… czyli Siemiona powrót po latach

REKLAMA
Piotr Siemion – "Dziennik roku Węża"
logo
Pierwsze zdanie: „Ta książka to zwykły dziennik.”
„Urodzony w Polsce, mieszka w Polsce, dwanaście lat przeżył poza Polską, ale wrócił na kamienne ojczyzny łono i przeżył tu od tamtej pory kolejne lat dwanaście. Autor dwóch niewznawianych powieści i jeszcze większej liczby niewznawianych przekładów. Przed śmiercią (tak zalecaną przez niemieckich filozofów i austriackich poetów) planuje napisać trzecią powieść pod tytułem Pociecha. Na razie idzie mu to jak krew z nosa. Tymczasem pisze Dziennik roku Węża.”
Tak się przedstawia Piotr Siemion w swoim literackim powrocie po 11 latach. Tyle czasu minęło bowiem od wydania jego drugiej powieści pt. „Finimondo”. Nie znam jej. Pamiętam jak mój osobisty ojciec, który kiedyś czytał tyle co niżej podpisany teraz albo i więcej, powiedział mi, że książka jest „raczej średnia”. A jak mój ojciec mówi, że coś jest raczej średnie to znaczy, że można lekturę raczej odpuścić. I odpuściłem.
Dosłownie pochłonąłem za to Siemiona debiutanckie „Niskie łąki” i do tej pory uważam, że jest to jedna z najlepszych polskich powieści ostatnich kilku dekad. Wydawało się wtedy, że oto pojawił się nowy, świetny pisarz. I faktycznie pojawił się. Tyle tylko, że po „Łąkach” było wspomniane „średnie Finimondo” i lata prawie kompletnej ciszy. Prawie, bo były jeszcze króciutkie, zgrabne opowiadanka publikowane w magazynie „Malemen”.
Zapomniany już nieco autor powraca zatem z klasycznym dziennikiem, który jest formą dość ryzykowną – można się bowiem na niej pięknie wyłożyć popadając w banał albo tworząc rzecz kompletnie nie nadającą się do czytania. Jak choćby „Kronos” Gombrowicza - największy literacki szwindel ostatnich lat. W „Dzienniku roku Węża” Siemion serwuje sporo „michałków” (jak je sam nazywa) czyli codziennych błahostek typu: wizyta w Ikei, koszenie trawy, zakupy, obserwacje niedawno narodzonego synka czy relacje z pracy w korpo, ale udaje mu się tak zmyślnie manewrować, że o wpadnięciu w banał nie ma mowy.
Siemion nie tylko czujnie obserwuje rzeczywistość i interesująco się do niej odnosi, ale również mocno sam się odkrywa, pozwalając dowiedzieć się, co mu w duszy gra. I to jest w tym wszystkim najbardziej ciekawe, bo facet, w przeciwieństwie do wielu innych, którzy tylko lubują się w biciu piany, ma coś do powiedzenia. Poza tym zapiski te najnormalniej w świecie dobrze i lekko się czyta. Choć bywa, że pisarzowi lekko nie jest.
„Po prostu wraz z którymś kryzysem przyszło zrozumienie. Żeby pojąć iluzoryczność pragnień, widmowość swojego „ja”, wystarczy roztrzaskać się na dnie.”
logo
Piotr Siemion Fot. Newsweek
Dobrych kilka lat temu Siemion właśnie się roztrzaskał, zaliczając efektowny upadek z samego szczytu. Nowojorski prawnik robiący imponującą karierę stracił to, co w życiu każdego najważniejsze – rodzinę, dom i pracę. Zaliczył deski, ale przebudził się i odbudował. Teraz powraca. Nie tylko jako pisarz z nową książką, ale również jako dojrzały ojciec malutkiego syna. Z nową partnerką. Z pracą w korporacji. Z nowym podejściem do życia, które poprzedziła dogłębna i szczera analiza. W końcu z nowym samym sobą.
„Skąd ulga przyszła po raz pierwszy? Z uzmysłowienia sobie jakieś dziesięć lat temu, że jeśli coś miałem, to straciłem, i jeśli czegoś pragnąłem, to nigdy tego nie dostanę. Z taką świadomością można iść się powiesić, ale można tez dostrzec pustą przestrzeń tam, gdzie skończyły się proste nadzieje. Nie był to stoicyzm w stylu, że trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać. Przeciwnie, w tym stanie trzeba rozluźnić szczęki i otworzyć usta. Dać przez nie wniknąć powietrzu.”
Autor w sposób bardzo delikatny, nienachalny i daleki od „coelhizowania” dzieli się z czytelnikami, tym wszystkim co mu w głowie siedzi. I jest to nie tylko zajmujące, momentami zabawne, chwilami gorzkie, ale przede wszystkim, wartościowe. Nawet jak mu się zdarzy zagalopować w rozciąganiu wspomnianych „michałków”, to i tak nie ma dotkliwego efektu dłużyzny, bo jakoś się tak z tymi frazami bezproblemowo płynie. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to do faktu, że zbyt mało miejsca poświęca tu literaturze, czy choćby rozważaniom o samym pisaniu. Zwłaszcza, że i w tym temacie ma sporo do przekazania. Takich kawałków jak:
„Nie ma czasu na cyzelowanie, dziś trzeba pisać okrwawioną siekierą albo wcale.”
czy:
„Bo pisać trzeba o tym, o czym nie można nie pisać. O tym czego się nie da pominąć. O tym, co boli, co mieszka bardzo blisko i co rusz huczy pod dachem głowy. O obsesjach trzeba pisać, krótko mówiąc, i o sprawach nierozwiązanych. Albo tych nierozwiązywalnych. Zwłaszcza o nich.”
mogłoby być w „Dzienniku roku Węża” więcej. Nie pogniewałbym się. Co nie zmienia faktu, że i tak dziennik bardzo dobry, a powrót po latach - udany. Reasumując - ciekawy i mądry facet napisał fajną książkę o życiu.
PS. A skoro ta „Pociecha” idzie jak krew z nosa, to może by tak kolejny dziennik?

Aktualnie czytam:
logo