
…czyli Nevo nadal w wysokiej formie
REKLAMA
Eshkol Nevo – „Samotne miłości”
Pierwsze zdanie: „Można by się spodziewać, że taka historia będzie powtarzana z ust do ust, relacjonowana szeptem na klatkach schodowych albo w sypialniach z najdrobniejszymi szczegółami, przez wszystkie pokolenia, lecz o dziwo zaraz po incydencie, choć miał on świadków, prawdziwych świadków naocznych, nikt o nim nie rozprawiał, ani po hebrajsku, ani po rosyjsku, ani po amerykańsku, jakby ludzie postanowili, że całą sprawę powinny przysypać drobiny czasu, sekundy usypujące się w minuty, jak płatki śniegu.”
To pierwsze zdanie, choć ma swój niewątpliwy urok, jak dla mnie jest zwyczajnie za długie. Gustuję raczej w bardziej konkretnych i bezpośrednich strzałach. Właśnie ono oraz niestety, znów nietrafiona okładka (patrz fatalna „Do następnych mistrzostw”), to na szczęście jedyne co mam do zarzucenia tej książce. Zawartość między okładkami uwodzi za to po raptem kilku stronach i daje wielką czytelniczą frajdę do samego zabawnego finału. Nic na to nie poradzę, książki tego izraelskiego pisarza, podobnie jak występująca w tym konkretnym tytule powieściowa mykwa, o której za chwilę, zwyczajnie robią mi dobrze.
„Samotne miłości” trzecią książkę Nevo wydaną w Polsce umieściłbym bliżej reprezentującej dobrą literaturę środka „Do następnych mistrzostw”, niż poważnej powieści „pełną gębą” jaką był „Neuland”. Jej polski tytuł (oryginalny to „Ostatnia mykwa na Syberii”) dobrze oddaje zgromadzoną tu bogatą zawartość, bo jest to rzecz o miłości i samotności właśnie. Owszem o jeszcze kilku innych kwestiach, jak choćby stosunek do religii i mistyki, problem wyobcowania, trudy asymilacji czy tamtejsza, izraelska rzeczywistość, ale głównie o tych dwóch.
Nevo ma wybitną zdolność do mieszania w idealnie dobranych proporcjach fragmentów zabawnych i błyskotliwych, ironicznych, groteskowych czy nawet lekko absurdalnych (Tajna Jednostka, o której Wiedzą Wszyscy) z tymi refleksyjnymi, melancholijnymi, wzruszającymi czy nawet sentymentalnymi oraz smutnymi i wreszcie zwyczajnie mądrymi. Do tego potrafi jeszcze umiejętnie zderzyć ze sobą pewien uniwersalizm przekazu z poetyckim obrazowaniem a wiarygodność opowiadanej historii i przekonujące rysy psychologiczne wypełniających ją postaci z jej pewnym odrealnieniem i lekko magiczną nutą. Chapeau bas panie Nevo za to wszystko, a zwłaszcza za takie fragmenty:
„Miasto Cadyków to miasto znużone codziennym trudem. Ale nocami w głowach mędrców studiujących święte pisma otwierają się kominy i litery ksiąg Gemary ulatują przez nie do rozgwieżdżonego nieba, wznosząc się coraz wyżej drogami łączącymi światy dolne i górne. Czasami, gdy litery ulatują do nieba, przez pomyłkę wychwytują je anteny tajnej jednostki i wojskowi tłumacze są zmuszeniu wyłuskiwać je ostrożnie, jedną po drugiej, z arabskich komunikatów, by móc wypełnić swoje zadanie i zdecydować, czy rozmowy nieprzyjacielskich żołnierzy czekających nocą w zasadzce mówią o zbliżającej się wojnie, czy też – znowu – tylko o tęsknocie.”
Wspomniane Miasto Cadyków to główne miejsce, w którym toczy się akcja powieści. Wszystko rozbija się o mykwę czyli rytualną łaźnię służącą do religijnego oczyszczenia. Pewien bogaty żyd z Ameryki chce ufundować jej budowę w celu uczczenia pamięci po zmarłej żonie. Problem w tym, że w świętym Mieście Cadyków za bardzo nie ma już na nią miejsca, chyba że w opustoszałej dzielnicy zwanej Syberią, gdzie osiedlają się leciwi rosyjscy żydzi. Ci z kolei bardziej chcą uczynić z niej klub szachowy, a w efekcie spotka ich tam wiele bardziej przyjemnych doznań niż zwyczajowy szach mat. Ale o tym sza…
Historię zaludniają interesujące i kapitalnie sportretowane postaci – marzący o wielkiej namiętności burmistrz Miasta Cadyków, jego asystent Mosze Ben Cuk wciąż przeżywający wielką miłość sprzed lat, budowniczy mykwy a jednocześnie wycofany ornitolog Naim, zamknięty w sobie i nieszczęśliwy Anton, który na starość trafił do Izraela z Rosji czy najciekawsza z kobiet Ajelet o pogmatwanej przeszłości. Wszyscy są na swój sposób wyobcowani, mniej lub bardziej samotni i zakochani. Historia każdego z nich, może poza absurdalnym przypadkiem Naima, jest na wskroś ludzka i taka prawdziwa. Mogłaby przytrafić się każdemu bez względu na szerokość geograficzną.
Ostatnia rzecz, o której muszę wspomnieć to świetnie wykorzystany motyw wzięty żywcem z ornitologii a mówiący o ptakach, które utraciwszy swój własny wewnętrzny ptasi instynkt, pojawiają się samotnie w zupełnie nieoczekiwanym dla nich miejscu. Ta udana, przekonywująca metafora w punkt tłumaczy to, co dzieje się z głównymi bohaterami tej książki.
„Niezwyczajny ptak wpatruje się w niebo. Mniej więcej co pół minuty. Nie smakuje mu ziarno, gdy nie ma przy sobie partnerki. Może nawet dojść do tego, że oderwie się od stada i poleci z powrotem na wschód, w przeciwnym kierunku, w nadziei, że spotkają się w połowie drogi, a potem może pomylić się w nawigacji i spaść bez sił do morza. Niezwyczajny ptak może myśleć przy tym, spadając w otchłań ku śmierci, że warto było spróbować.”
Aktualnie czytam:
