... czyli opowieści o Chinach, Wyspie Man i Afganistanie (te dwie ostatnie z dużym udziałem Polaków)

REKLAMA
Dionisios Sturis – „Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania.”
logo
Pierwsze zdanie: „Smród z małżowni wciąż rozchodzi się po okolicy – kwaśny, gnojowy.”
Po lekturze kilku książek, jak „Białe” Ilony Wiśniewskiej o Spitsbergenie czy tych Macieja Wasielewskiego o Pitcairn („Jutro przypłynie królowa”) i Wyspach Owczych („81:1”), zafiksowałem się na reportaże o wyspach w ogóle. Nie mogłem więc odpuścić drugiej pozycji w dorobku polskiego greka Dionisiosa Sturisa (pierwsza to „Grecja. Gorzkie pomarańcze”) o Wyspie Man. Zwłaszcza, że tu i ówdzie natykałem się już na ów ląd w różnych książkach, jak choćby ostatnio w „Anglikach na pokładzie” Matthew Kneale'a.
Wyspa Man położona jest na Morzu Irlandzkim między Irlandią a Wielką Brytanią. Zamieszkują ją rdzenni mieszkańcy, Mańczycy i m.in. Polacy jako największa na wyspie mniejszość narodowa – w sumie niecałe 90 tys. ludzi. Sturis mieszkał i pracował na niej (w małżowni gdzie „obierał” małże św. Jakuba) przez dłuższy czas na przestrzeni dekady. Przyjrzał się jej dokładnie i poznał ją dogłębnie. Efektem tej wiedzy jest udana oraz dobrze napisana książka.
To zbiór reportaży opartych często na wątkach autobiograficznych, które czyta się szybko i przyjemnie, nie tylko ze względu na nieskomplikowany i lekki język, ale także dlatego, że narracja jest raczej powieściowa. Sturisowi udało się zręcznie pożenić wiele interesujących wątków. Najwięcej tu chyba fajnych, ciepłych opowieści o zwykłych ludziach, głównie imigrantach z polski, ale także o miejscowych, bo jak mówi podtytuł książki historie jednych i drugich często są nierozerwalnie splątane, zwłaszcza we współczesnych czasach globalizacji. Jest bardzo ładne wspomnienie zmarłej matki autora, ale również te dotyczące polskich lotników stacjonujących na Wyspie podczas II wojny światowej.
Sporo informacji znajdziemy też na temat interesującej i niesztampowej historii tego miejsca – z jednej strony już w 1881 r. przyznano tam prawa wyborcze kobietom, a z drugiej całkiem nie tak dawno zniesiono karę batów. Dowiemy się wiele o sufrażystkach czy też o obozie przeznaczonym dla osób o „niepewnej narodowości” z czasów II wojny światowej. Przez strony przewijać się będzie też m.in. Agatha Christie, słynne uliczne wyścigi motocyklowe Isle Of Man TT, poeta Paul Lebiedzinski, pół Polak, pół Manx oraz filmowa wręcz historia wielkiej, poruszającej miłości niejakiej Dorothy do polskiego lotnika. Spodobał mi się ten reportaż na tyle, że zakupiłem już na taniej książce debiut Sturisa o Grecji. Facet potrafi bowiem ciekawie pisać.

Pin Ho, Wenguang Huang – „Uderzenie w czerń”
logo
Pierwsze zdanie: „Ciało Anglika znaleziono w pokoju 1605 Nanshan Lijing Holiday Hotel, znanego też jako hotel Szczęśliwe Wakacje.”
Zacznę od tego co zazwyczaj pisze się na koniec – bardzo dobry reportaż, który określiłbym nawet mianem wręcz genialnego gdyby nie jedno ale. Pod koniec lektury, kiedy wiemy już kto? co? kiedy? i dlaczego? niestety, siada trochę napięcie i to psuje nieco odbiór całości. Ale po kolei.
„Uderzenie w czerń” dotyczy historii jaka wydarzyła się w chińskim mieście Chongquing. Zaczyna się jak u Hitchcocka od zwłok pewnego Anglika, które zostają znalezione w hotelu Szczęśliwe Wakacje a później napięcie już tylko rośnie, do wspomnianego poskładania do kupy wszystkich, totalnie pomieszanych puzzli.
Główni bohaterowie tej kryminalnej historii (tak, reportaż ten czyta się w wielu momentach niczym rasowy kryminał noir, a czasami jak polityczny thriller) to, poczynając od trupa, brytyjski biznesmen i prawdopodobnie szpieg Neil Heywood, wysoko postawiony polityk Bo Xilai, jego żona Gu Kwilai, komendant policji Wang Lijun i jeszcze kilka osób, z których wyróżnia się przede wszystkim Zhou Yongkang – chiński car służb bezpieczeństwa.
„Zhou podlegało dziesięć milionów pracowników – znacznie więcej niż licząca dwa i pół miliona żołnierzy chińska armia – a jego roczny budżet na utrzymywanie stabilności kraju sięgał podobno 700 miliardów juanów (112 miliardów dolarów).”
Cała ta mroczna, zadziwiająca i wciągająca intryga dotyczy głośnego skandalu, który mając swój początek w przywołanym na początku tajemniczym zabójstwie, niczym nabierająca rozpędu kula śniegowa dotknął samego kierownictwa chińskiej partii. „Uderzenie w czerń” to rzeczywiście takie chińskie „House of Cards” czyli obnażenie tamtejszej polityki i zakulisowych sposobów walki o pieniądze i władzę. Oczywiście z naciskiem na tę ostatnią. Wszechobecna korupcja, chciwość, bezwzględność w dążeniu do celu, okrucieństwo, upokorzenia, najciemniejsze żądze i mafijne reguły działania to na chińskich szczytach władzy chleb a raczej ryż powszedni. Poza obnażeniem sposobów funkcjonowania politycznej wierchuszki, które delikatnie określić można mianem szamba, czytelnik dostaje także obraz społecznego życia w Chinach z tego typu „atrakcjami” jak np. groteskowe procesy sądowe, prewencyjne aresztowania czy wreszcie lekką ręką podpisywane wyroki śmierci.
Oprócz porywających choć mrocznych treści trzeba jeszcze docenić fakt, w jaki sposób zostało to napisane. Obaj doświadczeni dziennikarze odwalili kawał tytanicznej wręcz pracy, gromadząc drobiazgowy i solidny materiał, który nie tylko jest imponujący pod kątem typowo śledczym, ale również jeśli chodzi o kontekst historyczny, polityczny a nawet dotyczący każdej, szeroko opisanej z głównych postaci. Gdyby nie ten mały feler, o którym pisałem na początku byłaby rzecz wręcz idealna. Co nie zmienia faktu, że warto przeczytać.

Magdalena Rigamonti, Maksymilian Rigamonti – „Straty. Żołnierze z Afganistanu”
logo
Pierwsze zdanie: „Jak szedłem do wojska, to dostałem od cioci w prezencie zegarek.”
„My nikogo nie oskarżamy, nie chcemy żadnych kar dla nikogo, mamy swój smutek, swoje cierpienie. Tego się nie da wytłumaczyć, powiedzieć, co się czuje. To jest, jakby ktoś kawałek serca wyrwał i głowy kawałek. Czasem zdaje mi się, że większą część nawet. I myśli się cały czas o tym. Od rana do zaśnięcia. I w nocy się śni.”
W ten sposób mówią o stracie syna, żołnierza, którzy służył pojechał na misję w Afganistanie, państwo Marczewscy. I trochę też podobnie jest z tą książką. Ona też wyrywa kawalątek serca i głowy. Może nie myśli się o niej przez cały czas, ale siedzi gdzieś po lekturze w człowieku jeszcze długo pod skórą.
Składają się na nią wywiady z żołnierzami, ich żonami, rodzicami… Wszyscy stracili tam w Afganistanie kogoś lub coś. Męża, syna, kolegę, rodzinę, nogę, rękę. Pogodę ducha. Życiowe oparcie. Spokój psychiczny. Równowagę życiową. Poczucie stabilności. Efektem tytułowych strat są lęki, stres bojowy, kłopoty z powrotem do rzeczywistości, normalnym funkcjonowaniem, alkoholem, zdrowiem psychicznym. Może to być też rozpad rodziny, ale z drugiej strony również nieprawdopodobna więź jaka zrodziła się wśród tych, którzy codziennie, ramię w ramię ocierali się o śmierć. Jedni jechali tam w poszukiwaniu przygody, inni chcieli się sprawdzić, jeszcze inni wykonywali rozkazy. Wszyscy bez wyjątku wrócili wewnętrznie poharatani i wyniszczeni przez wojnę. W większości samotni i nieszczęśliwi.
Żołnierze opowiadają o tym co przeżyli w Afganistanie i po powrocie z niego. Ich bliscy o tym co przeżywali gdy tamci byli na misji - a raczej wojnie, bo to jednak wojna była nie żadna misja - i co się działo kiedy stamtąd wracali. Lub nie. Magdalena Rigamonti daje im się wygadać. Prowadzi te rozmowy bardzo subtelnie a nawet dyskretnie, nie naciska. Potrafi za to słuchać. Jej mąż Maksymilian, który także wielokrotnie był w Afganistanie, a kilku z rozmówców to jego koledzy, fotografuje. Portretuje każdego z rozmówców w czarno-białej konwencji, a na końcu książki zamieszcza dodatkowo, kolorowe już zdjęcia stamtąd. Bardzo dobre zdjęcia – codzienne życie, ból, strach, przyjaźń, intymność, walka o nogę na stole operacyjnym. Takie rzeczy. I jeśli mogę mieć jakiekolwiek zastrzeżenie do tej książki, to jedynie takie, że akurat w przypadku zdjęć chciałbym je oglądać w większym formacie i na lepszym papierze. Poza tym mocna i świetna, choć bolesna a zwłaszcza niezwykle przejmująca pozycja. Wartościowa i potrzebna.
Na koniec jeszcze jedna rzecz, która dla mnie osobiście była w tych opowieściach zdumiewająca. Choć dla wszystkich wyprawa do Afganistanu skończyła się tak jak się skończyła, a więc niezbyt dobrze, żeby nie napisać fatalnie, większość z tych żołnierzy chciałaby pojechać tam na misję ponownie. Tak nieprawdopodobnie silne jest uzależnienie od adrenaliny, którą niesie ze sobą wojna.
Michał 38 lat, saper: „We wspomnieniach zawsze będę wracał do Afganistanu. Ludzie ginęli, stres był, nerwy. Teraz tęsknię. Nie mówię tego często, ale tęsknię. To jest naprawdę nie do wytłumaczenia.”

Aktualnie czytam:
logo
A pod poniższym linkiem przeczytać możecie tekst o "tartan noir" czyli moim koniku, szkockich kryminałach :)
Tekst linka