…czyli autobiografia wokalistki i basistki Sonic Youth

REKLAMA
Kim Gordon – „Dziewczyna z zespołu”
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy wyszliśmy na scenę zagrać nasz ostatni koncert, wieczór należał do chłopaków.”
Kiedy na początku lat 90-tych byłem chłopięciem z zalążkiem pierwszych wąsów i sieczką w głowie, jeszcze bardziej niż książki i piłka nożna kręciła mnie muzyka. Pamiętam doskonale jak zacząłem słuchać grupy Sonic Youth – przede wszystkim właśnie dzięki niej, Kim Gordon. Wysoka blondynka, intrygująca uroda (choć może do klasycznej piękności jej daleko, ewidentnie coś w sobie miała i ma nadal), niezłe nogi, duży bas… A cóż może być bardziej seksownego od dziewczyny grającej na basie?! No dobra… jedynie perkusistka The Corrs. Ale poza nią, nikt więcej. I tak poprzez Kim poznałem tę kultową alternatywną kapelę, której muzykę poważam do dziś (ulubione albumy „Goo” i „Rather Ripped”).
Kim popełniła autobiografię, którą łyka się z wielkim zainteresowaniem w mniej więcej dwa dni. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to rzecz napisana raczej głównie dla fanów. Jakoś bowiem nie wyobrażam sobie aby ktoś zupełnie przypadkowy przebijał się przez gąszcz nazwisk różnych, mniej lub bardziej znanych artystów, zagłębiał się z wypiekami na twarzy w kolejne przytaczane etapy rozwoju Sonic Youth, czy podniecał rozkminianiem sensu najważniejszych tekstów grupy.
Owszem, jest to także książka o tym, jak to jest być kobietą nie tylko w zespole, ale także na szeroko pojętej scenie muzycznej, którą głównie wypełniają faceci (bardzo ważny wątek). Jak dzielić role żony i matki z dawaniem koncertów, projektowaniem ciuchów i tworzeniem sztuk wizualnych, mając zdecydowane i feministyczne poglądy. Czy też autobiografią, w której ważnym tłem jest Nowy Jork lat 80-tych i 90-tych, przemiany popkulturowe zachodzące w tych czasach oraz ówczesna scena alternatywna. Jednak kręgosłupem tej opowieści, poza Kim, jest Sonic Youth i muzyka, która dla niej samej była i zapewne nadal jest najważniejsza. No i jeszcze Thurston Moore. Gitarzysta SY, były mąż, który po trzydziestu latach związku zdradził i zostawił Gordon dla innej kobiety.
logo
Kim Gordon Fot. Ilya S.Savenok/Getty Images
To rozstanie (a raczej jego efekt), od którego zresztą Kim rozpoczyna swą opowieść, przewija się przez kolejne strony książki aż do samego finału, w którym autorka jakby zdawała się mówić – owszem zraniłeś mnie dogłębnie, byłam tym wszystkim bardzo rozgoryczona, ale idę dalej, dałam radę bo jestem silną babką. Chociaż również bardzo skrytą, do czego zresztą sama się przyznaje:
„To, jak mnie widzą ludzie – jako oderwaną, beznamiętną lub wyniosłą – to tylko maska, która wywodzi się z lat, gdy byłam tępiona za każdą emocję, jaką okazywałam.”
Za tą maską, tak jak i za ścianą jazgotliwych gitar i kakofonicznych dźwięków, z których słynął zespół, chowała się bowiem także bardzo wrażliwa kobieta, która na scenie stopniowo pozbywała się wewnętrznych oporów i dopiero na niej czuła się w pełni wyzwoloną.
„Dziewczyna z zespołu” jest więc momentami bardzo intymną opowieścią o życiu wyjątkowej artystki i kobiety. Przedstawioną chronologicznie od czasów jej dzieciństwa, które upłynęło jej przede wszystkim w cieniu brata chorego na schizofrenię, poprzez okres, kiedy jako członkini początkującej kapeli, zakochana w o pięć lat młodszym od siebie partnerze, szukała swojego miejsca na scenie i w życiu w ogóle, po czas bycia spełnioną matką ukochanej córki Coco i nieszczęśliwą porzuconą żoną, ale też artystką o kultowym statusie w środowisku szeroko pojętej alternatywy.
Pomiędzy tym mamy wiele fantastycznych historyjek, wspomnień i anegdot, ale też mądrych refleksji na ważkie tematy (zwłaszcza te dotyczące kobiet). Przez karty książki przewijają się takie postaci jak Kurt Cobain, Courtney Love, Madonna, Henry Rollins, Michael Stipe, Neil Young, William S. Burroughs, Sophia Copolla, czy Billy Corgan, który został przez autorkę scharakteryzowany następująco:
„Nikt go nie lubił, bo był z niego straszny mazgaj. Smashing Pumpkins traktowali siebie zbyt serio i nie było w nich ani krzty punk rocka.”
Co najważniejsze jest to naprawdę dobrze napisane. Styl Gordon jest dość prosty czy wręcz ascetyczny. Raczej spokojny, rzeczowy i konkretny, choć potrafiący też połączyć bunt i punk z liryką i nostalgią. Na swój sposób oryginalny. Tak, jak oryginalna jest sama Kim.

Aktualnie czytam:
logo