... czyli trzech autorów: Zielke, Russell, Rankin i ona jedna - Bonda!

REKLAMA
Mariusz Zielke – „Twardzielka”
logo
Pierwsze zdanie: „Za Wolinem skręcili w prawo na Warnowo.”
Nowy kryminał Mariusza Zielke jest niestety tak kiepski jak powyższe jego pierwsze zdanie. Zastanawiam się jak autorem świetnego „Wyroku”, w którym brawurowo opisał machlojki na rodzimym rynku finansowym, mógł popełnić taką niedoróbkę. Głównym problemem „Twardzielki” jest bowiem to, że jest od początku do końca napisana „po łebkach”. Po pierwsze narracja jest niedopracowana. Oparta głównie na dialogach, z ledwo zarysowanymi realiami, tłem obyczajowym, nie mówiąc już o jakichkolwiek większych przemyśleniach na temat portretowanego środowiska czy wyraźniejszej głębi psychologicznej postaci. Ta ostatnia ogranicza się jedynie do płytkiego prześliźnięcia się po problemach głównej bohaterki. Zresztą Marika, bo tak ma na imię, to postać, która w zamierzeniach autora ma być ciekawa i nieoczywista a jest sztuczna i przewidywalna. To jeszcze nic, bo o samym poszukiwanym mordercy, jego psychice czy motywach też nie dowiem się zbyt wiele, żeby nie napisać prawie nic, a on sam nie wzbudza w czytelniku żadnych emocji. Choć jak wiadomo powinien. Po wtóre, co chyba w kryminale jako gatunku jest najistotniejsze, cała zagadka jest prosta jak drut, nie ma tu zwrotów akcji, nie wspominając nawet o napięciu. Wszystko jest takie do bólu powierzchowne.
Szkoda zmarnowanego potencjału, bo sam pomysł na fabułę jest ciekawy. Chodzi mianowicie o luksusowe prostytutki, które ktoś brutalnie morduje, a historia toczy się w środowisku polskiego szołbiznesu, modelek i celebrytów, którzy „(…) są jak terroryści. Bez mediów nie istnieją.” Nie trudno dopatrzeć się w tekście wzmianek o takich prawdziwych postaciach jak Fibak, Korwin-Piotrowska czy Kukiz. Gdyby Zielke skupił się bardziej na tym „bagienku”, mechanizmach, które w nim obowiązują czy podał jakieś bardziej konkretne szczegóły, tak jak to zrobił pisząc o giełdzie papierów wartościowych i działających na niej rodzimych finansistach we wspomnianym już „Wyroku”, byłby pewnie kolejny hit. A tak jest kit, który z rosnącym rozczarowaniem, ale na szczęście ekspresowo się czyta.

Craig Russell – „Mistrz karnawału”
logo
Pierwsze zdanie: „Szaleństwo.”
Kolejna część cyklu hamburskiego z komisarzem Janem Fablem jest nietypowa, bo akcja z tego portowego miasta przenosi się do Kolonii. Fabel akurat niby podjął już decyzję, że odchodzi z policji (ma już nawet nagrane nowe zajęcie), ale szybko okazuje się, iż to tylko pozory, bo nie tylko wciąż się waha, ale jeszcze zgadza się pomóc w pewnym śledztwie. Dotyczy ono mordercy przebranego za klauna, który podczas corocznego karnawału w Kolonii, dusi kobiety krawatem i wycina z ich pośladków kawałek mięsa w celach konsumpcyjnych. Napiszę tu od razu, o pierwszym zarzucie, który mam wobec tego kryminału – postać ów kanibala nie została należycie rozwinięta i Russell potraktował ją jak na mój gust zbyt powierzchownie (kłania się kazus Zielke z recenzji wyżej). Zwłaszcza jeśli ma się w pamięci tak fascynującą postać, jak chocby Hannibala Lectera. Mamy zatem pewien nie wykorzystany potencjał fabularny.
Szkocki pisarz skupia się za to bardziej na dwóch innych wątkach (poza przeżywającym wewnętrzne rozterki Fablem, oczywiście). Pierwszy dotyczy Ukrainy i brutalnego oraz nieuchwytnego przestępcy, niejakiego Witarenki. I jest on całkiem ciekawy, bo rozpięty od znanego z historii ukraińskiego hołodomoru, czyli wielkiego głodu, który w latach 30-tych zabił wielu ludzi, aż po działalność współczesnych służb antyterrorystycznych (Berkut). Drugi to prywatne śledztwo odsuniętej od służby w policji, byłej współpracownicy Fabla, Marii Klee, która w pojedynkę tropi Witarenkę. Ten kolejny, równolegle prowadzony wątek jest już dość mocno naciągany – mająca problemy fizyczne, ale także z samą sobą, Maria stawia czoła profesjonalnym zabójcom, ba pół żywa jest nawet w stanie rzucić się zębami do gardła. Trochę to trąci myszką. Jednak jeśli damy radę przymknąć na to oko, to suma sumarum otrzymujemy całkiem rzetelny kryminał. Russell bardzo dobrze operuje językiem, umiejętnie zwalnia i przyspiesza akcję, potrafi też zbudować nastrój grozy. Sugestywna i mocna, nieźle skomponowana - choć pozostawiająca również lekki niedosyt - gatunkowa rozrywka.

Ian Rankin – „Stojąc w cudzym grobie”
logo
Pierwsze zdanie: „Starał się nie stać zbyt blisko otwartego grobu.”
Jak już pewnie wiadomo tym którzy tu zaglądają w miarę regularnie, inspektor Rebus to moja największa miłość jeśli chodzi o bohaterów kryminałów. Ale jak tu nie wielbić faceta, który słucha starego rocka z płyt winylowych, raczy się piwem na zmianę z whisky, ma specyficzne, zgryźliwe poczucie humoru, luźny stosunek do przepisów, lubi iść pod prąd, a gdy przemieszcza się po Szkocji swoim starym, kultowym Saabem to zawsze salutuje mijanym po drodze gorzelniom. Właśnie, w kolejnej odsłonie cyklu z Rebusem, Rankin wygonił swojego bohatera z Edynburga w kraj. Zagadka kryminalna dotyczy bowiem zaginionych kobiet, które na przestrzeni lat „rozpłynęły się” przy drodze A9. Rebus, który z racji wieku i przeszłości formalnie nie jest już policjantem, tylko pracownikiem cywilnym Wydziału Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych, żeby rozwiązać tę sprawę będzie musiał pokrążyć trochę między stolicą Szkocji a Inverness. Oprócz tego będzie musiał próbować odnaleźć się w nowych realiach, w których pracuje współcześnie policja, bo John to tego typu olschool, że np. raczej nie ogarnia Internetu. Siobahn Clark, jego najlepsza przyjaciółka i była współpracownica, pyta go: „Ty jesteś winylowy my cyfrowi?” Rebus odpowiada „Kiedyś załatwiało się wszystko przez kontakty. Jedyną ważną siecią była ta na ulicy.” Ale jak wiadomo ten stary wyga nigdy się nie poddaje i choć łatwo nie jest, wciąż daje radę. Poza tym jak to Rebus - będzie się ścierał ze swym odwiecznym oponentem „Big Ger’em” Caffertym, obecnym szefem James’em Pagem, szukającym na niego haków Malcolmem Foxem z wydziału wewnętrznego, a nawet z Siobhan.
Oczywiście fabularnie i narracyjnie wszystko trzyma się kupy, jest dobra intryga, napięcie, mroczny klimat, odpowiednia psychologia postaci, przekonywujące szkockie realia, jak zwykle świetne dialogi, lekki język i to za co cenię Rankina najbardziej czyli wątki obyczajowo-społeczne. Cykl o Rebusie ma swoje lepsze i gorsze części, choć nigdy poniżej pewnego (dobrego!) poziomu nie schodzi – „Stojąc w cudzym grobie” należy do tych najlepszych. I chwała Rankinowi, że choć już zapowiadał koniec serii, wciąż z Rebusem rozstać się nie może.

Katarzyna Bonda – „Pochłaniacz”
logo
Pierwsze zdanie: „ – Sasza? – Głos należał do mężczyzny.”
Napiszę szczerze i bez ogródek – jeżeli chodzi o kryminały to do tej pory byłem typową szowinistyczną męską świnią – zdecydowanie wolałem autorów od autorek. Co prawda podczytywałem kiedyś Chmielewską, Christie a później np. Marininę, Minę czy Grzegorzewską, ale zawsze bez większych ekscytacji. Do momentu, aż pochłonął mnie „Pochłaniacz” Bondy. No paluchy lizać! Rewelacyjnie napisany kryminał. Co prawda przede mną jeszcze lektura nowego Miłoszewskiego i Chmielarza, ale coś mi się zdaje, że w tym roku, w Polsce, jeśli chodzi o kryminał to na Bondę nie będzie mocnych. Wszystko jest tu bowiem prima sort i na wysoki połysk.
Świetnie skonstruowana i bardzo dobrze poprowadzona (aż na 670 stronach - co jest nie lada sztuką!) intryga, rozpięta w czasie dekady, od wczesnych lat 90-tych po współczesność. Może nie ma w niej jakiegoś wielkiego napięcia a akcja nie pędzi jak szalona do przodu, ale nie o to przecież tu chodzi i wcale to nie przeszkadza. Nie mamy tu doczynienia z jakiś thrillerem tylko z powieścią kryminalną. I to powieścią przez wielkie P. I nie ze względów objętości, ale przede wszystkim z powodu sposobu w jaki została napisana.
Wzorowo oddane realia - rodzimej gangsterki lat 90-tych czy współczesnej pracy policji, ale także dotyczące całego tła społeczno-obyczajowego, charakterystyki tamtych i zwłaszcza tych obecnych czasów, a na dodatek nawet i te językowe. Człowiek czyta i myśli, tak, dokładnie tak było, tak - tak teraz jest. Tu nie ma jakiegoś sztucznie czy nieudolnie wykreowanego świata, w "Pochłaniaczu" wszystko mocno trzyma się kupy. Jest to przekonywujące, bo zwyczajnie prawdziwe.
Dalej. Mnogość wątków i postaci. Te pierwsze zajmujące, udanie rozwijane, logiczne, splatające się ze sobą, wynikające jeden z drugiego, serwujące zwroty akcji. I wszystkie są po coś. Nie prowadzą jedynie do prostego rozwiązania, łatwą trasą z punktu A do B, ale kluczą, „chodzą na boki”, po to by, m.in. tłumaczyć różne niuanse, motywy, zależności itd.
Postaci – barwne, interesujące, złożone, niosące za sobą całe bogactwo charakterologiczne. Moim ulubieńcem w „Pochłaniaczu” szybko stał się pewien policjant, niejaki Duchnowski zwany Duchem, który np. przed ważnym spotkaniem w komendzie potrafi ogolić tylko ten profil, który będzie widoczny dla jego przełożonego. Oczywiście najbardziej rozbudowana psychologicznie jest postać głównej bohaterki, profilerki Saszy Załuskiej, która nie tylko samotnie wychowuje córkę i stara się rozwiązać kryminalną zagadkę sprzed lat, ale ma także inne, o wiele bardziej skomplikowane problemy związane ze swoimi słabościami czy też dramatyczną przeszłością.
Jednak tym co na mnie zrobiło największe wrażenie jest merytoryka. Tu od początku do końca czuć, że autorka wie o czym pisze - a to nie zawsze bywa takie oczywiste. Bonda zamieszcza na końcu książki małą listę podziękowań dla różnego rodzaju specjalistów i nie jest to jakiś zabieg PR-owy. To tylko potwierdzenie tego, co przeczytało się wcześniej. Ta chorobliwa dbałość o rzetelność, oddanie rzeczywistości 1:1 czy każdy najmniejszy szczegół, jest chyba największą wartością tej książki. Nic więcej nie piszę. Absolutnie trzeba znać.
Aktualnie czytam:
logo