Powiedzieć, że lektura „Dzienników” Pilcha, to obcowanie z wielką literaturą, to nic nie powiedzieć. Lektura „Dzienników” Pilcha, to najprawdziwsza, choć ze względu na tematykę często smutna i przygnębiająca, intelektualno-literacka uczta. W sensie ścisły ma się rozumieć…

REKLAMA
Jerzy Pilch – „Dziennik”
logo
Pierwsze zdanie: „W Wiśle jak Pan Bóg przykazał: minus czternaście stopni mrozu, plus czternaście centymetrów śniegu.”
„Dziennik” tworzą poszerzone, skrócone i przeredagowane zapiski, które były drukowane w „Przekroju” w latach 2010-2011. Przyznam się, że czytałem je tylko na początku, kiedy „Przekrój”, jak mi się wydawało, był na dobrej drodze, żeby znów stać się pismem z klasą i na wysokim poziomie. Niestety w myśl znanego, obiegowego powiedzenia „jak się polepszy, to się popieprzy”, magazyn ów zaczął systematycznie pikować w dół, a ja przestałem go kupować. Później nawet przeglądać. Suma sumarum - aż wstyd to napisać - straciłem nieco kontakt z aktualną Pilchowską myślą i frazą. Ubolewałem nad tym faktem, nie przeczę, gdyż jak wiemy - Pilch to Pilch. Absolutna czołówka rodzimej felietonistyki (przede wszystkim), ale i literatury takoż. Żyjący klasyk. A ja jego fanem przecież jestem wielkim. Gdy pisał felietony w mojej ulubionej „Polityce”, była to czytelnicza pełnia szczęścia. Gdy przeniósł się do „Dziennika” byłem bliski się nań obrazić i na usta cisnęło mi się już słowo „zdrajca”, ale „Dziennik” bez większego szemrania, tylko z jego powodu grzecznie zacząłem kupować. Jednak staczania się „Przekroju” już nie zdzierżyłem. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, tudzież co ma wisieć nie utonie. Zapiski przekrojowe nie poszły na dno, tylko zostały zebrane w jedną solidną, grubo ponad czterystu stronicową cegłę i jak ta prawdziwa cegła – mocno walą w łeb.
Zacznijmy jednak od formy. Króciutko. Dla mnie „Dziennik” wcale nie jest dziennikiem. Takim klasycznym. On dziennikiem klasycznym jedynie momentami bywa. Dla mnie w głównej mierze dalej są to przede wszystkim felietony. Owszem podzielone na części i oznaczone podawanymi, kolejnymi datami, ale jednak felietony. Od razu zaznaczam również, że mi to wcale nie przeszkadza, ba, mnie to nawet cieszy. Ale napisać o tym czułem się w obowiązku. Kolejny obowiązek recenzenta to napisać cokolwiek o języku. Mój Boże… Śmiem z pełną odpowiedzialnością napisać, że drugiego takiego mistrza polszczyzny jak Jerzy Pilch w kraju nad Wisłą, tak pełnym w literatów, nie ma. Ta słynna Pilchowa fraza, ten niepodrabialny styl, to bezwzględne panowanie nad językiem, drobiazgowe dbanie o niego, te wymuskane, dopracowane i wypieszczone zdania, to niebywałe wyczucie formy. Literackie Himalaje. Pełna wirtuozeria. Nie ma co więcej pisać.
Treść. Cóż, Jerzy Pilch wkroczył już odważnie w smugę cienia. W zapiskach z „Dziennika” wybijają się ponad wszystkie inne, takie tematy jak: samotność, zmagania z chorobą, utrata miłości, utrata wiary, odchodzenie, śmierć. Smutek bije z tych tekstów, melancholia, przygnębienie i mrok czarny jak smoła. Żeby nie napisać rozpacz. Jakby już trochę pan Jerzy chciał się powoli z tym całym światem żegnać. Owszem, w zbiorze opowiadań „Moje pierwsze samobójstwo”, dobre sześć lat temu też już trochę tego było, ale nie aż w takim natężeniu! Jak napisał sam autor „Lepiej dobrze malować na czarno, niż marnie na różowo.” I trzeba przyznać, że Pilch maluje na czarno, tak że zastrzeżeń żadnych mieć nie można. Mądra jest to lektura, ale raczej nie wesoła. Te „rozliczenia” z Bogiem, te zapiski dotyczące zmagania ze starością, chorobą (kłopoty z pamięcią, wyjście na miasto w dwóch różnych butach, opis przed wizytą u neurologa), te wspomnienia straconej miłości itd. To wszystko jest naprawdę zwyczajnie i po ludzku smutne.
logo
Jerzy Pilch
Ale żeby też nikt czasem nie pomyślał, że Pilch stracił do reszty poczucie humoru, zgubił gdzieś tą swoją charakterystyczną ironię, czy też przeraził się, że kwestie ostateczne przesłoniły pisarzowi cały świat. O co to, to nie! Są w „Dzienniku” także kawałki gatunkowo lżejsze. Jest oczywiście o futbolu i w pewnym sensie systematycznie „dobijającej” autora Cracovii „Żadna moja Cracovia, żadna ukochana Cracovia, żadna nawet po prostu Cracovia. Jedynie Cracovia Kraków – lodowaty chłód plus nuta wystudiowanej wzgardy”. Jest celnie i zjadliwie o polityce. Dużo o katastrofie pod Smoleńskiem. Jest działalność krytyczno-literacka (np. ku mojemu pewnemu zaskoczeniu Pilch prozy Cormaca McCarthyego zbytnio nie poważa). Jest sporo o lekturach i starych dobrych mistrzach (Iwaszkiewicz, Gombrowicz, Miłosz, Czechow, Kafka, Mann, Marai). Jest o religii, o kobietach czy też o zwykłej codzienności. Dostaje się też w niezwykle inteligentny sposób kilku znanym postaciom, od nie wymienionego nawet z nazwiska Rafała Ziemkiewicza, poprzez Jarosława Marka Rymkiewicza, po Joannę Bator i Janusza Rudnickiego. I choć bardzo lubię tego ostatniego, to muszę zacytować prztyczka jakiego dał mu Pilch, bo to po prostu genialne jest: „Zastanawiam się, czy Mickiewicz był inteligentny?”. Janusz, ty się nie zastanawiaj! Błagam cię, nie zastanawiaj się! Jakiekolwiek masz mocne strony, zastanawianie się do nich nie należy.”
Z kilku różnych, ukazujących się teraz wywiadów z autorem wynika, że nie wyklucza on dalszego prowadzenia takich zapisków, czyli ewentualnej drugiej części „Dziennika”. Być może również Pilch zajmie się pisaniem autobiografii, ma już nawet dla niej tytuł „Autobiografia w sensie ścisłym”. Kapitalny jak prawie każdy tytuł jego książki. Co by to nie było panie Jerzy – dziennik, autobiografia czy powieść – prosimy o więcej! A póki co zagłębiamy się znowu w „Dziennik”, bo to na pewno jest pozycja do wielokrotnego użytku.
A już na samiuśki koniec jeden z moich ulubionych fragmentów, których jest tu tak naprawdę bez liku:
„Oczywiście nadal istnieje kilka pytań, na które wciąż nie ma wiarygodnego responsu, obawiam się jednak, Panie Boże, że jest to tylko kwestia czasu; pokolenie młodych wilczków, co zagadkę bytu rozgryzie, już przybywa z kosmosu, już wyłazi z brzuchów swych nieszczęsnych matek, niektórzy może już chodzą do zerówek; strach, owszem, człowieka oblatuje, strach tym większy, że (źle powiedziałem) oni nie tyle zagadkę rozgryzą, oni podejmą decyzję, że ją rozgryźli, a tego rodzaju przypadki są zawsze tysiąc razy groźniejsze. Na razie jednak bez histerii, na razie jaki taki spokój, na razie ChIWD.”

Literackie tropy: Pilch to Pilch, wiadomo, ale jak już, to trochę „Dziennik” Sandora Maraia
Inne tropy: