
... czyli jak autor "Testosteronu" rozprawia się z facetami
REKLAMA
Andrzej Saramonowicz – „Chłopcy”
Pierwsze zdanie: „Podobno kiedy dobrze udajesz szczęśliwego, ludzie ci wierzą.”
Tytułowi chłopcy, główni bohaterowie a jednocześnie dwaj narratorzy powieści Saramonowicza, to Mateusz, lat 11 i jego ojciec Jakub, lat 40. Ten ostatni, wzięty neurochirurg, dopiero co rozwiedziony, oddaje się głównie zaliczaniu kolejnych matek szkolnych kolegów Matiego. W międzyczasie odbierze syna ze szkoły, zoperuje guza mózgu arcybiskupa (notabene jeden z najzabawniejszych fragmentów w książce) czy upije się ze swoim najlepszym przyjacielem Pawłem.
Z kolei Mateusz przeżywa okres dojrzewania z całym jego dobrodziejstwem - fascynacją płcią przeciwną (seksowna nauczycielka, nowa koleżanka z klasy), pierwszymi (mokrymi) oznakami budzącej się seksualności itd. Ale nie tylko. Mati, choć wciąż niedojrzały z racji wieku, dużo obserwuje, jeszcze więcej myśli i wyciąga różne wnioski. Jest bystry i niezwykle wrażliwy. Nieco inaczej jego, inteligentny przecież, ojciec - typ wiecznego chłopca - który jest raczej wewnętrznie „nieskomplikowany” i średnio odpowiedzialny. Ich pogmatwane uczuciowo relacje i wzajemne przenikanie się stanowi główną, dobrze przedstawioną oś tej historii.
Jednak wiele ciekawego dzieje się również na innych planach. Autor celnie portretuje i obnaża puste w środku, samotne i zwyczajnie nieszczęśliwe życie współczesnej klasy średniej, tych wszystkich ludzi rzekomego sukcesu, którzy w nieustającej pogoni za „króliczkiem”, gubią się w pędzie i zapominają po co tak naprawdę żyją. Dostaje się zwłaszcza kobietom, które są w powieści Saramonowicza zmanipulowane przez facetów, bezradne, chaotyczne, psychicznie rozchwiane czy zwyczajnie upadłe. W ogóle nastolatki prezentują się tu dużo lepiej niż dorośli, czego przykładem jest nie tylko nieustannie analizujący rzeczywistość Mati, ale także jego koleżanka z klasy Greta, mądrzejsza od wszystkich dojrzałych kobiet, przewijających się przez strony powieści. To między tą dwójką dochodzi do takiej m.in. rozmowy:
"- Masz jeszcze czas - wyszeptała z zaskakującą łagodnością. - Wszyscy mamy jeszcze czas. Ten cholerny seks spadł na nas za szybko. Nie ma się przed nim jak schronić.
Zabrzmiała tak zdumiewająco dorosło, że przez chwilę mi się wydawało, że rozmawiam z mamą.
- Ja nie chcę się przed nim chronić! - krzyknąłem.
- Oczywiście, że chcesz - ciągnęła Greta nie zważając na moje protesty - Ja też chcę. Mamy tylko po jedenaście lat. Po cholerę mamy myśleć o seksie, skoro i tak nie możemy nic z tym zrobić?
(...)
- Możemy! - zbuntowałem się. - Ja patrzę na Sunię i czuję się fajnie!
- I to jest właśnie syreni śpiew, Mati. - Greta przeszyła mnie wzrokiem. - Bo Sunia ma cudowne cycki, ale nie zapominaj, że zanim dorośniesz, będzie nimi szorować podłogę.
Nie mogłem uwierzyć, że to powiedziała.
- Jesteś wulgarna! - Skrzywiłem się.
- Owszem - zgodziła się zadziwiająco chętnie. - Jestem jak moja matka i nic na to nie poradzę. Ty zresztą też nie możesz nic poradzić, że jesteś taki jak twój ojciec.
- Nie jestem! - ryknąłem i zaraz powtórzyłem, bo było to ważne. - Nie jestem taki jak mój ojciec! Ja...
- Nie bądź dzieckiem! - przerwała mi zniecierpliwiona. - Od Adama i Ewy ludzie są wewnętrznie powyginani! I z pokolenia na pokolenie ten wirus popierdolenia się namnaża, nic więc dziwnego, że wszystkie wady rodziców multiplikują się w dzieciach! Czyli w nas!"
Zabrzmiała tak zdumiewająco dorosło, że przez chwilę mi się wydawało, że rozmawiam z mamą.
- Ja nie chcę się przed nim chronić! - krzyknąłem.
- Oczywiście, że chcesz - ciągnęła Greta nie zważając na moje protesty - Ja też chcę. Mamy tylko po jedenaście lat. Po cholerę mamy myśleć o seksie, skoro i tak nie możemy nic z tym zrobić?
(...)
- Możemy! - zbuntowałem się. - Ja patrzę na Sunię i czuję się fajnie!
- I to jest właśnie syreni śpiew, Mati. - Greta przeszyła mnie wzrokiem. - Bo Sunia ma cudowne cycki, ale nie zapominaj, że zanim dorośniesz, będzie nimi szorować podłogę.
Nie mogłem uwierzyć, że to powiedziała.
- Jesteś wulgarna! - Skrzywiłem się.
- Owszem - zgodziła się zadziwiająco chętnie. - Jestem jak moja matka i nic na to nie poradzę. Ty zresztą też nie możesz nic poradzić, że jesteś taki jak twój ojciec.
- Nie jestem! - ryknąłem i zaraz powtórzyłem, bo było to ważne. - Nie jestem taki jak mój ojciec! Ja...
- Nie bądź dzieckiem! - przerwała mi zniecierpliwiona. - Od Adama i Ewy ludzie są wewnętrznie powyginani! I z pokolenia na pokolenie ten wirus popierdolenia się namnaża, nic więc dziwnego, że wszystkie wady rodziców multiplikują się w dzieciach! Czyli w nas!"
Tak, to również powieść o zagubionych dzieciach, wychowywanych przez wiecznie nieobecnych, nie zainteresowanych nimi, nie odpowiedzialnych weekendowych tatusiów i np. schizowane, będące na nieustającym rauszu matki-wariatki. Dzieciaki z tzw. dobrych domów, które mają wszelkie możliwe najnowsze zabawki i gadżety, a brak im zainteresowania ze strony rodziców, ciepła i czułości.
W dużej mierze jest to jednak opowieść o nas, facetach. Prawdziwych męskich przyjaźniach (Jakub trzyma sztamę z Pawłem, a ich synowie ze sobą), naszej lojalności wobec siebie, trudnych relacjach, które nas łączą czy prostych błędach, które popełniamy. I nie ma tu w tym temacie nic wydumanego, Saramonowicz pisze tak, jak rzeczywiście jest. Czytając zakrapiane rozmowy Jakuba i Pawła czy fakty z przebiegu ich przyjaźni, można w nich bez trudu znaleźć kawałek siebie. Ja przynajmniej znalazłem, bo też mam takiego jednego przyjaciela od dziecka, z którym mieliśmy podobne przejścia. I to jest naprawdę dobre.
„Chłopcy” to dobrze czytająca się, inteligentnie przedstawiona, obyczajowa powieść, która po płaszczykiem swego pozornie rozrywkowego charakteru skrywa poważniejsze treści i refleksje. Mam do niej jednak dwa małe zastrzeżenia. Po pierwsze nie przekonują mnie fragmenty swobodnego przepływu myśli czy strumienia świadomości (drukowane kursywą), które fundują nam co jakiś czas obaj narratorzy powieści. Niewiele one wnoszą i cała historia bez nich była by jeszcze lepsza. Druga rzecz to zbyt hollywoodzki finał. Ale debiutujący pisarz to przecież doświadczony reżyser zatem filmowy happy end jest mu bliski.
Poza tymi dwoma „ale”, rzecz jest napisana bardzo sprawnie, zresztą czego innego można było się spodziewać po autorze kultowego „Testosteronu” czy mojego ulubionego „Ciała”. Podobnie jak te filmy, tak i „Chłopcy” przede wszystkim błyskotliwymi dialogami stoją. Saramonowicz ma do nich wybitne ucho. Wie kiedy przycisnąć, kiedy odpuścić i jak sprawnie wykorzystać współczesny język i zapełniające go zwłaszcza przekleństwa. Jest tu ich doprawdy spore nagromadzenie, ale zupełnie nie przeszkadzają. Poza tym da się odczuć, że pisał tę książkę filmowiec, bo opowieść prowadzona jest dynamicznie, z nerwem, a kilka fragmentów czyta się widząc w głowie obrazy – gotowe filmowe sceny (np. wspomniane już, przezabawne operowanie arcybiskupa czy spięcie Jakuba i Pawła na szkolnej imprezie.)
Mam wrażenie, że na naszym rynku brakuje takich właśnie książek, z jednej strony lekkich i dowcipnych, przy których można się dobrze bawić, a z drugiej, niosących ze sobą ważkie treści. Szczerze polecam.
Mam wrażenie, że na naszym rynku brakuje takich właśnie książek, z jednej strony lekkich i dowcipnych, przy których można się dobrze bawić, a z drugiej, niosących ze sobą ważkie treści. Szczerze polecam.
PS. Jakiś czas temu, jeszcze przed zapowiedzią o powstawaniu „Chłopców”, autor wrzucił na swój profil na facebooka fragment prozy, której akcja toczyła się w Sienie i miała jeszcze inny styl i charakter, nie ukrywam, bardzo obiecujący. Czekam zatem na kolejną książkę!
Aktualnie czytam:
