A w nich o: porządnie skrojonej powieści sensacyjno-przygodowo-chłopackiej, czterech opowiadaniach dotyczących śmierci i odchodzenia oraz o świetnej „Książce” nagrodzonej Paszportem Polityki!
REKLAMA
Dominik Rutkowski – „Ile kroków do domu”
Pierwsze zdanie: „Uniósł ręce wysoko nad głowę, pragnąc zyskać nieco na czasie, i przeciągnął się szeroko, aż wierzchem zgrabiałej dłoni dotknął zimnej metalowej żerdzi ogrodzenia zamkniętej o tej porze roku Jutrzenki; odwrócił się powoli, położył łokcie na oparciu parkowej ławki, na której siedział, i zajrzał do wnętrza letniego kina.”
To rozwleczone pierwsze zdanie jest słabiutkie, na szczęście dalej jest już coraz lepiej. „Ile kroków do domu”, to debiutancka powieść Dominika Rutkowskiego, dziennikarza pisującego m.in. dla „Focusa” czy „Playboya”. Powieść o podwórkowej przyjaźni czterech chłopaków z warszawskiego Powiśla, tocząca się w bardzo realistycznie i pieczołowicie odmalowanych realiach PRLu lat 60-80-tych. Przyjaciele, pod przywództwem - głównego bohatera książki Andrzeja „Kochana” Kochańskiego – chcą za wszelką cenę uciec z Polski zagranicę. Próbują trzykrotnie. W tzw. międzyczasie spotyka ich sporo przygód, komplikacji, niespodzianek, zwrotów akcji, jakieś pierwsze miłości itd. Jak już wspomniałem – świetnie oddane realia PRL-u, dobrze poprowadzona akcja (choć bez przesady z tym trzymaniem w napięciu!), niezły język, a przede wszystkim fajnie i prawdziwie opisana ta chłopacko-męska przyjaźń. Minusy? Poza kompletnie nieudanym pierwszym zdaniem, trochę zbyt wolno się ta powieść rozkręca i na początku ma zbyt wiele retrospekcji, poza tym po jej lekturze odczucia mam same pozytywne. Nic wielkiego, ale całkiem dobrze się czyta. Taka porządnie skrojona literatura środka.
Andrzej Stasiuk – „Grochów”
Pierwsze zdanie: „Moja babka mieszkała na Podlasiu.”
Bardzo lubię prozę Stasiuka. Czytałem dużo pochlebnych tekstów na temat tej książki, ostrzyłem sobie na nią zęby i niestety, ale przeżyłem lekkie rozczarowanie. Po pierwsze, to nie jest nawet zbiorek opowiadań tylko istne chucherko. Cztery opowiadania i raptem jedyne 94 strony i to zadrukowane rozstrzelonym drukiem, z dużymi marginesami. Po drugie zaczyna się to mało ciekawym wspomnieniem (bo to nawet nie jest opowiadanie) babki autora („Babka i duchy”), który to tekst jakoś zupełnie mnie nie przekonuje. Później mamy zaledwie średniego „Augustyna” – pożegnanie z odchodzącym przyjacielem, pisarzem Augustynem Baranem. Na szczęście dwa pozostałe opowiadania rekompensują początkową mizerię. „Suka”, to chwytający za serce tekst o zniedołężniałym, starym psie Stasiuka. I to jest naprawdę bardzo dobre opowiadanie. Jak wszystkie pozostałe o odchodzeniu i śmierci, ale także o bliskości. Natomiast totalnie zachwycający jest ostatni, najbardziej rozbudowany, tytułowy tekst - „Grochów”. Rzecz o tęsknocie za światem, którego już nie ma. Piękne, sentymentalne wspomnienia o młodości, o ukochanej dzielnicy, o przyjaźni i najlepszym przyjacielu. Z nim to właśnie (schorowanym, mającym świadomość zbliżającego się końca) Stasiuk wyrusza w ostatnią wspólną podróż nad Adriatyk, żeby jeszcze raz trochę wypić, powspominać, pogadać i jeszcze mocniej się „poprzyjaźnić”. Niestety nad tą ostatnią wyprawą wisi już widmo śmierci i nic nie jest takie jakie chciałoby się żeby było. Przejmujące, naprawdę wspaniałe opowiadanie. Choćby tylko dla niego warto jest kupić tą cieniutką książkę.
Mikołaj Łoziński – „Książka”
Pierwsze zdanie: „Nie jest łatwo porozmawiać z nią po dwudziestu trzech latach i dziewięciu sygnałach."
Druga książka Mikołaja Łozińskiego, który debiutował bardzo dobrą powieścią „Reisefieber” w 2006 r. (dostał za nią nawet prestiżową Nagrodę Kościelskich), jakoś mi w zeszłym roku umknęła. Na szczęście lekturę jej niedawno nadrobiłem. Napisałem na szczęście, bo „Książka”, to po prostu świetna książka. Jeszcze lepsza niż debiut. Łoziński opisuje w niej swoją najbliższą rodzinę (a niejako przy okazji także kawałek trudnej historii tego kraju) - mamę, tatę, babcie i dziadków, starszego brata. Robi to w sposób fenomenalny – poprzez przedmioty. Szuflada, klucze, okulary, ekspres do kawy, obrączka, fifka. Każdy z tych przedmiotów „opowiada” ciekawą historię kogoś z bliskich. Bardzo podoba mi się styl w jakim jest napisana „Książka” – to taka minimalistyczna, surowa proza. Krótkie zdania, jasny, prosty język, dobre dialogi, umiłowanie szczegółu i te niedopowiedzenia, które „robią” klimat całości. Do tego dodajmy jeszcze kapitalny zabieg jakim jest oddanie głosu członkom rodziny, którzy podpowiadają autorowi o czym powinien pisać, a co ma bezwzględnie przemilczeć. Łoziński oddaje im głos, ale oczywiście ich nie słucha. Te wyodrębnione w treści fragmenty, są zazwyczaj zabawne i dowcipne. Poza tym, jest to raczej smutna książka, bo sporo w niej rodzinnych dramatów, przemijania, porzucenia i samotności. Choć nie da się ukryć, że w pewnym stopniu również krzepiąca, ze wspomnień tych wynika bowiem, że różnie to w życiu bywa, ale rodzina to jednak rodzina. Więzi w niej są super silne. Tak jak coraz bardziej silny pisarsko jest Mikołaj Łoziński. Jeszcze żeby tak publikował częściej niż co pięć lat!
Reasumując – „Ile kroków do domu” proponuję zabrać ze sobą na wakacje, „Grochów” trzeba przeczytać głównie dla „Grochowa”, a „Książka” to pozycja obowiązkowa. O!
