowe kamery, które zamiast obiektywu miału lufę karabinu „Miś sam zwalniał spust, wkładając głowę po ukryte mięso. Padał natychmiast, skóra zanieczyszczała się tylko na głowie.” Z kilku makabrycznych historii dowiemy się także jak to działa w drugą stronę, tzn. jak miśki polują na ludzi.

Nie za gruba książka, a autorka skondensowała w niej tyle ciekawych historii i informacji, że można by było jeszcze tak wymieniać i wymieniać. „Białe” to dobrze skonstruowany, rasowy reportaż. Udany także jeśli chodzi o warstwę literacką. Miarą atrakcyjności tej lektury jest dla mnie fakt, że po odłożeniu jej na półkę pomyślałem: kurde, ale fajnie byłoby tam pojechać! Ba! Kiedyś, w innym wcieleniu, mógłbym tam nawet zamieszkać – mróz i śnieg, dzika przyroda, samotność, ciche i spokojne przestrzenie gdzie „nic nie ma”...
I jeszcze ten cudowny zakaz posiadania kotów.

Aktualnie czytam:

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Meghan i Harry szczerzy do bólu. Ten wywiad poruszył Brytyjczyków, ale nie wszystkim się spodobał
0 0"World of Fire" z Wichłacz i Kotem. Serial BBC pokazuje wojenny koszmar nie tylko Polaków
0 0W Polsce tego filmu ludzie boją się jak ognia. Widziałem "Malowanego ptaka" i już wiem dlaczego

POLECAMY

HYDEPARK 0 0Maciej Stuhr kończy 44 lata. I właśnie z tej okazji dał bardzo szczery wywiad
0 0Tak się rozjeżdża konkurencję. Po takiej zapowiedzi serwisu Disney+ Netflix może się bać

TRAGEDIA W WARSZAWIE

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy