
... czyli nie żadne kredyty, tylko dwie bardzo dobre powieści, które da się przeczytać od świtu do zmierzchu (lub odwrotnie)
REKLAMA
Ferdinand von Schirach – „Tabu”
Pierwsze zdanie: „Pewnego pogodnego dnia wiosną roku tysiąc osiemset trzydziestego ósmego w Paryżu, przy Boulevard du Temple, powstała nowa rzeczywistość.”
„Tabu” mało nie przegapiłem. Nowa powieść niemieckiego autora wyszła bowiem w kwietniu i jakoś przeszła przez rynek bez większego echa ginąc zapewne w nieustającym zalewie nowości. Natknąłem się na nią dopiero niedawno i to zupełnym przypadkiem, po czym od razu złapałem do czytania, bo fanem pana Ferdinanda jestem od samego początku, czyli od zbioru opowiadań pt. „Przestępstwo”. Po nim była jeszcze lepsza „Wina” (również kompilacja krótkich story), a za nią „Sprawa Colliniego”, króciutka powieść, która choć dobra, pozostawiła we mnie pewien niedosyt.
Przy „Tabu” o żadnych niedosytach nie ma prawa być mowy – od początku do końca równy, mocny ścieg. Tematyka po części ta sama co zwykle czyli przestępstwo (domniemane), wina i kara, istotne dylematy etyczne oraz człowiek zaplątany w prawo. Poza tym pogłębiony portret psychologiczny głównego bohatera, a więc próba zrozumienia tego wszystkiego co doprowadziło go do takiego a nie innego stanu. I jeszcze jedna drobna odmiana – poza światkiem prawniczym, który u Schiracha, znanego prawnika, występuje niejako z urzędu, mamy jeszcze subtelne prześliźnięcie się po środowisku artystycznym.
Bohaterem powieści jest Sebastian von Eschburg, sławny acz nieszczęśliwy fotograf, który zostaje oskarżony o morderstwo kobiety. Sprawa jest o tyle dziwna, że nie odnaleziono ciała i do końca nie wiadomo nawet kim ta kobieta była. Eschburg wynajmuje ekscentrycznego adwokata o nazwisku Biegler:
„-Chciałbym, żeby bronił mnie pan tak, jak gdybym nie był mordercą.
- Jak gdyby nie był pan mordercą? Czy dobrze rozumiem? Jest nim pan czy nie? – spytał Biegler.
- Czy to ważne?
To było dobre pytanie.”
- Jak gdyby nie był pan mordercą? Czy dobrze rozumiem? Jest nim pan czy nie? – spytał Biegler.
- Czy to ważne?
To było dobre pytanie.”
Biegler poza tym, że ma nieźle gadane, posiada jeszcze dość specyficzne poglądy. Na przykład gdy żona poprosiła go żeby kupił kwiaty nowej sekretarce odmówił stwierdzając:
„Kwiaty to otwarte narządy płciowe, nie będę czegoś takiego czegoś dawał, a już na pewno nie młodej kobiecie.” W ogóle jest równie ciekawą postacią, co skażony traumą dzieciństwa Eschburg.
„Kwiaty to otwarte narządy płciowe, nie będę czegoś takiego czegoś dawał, a już na pewno nie młodej kobiecie.” W ogóle jest równie ciekawą postacią, co skażony traumą dzieciństwa Eschburg.
Jak to u von Schiracha sprawa będzie mocno pogmatwana, zakręcona i nieoczywista, a jej finał naprawdę zaskakujący. Całość jest skonstruowana niczym jakaś intelektualna gra-zagadka, w której niczego nie można być pewnym. No bo z czymże mamy tu do czynienia? Ze zwykłym morderstwem? Perfekcyjną mistyfikacją? Jakimś mrocznym teatrem? Artystyczna zabawą? Trzeba to „zbadać” osobiście. A zrobić to warto nie tylko dla fabularnej intrygi i innych związanych z nią wartości dodanych, ale również dla języka i literackiego stylu jakim operuje ten autor. To proza z pozoru prosta, zimna, podana w sposób wybitnie powściągliwy i bez jakichkolwiek ozdobników, ale niebywale sugestywna i budująca niepowtarzalny klimat. Niemiecki autor znów w najwyższej formie.
Nic Pizzolatto – „Galveston”
Pierwsze zdanie: „Lekarz prześwietlił mi płuca.”
O jak ja lubię takie książki!
Z takimi opisami:
Z takimi opisami:
„Nie licząc kilku rdzewiejących aut z pogiętymi antenami, wozu kempingowego na sflaczałych oponach i motocykla stojącego w kałuży oleju, parking był zupełnie pusty. Okna jednego z pomieszczeń w budynku zaklejono folią aluminiową. To jedno z tych miejsc, które wybierasz, kiedy już naprawdę nie masz dokąd pójść, motel, w którym meldują się przypadkowi goście, żeby popełnić samobójstwo, a ludzie są zbyt pogrążeni we własnych problemach, żeby zwracać na kogokolwiek uwagę.”
takimi fragmentami:
„Przez całe życie trafiałem na takich kolesi, wioskowych debili z wiecznym żalem do całego świata. Wyżywali się na zwierzętach, lali swoje bachory pasem, rozpieprzali auta po pijaku, a jakoś w okolicach czterdziestki znajdowali Jezusa, zaczynali chodzić do kościoła i szukać pociech u prostytutek.”
takim klimatem:
„Wiedziałem, że przeszłość nie istnieje. Istniało tylko jej wyobrażenie, idea, a to, czego chciałem dotknąć, o co chciałem się otrzeć, uczucie, którego nie potrafiłem nazwać – stało się zupełnie nierzeczywiste. Ono też było tylko ideą.”
oraz krótkimi strzałami typu:
„Stan miał typowo polskie grube brwi, coś jak klif rzucający długi cień na jego malutkie oczka.”
albo
„Współczuję ci, stary. Byłem tak kiedyś. Tylko deszcz, katole i czarnuchy.” – to o Nowym Orleanie
czy też:
„Przychodzisz na świat, a jakieś czterdzieści lat później wytaczasz się z knajpy i dziwią cię własne bolączki.”
Mógłbym tak jeszcze cytować, ale trzeba spróbować napisać kilka zdań o co tu właściwie biega.
„Galveston” to kryminał w stylu noir, w którym nie za wiele jest akcji jakiej można oczekiwać po takim gatunku. Jedna szybka strzelanina na początek, później jakby mimochodem wykonane na zimno morderstwo, lekkie bęcki na koniec i już. Wszystko. Tutaj od akcji, pościgów i strzelanek ważniejszy jest klimat. A ten jest taki, że gospodin pamiłuj - jak mawiają bracia ze Wschodu.
„Galveston” to fatalizm, pesymizm, zwątpienie, cierpienie i cały syf tego świata, polukrowany nieszczęściem i doprawiony z wierzchu subtelną nutką dekadencji. Wszystkie postaci, które przewijają się przez jego strony są mniej lub bardziej przegrane i znikąd szukać im pomocy gdyż life is brutal and full of zasadzkas. Po prostu. Tu już na pierwszej stronie bohater dowiaduje się, że ma raka i jest to poniekąd najmniejszy z problemów, które czekają go dalej.
„Galveston” to fatalizm, pesymizm, zwątpienie, cierpienie i cały syf tego świata, polukrowany nieszczęściem i doprawiony z wierzchu subtelną nutką dekadencji. Wszystkie postaci, które przewijają się przez jego strony są mniej lub bardziej przegrane i znikąd szukać im pomocy gdyż life is brutal and full of zasadzkas. Po prostu. Tu już na pierwszej stronie bohater dowiaduje się, że ma raka i jest to poniekąd najmniejszy z problemów, które czekają go dalej.
Roy Cady, bo o nim mowa, to bezlitosny bandzior, dla którego zabić to jak splunąć. Cyniczny i sfrustrowany miś zaskakujący swoim sentymentalnym podejściem do gównianego życia pełnego kłopotów, w które dane jest mu pakować się z siłą czołgu i uporem maniaka. Facet, który w zasadzie powinien czytelnika odpychać a gwarantuje wam, że na koniec będziecie go lubić. Roy jest bandytą, ale jest też cool, bo Roy ma skrupuły. Chce się zmienić. Szuka człowieczeństwa w samym sobie, z cichą nadzieją na odkupienie. I choć jego była miłość mówi mu krótko i dosadnie „Przeszłość nie istnieje Roy” to on do ostatniej strony będzie musiał się z nią zmagać.
Owszem nie jest to może żadna wielka literatura, obfitująca w epickie frazy i stylistycznych fajerwerki. Ba, historia z czasem robi się nawet delikatnie przewidywalna, ale to w ogóle nie ma żadnego znaczenia. Kompletnie. To mocna, męska proza porażająca czy też hipnotyzująca swą atmosferą i napisana tak, że nie sposób się od tej książki oderwać. Ale tak zupełnie szczerze, a nie przysłowiowo.
Jej autor, Nic Pizzolatto to facet, który napisał scenariusz do serialu „True Detective”. A Roy to wypisz wymaluj Rusty Cohle grany w serialu przez Matthew McConaughey’a.
Teraz wszystko powinno być już jasne...
Jej autor, Nic Pizzolatto to facet, który napisał scenariusz do serialu „True Detective”. A Roy to wypisz wymaluj Rusty Cohle grany w serialu przez Matthew McConaughey’a.
Teraz wszystko powinno być już jasne...
Aktualnie czytam:
