… czyli kapitalny McBride, nudny Irving i ambitna Taubes

REKLAMA
James McBride – „Ptak dobrego Boga”
logo
Pierwsze zdanie: „Urodziłżem się kolorowym menżczyznom i wbijcie to se do głowy.”
Kto pamięta ze szkoły średniej wiersz Norwida „Do obywatela Johna Brown” z kultową frazą „Noc idzie – czarna noc z twarzą Murzyna”? Ów Brown, postać autentyczna, był amerykańskim farmerem, który walczył o prawa i wolności Murzynów. Usiłował nawet zorganizować powstanie w celu zlikwidowania niewolnictwa. To ważna postać (zresztą kapitalnie sportretowana), w absolutnie odjazdowej i świetnie napisanej powieści Jamesa McBride’a „Ptak dobrego Boga”. Choć Brown nie jest jej głównym bohaterem. Pierwsze skrzypce gra tu bowiem niejaki Henry Shackleford. Młody murzyński chłopiec, który przypadkowo trafia do zbrojnego oddziału Browna, gdzie wzięty za dziewczynkę oraz nazwany Cybulką, przeżyje wielką przygodę swojego życia.
Choć mowa jest tu o wydarzeniach z XIX-wiecznej historii Stanów Zjednoczonych, to nie mamy doczynienia z prozą stricte historyczną. Raczej z czymś co określiłbym miksem powieści łotrzykowskiej, komedii pełnej wybornych gagów i opowieści z drugim dnem, gdyż pod tą ironiczno-sarkastyczną warstwą zasadniczą kryją się przecież bolesne i niewygodne tematy. McBride zajmuje się tu bowiem nie tylko niewolnictwem i problemami rasowymi, ale także podziałami klasowymi, fanatyzmem, kwestiami związanymi z seksualnością czy też swego rodzaju obnażeniem rewolucyjnego mitu. Wielką wartością tej książki, poza jej świetnym stylem, jest właśnie to, że o sprawach śmiertelnie poważnych opowiada w lekki i zabawny sposób. To jest dokładnie to czego często brakuje polskiej prozie, dystansu.
Osobna rzecz to język tej powieści. Widzieliście pierwsze zdanie? Taką niepoprawną ortograficznie gwarą napisana jest cała książka, dlatego początek lektury jest dość dziwaczny. Błędy biją po oczach i czyta się kolejne strony trochę kanciasto, co rusz poprawiając w głowie bez mała każde zadanie. Ale jak już się okrzepnie, przestanie bawić w purystę językowego i złapie właściwy rytm powieści, to ta odwdzięcza się czytelnikowi wciągając go bez reszty. Za ten brawurowy, wprost genialny przekład odpowiada Maciej Świerkocki, któremu należy się pokłon i wielki szacun.
A poniżej kilka przykładów języka i specyficznego, pieprznego humoru:
"Ten czarnuch potrafiłby wjechać komarowi w dupe na mule."
"Czoło miała wysokie, a facjate rumianom i wykrzywionom ze złości jak zjełczały ser."
"Te kurwy tam najczęściej byli tak szpetne, że na ich widok mógłby sie wykoleić pociong."
"Wybiegli stamtond, kaszlonc i z włosami poskrencanymi jak smażony boczek, bo smród z tej wygódki mógł zasie ścionć mliko na twaróg."
"Jego oddech mógł wyprasować koszulę i usztywnić jom jak krochmal."
Reasumując – bez dwóch zdań literacki hit i jedna z najlepszych książek pierwszego kwartału tego roku. Przy okazji to materiał na film, który mógłby nakręcić Tarantino albo bracia Cohen. Jestem przekonany, że też byłby hit, tylko oczywiście filmowy.

Susan Taubes – „Rozwiązek”
logo
Pierwsze zdanie: „Otwiera oczy z ogromnym wysiłkiem, ale to inny pokój.”
Niełatwa to książka w odbiorze. Nie tylko ze względu na swój klimat - duszny i toksyczny, smutny i przygnębiający czy też treści, które są tu poruszane – samotność, wyobcowanie, nieszczęśliwe małżeństwo na skraju rozpadu, trudna przeszłość naznaczona, choć nie bezpośrednio, Holocaustem. Także, a może nawet przede wszystkim, jest to wymagająca lektura przez fakt, iż nie jest napisana w sposób zbyt przystępny. Narrację charakteryzuje odejście od linearności, urozmaicenie poprzez pomieszanie płaszczyzn czasowych czy też wplecenie surrealistycznych kawałków, zapisów snów na jawie, projekcji przekazywanych przez osobę, która nie żyje, ale także fragmentów poetyckich.
Trochę trzeba się więc przez ten „Rozwiązek” cierpliwie przedzierać, jednak w jakimś stopniu jest to też rzecz wciągająca, intrygująca swoją niezaprzeczalną oryginalnością i zwyczajnie ciekawa. Wszystko za sprawą głównej bohaterki – Sophie Blind. Matki (trójki dzieci) i żony Ezry (starszego od niej nauczyciela filozofii). Kobiety nieszczęśliwej:
„Ale teraz utknęła sama ze sobą, niechlujna zjawa, tyjąca z każdym dniem.”
Uwikłanej w toksyczny związek, analizującej dzieciństwo, rozstanie swoich rodziców, rozdartej pomiędzy poszukiwaniem prawdziwej miłości a rodzicielstwem, pragnącej niezależności, spełnienia, również na gruncie zawodowym. Tak, jest to w pewnym stopniu powieść feministyczna, ale wątek ten nie jest tu najważniejszy.
Najistotniejsze jest to, że jest to książka w dużej mierze autobiograficzna, bo Sophie to odbicie autorki Susan. Ona też była żoną filozofa, Jacoba Taubesa, z którym się w końcu rozwiodła. Wiele innych wydarzeń i historii opisywanych w powieści miało swoje odzwierciedlenie w życiu Taubes. Ale przede wszystkim trzeba ją czytać przez pryzmat tego co stało się w 1969 r. Kilka dni po ukazaniu się tej książki, w wieku 41 lat Susan Taubes popełniła samobójstwo. Ambitny „Rozwiązek” to zarówno zapowiedź jak i rodzaj wytłumaczenia przyczyn tej tragedii.
Jest to także powieść, w której natknąłem się na jedno z piękniejszych zdań na temat książek:
"Książki były lepsze niż sny czy życie. Książka nie kończy się tak jak życie, nagle, ani jak sen, szarpaniną i ułudami, a z wdziękiem i świadomie, przygotowując na ostatnią kropkę."

John Irving – „Aleja tajemnic”
logo
Pierwsze zdanie: „”Jestem Meksykaninem”, zaznaczał niekiedy Juan Diego.”
Jeśli wspomniany wcześniej „Ptak dobrego Boga” znalazł się w ścisłym topie najlepszych książek I kwartału tego roku, tak najnowsza powieść Irvinga to dla mnie jego największe rozczarowanie. Póki co żadna inna lektura przeczytana w tym czasie (a mam ich już 40 na liczniku) tak mnie nie zmęczyła. Ba, miałem nawet problem z doczytaniem jej do samego końca. Z prostego powodu, to pieruńska nuda jest.
Irving należy do tej grupy pisarzy, mających w swojej twórczości pewne charakterystyczne motywy, które z wielkim upodobaniem lubią powtarzać w nieskończoność. Jedni robią to lepiej, inni gorzej. U jednych odbiera się to za ich swego rodzaju znak rozpoznawczy i zaletę, u innych wskazuje się jako brak wyobraźni i pewną ułomność. Irvingowi do tej pory raczej udawało się wyjść z wałkowania podobnych tematów zwycięską ręką, ale tym razem poległ.
Główny bohater tej powieści, leciwy już i schorowany pisarz wybiera się na Filipiny z pewną misją. Po drodze i już na miejscu przypomina sobie i śni o swoim dzieciństwie, które było specyficzne, niełatwe choć na swój sposób barwne - Juan Diego Rivera wychowywał się na wysypisku śmieci w Meksyku. I jak te fragmenty dotyczące dzieciństwa jakoś jeszcze się bronią, zwłaszcza dzięki przekonywająco oddanym realiom i oryginalnej postaci siostry Juana, która jest telepatką, tak już to co się dzieje z bohaterem w teraźniejszości jest totalnym niewypałem. Dojrzały Rivera to postać do bólu sztuczna i nieprzekonywująca. Zarówno jako pisarz a zwłaszcza kochanek pewnej kobiety i jej córki – bo, jak to u Irvinga musi być przecież spora dawka pikantnego erotyzmu i perwersji. Jest też cyrk, mocno zarysowany wątek religijny z cudem i ważne, tragiczne wydarzenie, które odbija się na dalszym życiu bohatera. Ba, jest i nawet transwestyta. A do tego narracyjny chaos, płaskie emocje i nuda. Pieruńska nuda.
Niestety, kit. Nie czytajcie. Szkoda czasu.
Aktualnie czytam:
logo