...czyli podróże ze Stasiukiem, Thubronem i Pawlakiem

REKLAMA
Andrzej Stasiuk – „Wschód”
logo
Pierwsze zdanie: „Minionego lata Dżery kupił wyposażenie sklepu z pegeeru.”
Nie będę oryginalny – cenię prozę Stasiuka, zwłaszcza tą sprzed kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat – rzeczy takie jak surowe jeszcze, ale mocne „Mury Hebronu”, genialną „Duklę” czy brawurowe „Jak zostałem pisarzem”. Czuje do niego sympatię nie tylko jako pisarza, ale i człowieka - to przecież ciekawy i mądry gość. Ale od „Jadąc do Babadag”, który był dla mnie ostatnią z jego świetnych rzeczy, odnoszę wrażenie, że autor pisze wciąż jedną i tę samą książkę. Pisze za dużo, w sensie częstotliwości, powiela wciąż ten sam eseistyczno-podróżniczo-osobisty ton narracji i kompletnie niczym już nie zaskakuje.
Owszem jest w tym naprawdę dobry. Ma już od dawna swój wypracowany i dopieszczony, rozpoznawalny styl. Potrafi sypać kapitalnymi zdaniami jak z rękawa. We „Wschodzie” średnio co druga strona są frazy czy zbitki zdań, których wielu innych pisarzy mogłoby mu pozazdrościć. Pod względem formy i stylu nie można mu kompletnie nic zarzucić. Ale nadal wygląda to trochę tak, jakby grał wciąż do tej samej bramki. Co niestety na dłuższą metę zwyczajnie nudzi.
Ze „Wschodem” miałem tak, że mniej więcej do połowy (gdy autor pozostawał na jego stronach wciąż w Polsce) książka naprawdę mi się podobała. Opisy opuszczonych pegeerów, wspomnienia z lat dziecięcych (ucieszył mnie zwłaszcza krótki fragment o odpustowych straganach z korkowcami i kapiszonowcami, które też jeszcze pamiętam), świetnie opisana podróż przez prowincjonalną, szaro-burą Polskę, odbywaną samochodem wzdłuż brzegu Wisły czy takie momenty jak ten zaczynający się od zdania:
„Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry.”
A zwłaszcza wprost piękne relacje ze spotkań z matką. Z jednej strony nieco szorstkie, ale przecież bardzo delikatne i takie ciepłe, ujmujące i pełne melancholii.
„Niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. Nigdy nie mogłem usiedzieć. No ale nawet nie próbuję tego tłumaczyć. Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy. Patrzę na nią i podążam myślami w jej strony. W moje strony. Przestrzeń jest przeszłością.”
Ta część jest naprawdę mistrzowska.
W zestawieniu z drugą powoduje, że jestem wewnętrznie rozdarty, jak ta sosna u Żeromskiego. Bo niestety sytuacja diametralnie zmienia się gdy Stasiuk opuszcza ojczyznę i przemieszcza się dalej na tytułowy Wschód - przez Rosję, Mongolię aż do Chin. Patrzy w lewo, patrzy w prawo, niby opisuje wszystko to co spostrzega, snuje refleksje, sili się na jakieś ważkie myśli, ale nic specjalnego z tego nie wynika. Nuda. Nic się nie dzieje.
Te próby diagnozowania, objaśniania, zmieniających się czasów, kręcącego się świata, zestawienie Wschodu z Zachodem, nie prowadzą do niczego szczególnie odkrywczego. To wszystko już było. A im dalej brniemy w ten Wschód tym gorzej.
A zapowiadane rozliczenie się z komunizmem? Wyprawa po to by zobaczyć w jaki twór ten ustrój się zmienił? Dajcie spokój. Stasiuk pisze o nim tak: „Po prostu jego koniec w moim kraju wydawał się zbyt błahy i banalny, by mogła z tego powstać jakaś opowieść. Musiałem się przekonać, że moja historia jest fragmentem czegoś większego.” Niestety, i przyznaję to ze szczerym żalem, poza wspomnianą pierwszą „polską” częścią, nic większego się tu jednak nie zrodziło.

Colin Thubron – „Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt.”
logo
Pierwsze zdanie: „Słońce wznosi się do zenitu.”
„Góra w Tybecie” to trzecia książka tego wybitnego angielskiego pisarza i podróżnika, którą przeczytałem. Póki co najsłabsza w tym trójpaku (pozostałe dwie to „Po Syberii” i „Utracone serce Azji”), ale ponieważ Thubron poniżej pewnego, wysokiego dodajmy poziomu nie schodzi, i tak warto ją przeczytać. Choćby i dla pięknego języka jakim się w niej posługuje.
„W końcu wkraczamy do świętej doliny, gdzie na lakierowanym zielonym dnie pasą się dzo i jaki. Pielgrzymi w dolinie wyglądają na nanizane paciorki. Tu, wokół łąk zwanych Złotą Niecką, zbocza w cudowny sposób zaczynają się schodzić. Urwiska rozpadają się na mandarynkowe i różowe pasma, potem wznoszą się drżąco jak strzaskane wieże, by się zlać z górskimi stokami, z których osypuje się łupek.”
Z pozoru prosty opis, a jednak jest w nim pewna lekkość, wrażliwość, plastyczność i poetyckość. W tego typu zachwycających frazach, w których rejestrowane obrazy czy spostrzeżenia zamieniają się w tekst, Thubron ma czarny pas - bezwzględnie wybitny z niego stylista.
Podtytuł książki mówi sporo o tym czego możemy się po niej spodziewać. Pielgrzymka, a więc duchowa refleksja, jakieś mistyczne przeżycie. Święty szczyt to z kolei góra Kajlas – oś świata i początek stworzenia. Najświętsza ze wszystkich gór Ziemi. Czczą ją wyznawcy buddyzmu, hinduizmu, dżinizmu i bon. U jej podnóży mają swój początek cztery potężne rzeki – Indus, Ganges, Brahmaputra i Satladź. Okrążenie jej na piechotę wymazuje ponoć wszystkie grzechy.
Thubron rusza w pieszą wyprawę z Nepalu do Tybetu, do Kajlas. To wędrówka pełna melancholii i bardzo osobistych refleksji, bo podczas jej trwania autor wspomina swoich najbliższych. Zmarłego ojca i matkę oraz siostrę, która w wieku 23 lat zginęła pod lawiną w górach.
„Idę ścieżką coraz wolniej. Dręczące wspomnienia nie pozwalają na ciche rozmyślania. Wraz ze śmiercią ostatniego rodzica rzeczy materialne – dawna korespondencja, podniszczony dom, kapcie – wyłaniają się jak sieroty, by uczcić zmarłych.”
Co prawda mamy tu także fantastyczne fragmenty dotyczące przemierzanych przestrzeni - od surowej natury po zapierające dech w piersiach widoki. Mamy ciut historii tych terenów, obrazy odciętych od świata wiosek, mniej lub bardziej zrujnowane klasztory, szybkie portrety innych wędrowców i pątników czy też opis podniebnych pogrzebów. Jednak wszystko to przytłacza elegijny klimat, wspomnienia i rozliczenia przeszłości rodziny, a co najistotniejsze próba zrozumienia istoty śmierci. To bardzo subtelna i intymna książka. Może nawet odrobinę za bardzo.

Zbigniew Pawlak, Jerzy A. Wlazło – „Pęknięte miasto Biesłan”
logo
Pierwsze zdanie: „Mój syn miał nogi spętane tasiemką na wysokości kostek.”
To co wydarzyło się równo dziesięć lat temu w tym niedużym mieście w Osetii Północnej, blisko granicy z Inguszetią, pamiętałem do tej pory jak przez mgłę. Po lekturze tego reportażu raczej nie zapomnę już nigdy. Przypomnijmy – 1 września 2004 r. do szkoły nr 1 w Biesłanie wtargnęła grupa przeszło trzydziestu terrorystów, którzy wzięli na zakładników uczniów, ich rodziców i nauczycieli. W sumie ponad 1 tys. osób.
Najpierw zabito dwudziestu mężczyzn stanowiących potencjalne zagrożenie, resztę trzymano przez trzy dni stłoczoną w sali gimnastycznej obwieszonej ładunkami wybuchowymi. Trzeciego dnia nastąpił szturm rosyjskich sił specjalnych i uzbrojonych mieszkańców miasta. W wyniku chaotycznej i spontanicznej akcji zginęło ponad 300 zakładników w tym 156 dzieci. 700 osób (głównie dzieci) zostało rannych. Zabito prawie wszystkich terrorystów, ponoć dwóm udało się zbiec.
Reportaż wraca do tych wydarzeń ukazując je z dwóch głównych perspektyw – 40 dni i 10 lat po zamachu. Poza tym jeszcze z kilku innych – z punktu widzenia rodzin ofiar, tych którzy przeżyli, rosyjskich komandosów a nawet napastników. Dodatkowo otrzymujemy także szerszy kontekst całej sprawy - historię konfliktów na Kaukazie, próbę ich wyjaśnienia, przedstawienie mentalności, tradycji i wzajemnych zależności miedzy Osetyjczykami, Inguszami i Czeczenami czy portret odbudowanego Groznego. I jest to wielką zaletą tego tekstu.
Podobnie jak jego rzetelność i obiektywizm w sposobie prezentowania faktów czy wielość wykorzystanych źródeł. Nie jest to książka napisana w jakiś szczególnie porywający sposób (budowane od początku napięcie w narracji momentami niestety siada), ale jest to pozycja niesamowicie poruszająca i choć pisana na chłodno - niezwykle emocjonalna. Przyznaję, że kilka razy musiałem zagryzać wargi, żeby nie pęknąć, a bywało też. że wilgotniały mi oczy.
Ale musi tak być gdy czyta się np. o zgodzie terrorystów, którzy po negocjacjach przystali wypuścić wszystkie matki z małymi dziećmi. Decyzja, która powinna być odebrana pozytywnie, a jednak okazała się być okrutną, a jej „konsekwencje czuje się w Biesłanie wciąż po dziesięciu latach.” Bo np. taka „Fatima oddała swój sześciomiesięczną Alonę, aby zostać przy dziewięcioletniej Kristinie. Tylko Alona przeżyła.” Czy Salima, która chciała zrobić jak Fatima, a więc oddać maleńką Aminę i wrócić czuwać przy synku, ale nie wpuszczoną ją z powrotem do szkoły: „Salima do dzisiaj pamięta łzy w oczach dziecka, siedmioletniego synka, który nie potrafi zrozumieć, dlaczego musi zostać sam.” Synek Salimy zginął podczas szturmu.
To są historie, które ściskają serce podwójnym nelsonem, zwłaszcza gdy jest się rodzicem. Od razu myśli się przecież - a ty co byś zrobił w takiej sytuacji? Albo przypadki niezwykłego bohaterstwa np. takiego Sasłana Gusiewa, szesnastolatka, który nie uciekł ze szkoły, choć miał taką możliwość, tylko został by chronić młodszego brata Dawida, a podczas szturmu uratował go (mimo, że tamten był ranny) i jeszcze ośmiu pierwszoklasistów. Czy też taki Iwan Kanidiis – stary wuefista, który mógł wyjść ze szkoły, ale wolał zostać ze swoimi uczniami: „Uspokajał, dodawał otuchy, odwagi.” I był jednym z niewielu, którzy nie bali się postawić terrorystom.
Duże wrażenie robi również część o rosyjskich komandosach z grup Alfa i Wympieł, którzy także wykazali się niezwykłym bohaterstwem, ratując wiele dzieci często w brawurowy sposób albo poświęcając dla nich życie (np. nakrywając granat własnym ciałem). Podczas szturmu zginęło ich kilkunastu.
Poruszająca to książka, żeby nie napisać bolesna w odbiorze. Zwłaszcza jeśli chodzi o perfekcyjnie oddaną relację z tego, co się wydarzyło przez te trzy dni w szkole. Mniemam, że rzeba ją nawet odchorować.
Smutna jest także końcowa refleksja, że po 10 latach od tych tragicznych wydarzeń miasto jest podzielone, a spowodowała to pomoc humanitarna i solidny zastrzyk finansów. Zakładnicy dostali bowiem te duże pieniądze, pobudowali domy, powyjeżdżali na wakacje, a reszta, której nie dano nic, jest tym faktem mocno rozczarowana albo zwyczajnie zazdrosna.
Aktualnie czytam:
logo