… czyli Pierre Lemaitre tym razem nie z thrillerem

REKLAMA
Pierre Lemaitre – „Do zobaczenia w zaświatach”
logo
Pierwsze zdanie: „Ci, którzy myśleli, że wojna niedługo się skończy, dawno już polegli.”
Zacznijmy od tego, że otwierająca książkę fraza jest doprawdy mistrzowska. To chyba najlepsze pierwsze zdanie na jakie natknąłem się w tym roku. Szacunek.
Lemaitre, dotychczasowy autor świetnych thrillerów (pisałem tu o „Alex” i „Ofierze”) popełnił tym razem, nie kolejną książkę stricte gatunkową, a rozbudowaną powieść wojenną. Dokładnie rzecz ujmując antywojenną (pojawiające się porównania do Remarque’a można by i od biedy zaakceptować, ale te do Celina już nie bradzo). Powieść, która łączy w sobie, w sposób niebywale zręczny, elementy literatury popularnej (kryminalne, obyczajowe, romansowe), z próbą refleksyjnej prozy rozliczeniowej o wyraźnym wydźwięku antywojennym właśnie.
Napisałem próbą, bo to rozliczenie I Wojny Światowej i Francji jest dość pobieżne, żeby nie napisać płytkie. Coś w ten deseń – wojna była straszna, niepotrzebnych ofiar wiele, a rząd francuski miast zajmować się tymi co przeżyli (najczęściej okaleczeni i bezrobotni) skupił się na czczeniu pamięci po zabitych. Wydaje się, że mimo pozorowanych ambicji takie chyba było jednak założenie. Gdyby bowiem autor wszedł głębiej w analizę tej czteroletniej masakry, to książki pewnie nie czytałoby się już tak lekko. Odnoszę wrażenie, że Lemaitre chciał dać czytelnikom nade wszystko coś na kształt przyjemności lekkiej lektury na poważny temat. I akurat to mu się niewątpliwie udało.
Osią „Do zobaczenia w zaświatach” są dwa wątki sensacyjno-kryminalne – jeden oparty na faktach, a drugi zmyślony, choć trzeba od razu przyznać, że jak na tamtejsze ówczesne realia, dość prawdopodobny. Te dwa rdzenie powieści, toczące się równolegle, poprowadzone są kapitalnie – zajmująco, logicznie i w dobrym tempie.
W pierwszym rzecz rozchodzi się o wielki deal z rządem francuskim na nazwijmy to bezdusznie – kompleksową obsługę nowo-powstających nekropoli poległych żołnierzy. Ponieważ „cała północ i cały wschód kraju usiane były prowizorycznymi, wykopanymi naprędce mogiłami” chodziło o to żeby szybko i sprawnie ekshumować, ciała zapakować w trumny, a te z kolei zakopać, mając wiedzę któż tam spoczywa w środku. Za ten biznes weźmie się kapitan Henri d’Aulnay-Pradelle, zubożały arystokrata i pazerny na pieniądze karierowicz. Wyjątkowa gnida.
logo
Pierre Lemaitre
Co do drugiego wątku, to też chodzi o wielki, ale nie deal tylko przekręt. Nie zdradzając szczegółów rzecz dotyczy zdobycia miliona franków przy wykorzystaniu narodowej mody na czczenie ofiar wojny. Genialny plan wprowadzają w życie główni bohaterowie powieści: Albert Maillard i Edouard Pericourt. To dwóch kombatantów, których los zetknął ze sobą (przy wyraźnej pomocy tej kreatury Predella) ostatniego dnia wojny, w dość osobliwych okolicznościach. Napiszę tylko, że Alberta Lemaitre na samym początku książki zabija, aby go po chwili cudownie wskrzesić. A żeby jeszcze bardziej podsycić ciekawość, rzucę hasło, że wiążący się z tym fragment z głową konia, to coś w stylu najbardziej pojechanych pomysłów Tarantino.
W ogóle cała fabuła jest tu mocno poplątana i pokręcona, bo makabrycznie okaleczony morfinista Edouard:
„Odłamek pocisku wyrwał mu całą dolną szczękę, poniżej nosa zieje pustka ukazująca gardło, podniebienie i górne zęby, a jeszcze niżej strzępy szkarłatnego ciała, w głębi którego widać coś przypominającego przedsionek krtani, nie ma już języka, przełyk jest czerwoną, wilgotną jamą.”
jest synem bardzo bogatego ale porządnego przedsiębiorcy, z którego kontaktów - poprzez pewną zależność - korzysta Pradelle. A w dodatku pan Pericourt jest przekonany, że jego syn Edouard… Nie! O fabule nic więcej nie napiszę. No może jeszcze słówko o świetnej nakreślonej drugoplanowej postaci, niejakim Josephie Merlinie, obleśnym urzędniku, który nieźle namiesza w szykach Pradelle’a.
Napisane to jest wybornie i ciężko się od tego oderwać. Imponuje sposób w jaki jest ta cała opowieść poprowadzona, to żonglowanie wątkami, pożenienie tych wszystkich elementów czy umiejętne budowanie napięcia. Do tego sprawna narracja i świetnie nakreślone postaci z ich pogłębioną psychologią. Ba! Bardzo dobre pojedyncze zdania np. „Wiedział dobrze, że ze wszystkim można się pogodzić, lecz odkąd wygrał wojnę, miał wrażenie, że każdego dnia przegrywa ją coraz bardziej.” Albo chociażby fajne poczucie humoru: „Labourdin był durniem, wielkim z powodu własnej głupoty.” W ogóle Lemaitre pozwala tu sobie dowcipkować, kpić a nawet szydzić i to często w zaskakujących momentach, kiedy wydawałoby się, że robić tak nie wypada.
Żeby jednak nie było tak słodko, mam też dwa zarzuty. Po pierwsze niczym mnie autor tym razem nie zaskoczył. A biorąc pod uwagę, że w takiej „Alex” pisarz zaserwował aż trzy suspensy, to chyba można mieć o to do niego żal?
Po drugie, i tu już sprawa jest poważniejsza – zakończenie! Finał książki jest jej największą słabością. Naciągany i przewidywalny – jednocześnie, bo dotyczący najważniejszych jej postaci. Pozornie jest więc bardzo dobrze, ale pewien niedosyt i lekki niesmak pozostał.

Aktualnie czytam:
logo