Błyskotliwa, niezwykle trafna w swych diagnozach powieść, przedstawiająca w sposób bezwzględny, a nawet brutalny, nasze polskie frustracje.
REKLAMA
Krzysztof Varga - "Trociny"
Pierwsze zdanie: „W dniu, w którym umarła Amy Winehouse, miałem potężną biegunkę.”
Choć to jeszcze maj, pokuszę się już o stwierdzenie, że dwie najlepsze książki pierwszego półrocza 2012 roku w Polsce, to bezapelacyjnie dwa dzienniki – ten tajny Mirona Białoszewskiego i ten całkiem jawny (bo wcześniej drukowany w „Przekroju”) Jerzego Pilcha. Ale żeby zapełnić przysłowiowe pudło, brakuje jeszcze jednego nazwiska i jeszcze jednej książki, na zaszczytnym trzecim miejscu. I tu też nie mam żadnych wątpliwości. Do wspomnianych dwóch panów dodaję bowiem Krzysztofa Vargę z jego dziewiątą już powieścią w dorobku pt. „Trociny”. Zaryzykuję nawet tezę, że obok zbioru esejów „Gulasz z turula”, jest to największe prozatorskie osiągnięcie tego pisarza. Lepsze nawet niż bardzo dobry „Nagrobek z lastryko” z 2007 roku.
Varga ostatnimi laty nieźle nam się rozpisał. Po długiej przerwie jaką miał w latach 2002-2007, od wspomnianego wyżej „Nagrobka z lastryko”, co rok lub co dwa lata, daje nam kolejną książkę i trzyma nimi naprawdę wysoki poziom. Może jedynie poza poprzednią „Aleja Niepodległości”, która mimo niezłego przyjęcia przez krytyków literackich, dla mnie była zwyczajnie średnia. W międzyczasie, w Dużym Formacie, autor zaczął zamieszczać cotygodniowe felietony, które z małymi może wyjątkami są bardzo dobrze napisane i zazwyczaj ciekawe w treści. A teraz jeszcze ta świetna powieść! „Trociny” mają krótki, dobry i nośny tytuł. Gdzieś w środku książki Varga napisał był takie mocne zdanie: „Po tych wszystkich Majach, Inkach, Aztekach pozostały jakieś kamienie, po nas zostaną co najwyżej trociny, z trocin powstaliśmy i w trociny naszych trumien się obrócimy”. Czyli nasze współczesne życie pozbawione jakiejkolwiek wartości. Jedna wielka marność. Po przeczytaniu „Trocin” nie sposób się z tym zdaniem nie zgodzić. I o tym między innymi jest ta paradoksalnie zabawna (ta groteska, te efektowne przerysowania!), ale jednak głównie ciężka, dołująca, choć znamiennie trafna w swych diagnozach, powieść.
Głównym bohaterem jest tu Piotr Augustyn. Pięćdziesięciolatek, będący bez mała non stop w jednej wielkiej podróży służbowej po Polsce, którą odbywa pociągami PKP, wożąc od miasta do miasta mało znaczące dokumenty i spotykając się z jeszcze mniej znaczącymi pracownikami różnych firm. Augustyn to rozwodnik, warszawiak w pierwszym pokoleniu, z chłopskimi korzeniami (jego rodzice przyjechali do stolicy z jednej z mazowieckich wsi). Stroniący od ludzi przeciętniak, któremu po transformacji udało się złapać dobrze płatną, nudną pracę. Facet jest w zasadzie typowym everymanem, każdym i jednocześnie nikim. Klasycznym szaraczkiem, który poza nieco snobistycznym słuchaniem dawnej muzyki sakralnej (które to hobby rekompensuje mu niejako pszenno-buraczane pochodzenie) niczym szczególnym się nie wyróżnia. No może jeszcze tym, że jest klasycznym socjopatą. Niesamowicie agresywnym frustratem, który nienawidzi ludzi i wszystkiego co go otacza.
„Trociny” to nie jest powieść z wyraźną fabułą, tylko jeden wielki monolog Augustyna. Pamflet ociekający goryczą, żółcią i jadem, a dotyczący ogólnie rzec biorąc, współczesnej Polski. Polski rozebranej na części pierwsze. Od jej obywateli, po jej kulturę i wszystko inne. Głównego bohatera irytuje i wkurza między innymi: chamstwo, cwaniactwo, sieciowa kawa w kartonowym kubeczku z logo, śmierdzące i wiecznie spóźniające się pociągi, narodowa potrawa jaką stał się kebab, uprawianie joggingów z nieodłącznym ipodem, idiotyczne sporty typu skoki narciarskie czy wyścigi formuły jeden, kretyńskie spektakle w Teatrze Rozmaitości, wypacykowani chłopcy, nadęte dziewczyny, polski Kościół, pielgrzymki, kultura korporacyjna, koledzy z pracy, a zwłaszcza jego rodzice, którymi gardzi i którym tak naprawdę życzy szybkiej śmierci. Augustyn przygląda się światu, który widzi za oknem, anonimowym ludziom których spotyka na swej drodze i punktuje. Punktuje niezwykle celnie i bez litości. Krytycznie, cynicznie, wręcz brutalnie. A to co jest w tym najlepsze, to fakt, że w wielu momentach z jego dogłębną diagnozą, zwyczajnie się zgadzamy. Bo po prostu myślimy podobnie, jeżeli nawet nie tak samo. Mimo tego, że Augustynem się brzydzimy, odnajdujemy w nim mniejszą lub większą cząstkę siebie. I to jest siła tej książki. Na jej wysoką ocenę ma również wpływ język jakim jest napisana. Varga pisze z rozmachem. Stosuje długie, wielokrotnie złożone zdania, które składa w sposób bardzo przystępny, lekki i efektowny. Używa ciekawych, bardzo dobrych metafor. Jest w swym pisaniu błyskotliwy, a na zakończenie szykuje nam niezłą fabularną niespodziankę (której niestety zdradzić nie mogę) – no po prostu rasowy pisarz.
A na koniec dwa cytaty, z morza cytatów, które sobie zaznaczyłem przy lekturze „Trocin”. Oba o Polsce. „Nieprawda, że ten kraj czasami bywa wielki, a czasami mały, on jest nieustająco średni, nawet w swoich największych porywach i najgłębszych upadkach, wszystkie klęski i zwycięstwa tego narodu w porównaniu z historią innych państw i narodów są co najwyżej solidnie średnie, są to zwycięstwa i klęski powiatowe.” I drugi: „(...) śmierć w Polsce jest ponadto śmiercią nieludzką, bo tutaj umierający człowiek pozostaje człowiekiem jedynie wtedy, gdy zabiją go za ojczyznę, a on umiera, odmawiając różaniec, ponieważ umierać należy jedynie na wojnach, w powstaniach oraz w katastrofach narodowych, względnie w masowych wypadkach komunikacyjnych, wtedy natychmiast ogłaszana jest żałoba narodowa, a więc stan, który naród uwielbia, oczywiście władza także, kiedy ruszają korowody trumien (...)”
I jeszcze jedno – pierwsze zdanie - rządzi. I zapada w pamięć.
Literackie tropy: Thomas Bernhard, Michel Houellebecq.
Inne tropy: Krzysztof Varga w Kwestionariuszu Fahrenheita
