
… czyli 2016 to był dobry rok dla miłośników opowiadań
REKLAMA
Zanim zacznę tradycyjne już podsumowanie mijającego roku w układzie: 7 najlepszych kryminałów, 10 najlepszych reportaży, 10 najlepszych książek (Polska), 10 najlepszych książek (Świat) i rozczarowania roku, chcę z wielką radością napisać, że 2016 był rokiem interesujących, a w kilku wypadkach nawet kapitalnych, zbiorów opowiadań. Chciałoby się krzyknąć – nareszcie! W poprzednich latach było bowiem w tym temacie kiepsko – trafiały się rzeczy dobre, ale raczej jako pojedyncze rodzynki. W tym roku może nie jest to jeszcze jakiś wysyp, ale było co czytać i w czym wybierać.
W przeciwieństwie do większości wydawców, którzy opowiadań nie poważają bo sądzą, że te się nie sprzedają, ja akurat ten gatunek literacki cenię szczególnie. W końcu to wielka sztuka, by przy pomocy krótkiej formy i niewielu środków wyrazu opowiedzieć w porywający sposób jakąś historię. Zawrzeć na kilku czy kilkunastu stronach emocje i treści, na których oddanie inni autorzy potrzebują tych stron kilkuset. I w tym roku byli tacy, którym się to udało. Poniżej prezentuję siedem zbiorów opowiadań, zupełnie różnych pod względem intensywności doznań, jakich dzięki nim doświadczyłem, ale na pewno nie schodzących poniżej pewnego, przynajmniej dobrego, poziomu.
Najpierw pozycje, o których już pisałem wcześniej:
Jarek Westermark – „Opowiadania, które napisałem”
Wydawnictwo Nisza, 141 str.
Wydawnictwo Nisza, 141 str.
Miljenko Jergović – „Drugi pocałunek Gity Danon”
Biuro Literackie, przełożył Miłosz Waligórski, 166 str.
Biuro Literackie, przełożył Miłosz Waligórski, 166 str.
Nic Pizzolatto – „W drodze nad Morze Żółte”
Wydawnictwo Marginesy, przełożył Marcin Wróbel, 283 str.
Wydawnictwo Marginesy, przełożył Marcin Wróbel, 283 str.
A teraz pozostali:
Rose Tremain – „Lato zimą i inne opowiadania”
Wydawnictwo WAB, przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska, 238 str.
Wydawnictwo WAB, przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska, 238 str.
Pierwsze zdanie: „Do uszu Beth, która leży całymi dniami na kanapce w bawialni londyńskiego mieszkania rodziców, dochodzi szczęk rozsuwanych i zasuwanych drzwi windy”.
Zacznę od tego, że tom opowiadań brytyjskiej autorki niestety jest nierówny. Teksty bardzo dobre i dobre sąsiadują tu z nie najlepszymi bądź zwyczajnie słabymi. Na szczęście tych pierwszych jest więcej i stąd obecność książki Tremain w zestawieniu. Dwa teksty, które oceniam najwyżej to „Widok na Jezioro Górne jesienią” z bardzo fajnym pierwszym zdaniem: „Walther i Lena Parkerowie mieli niewiele ponad siedemdziesiątkę, kiedy postanowili uciec z domu”. oraz „Dowcpiniś z Astapowa”. W pierwszym autorka przygląda się leciwej parze, która z powodu swej niepoważnej, niewdzięcznej i wiecznie balującej córki, porzuca dom w mieście i przeprowadza się do domku letniskowego. Piękna acz smutna opowieść. Druga historia to częściowo oparta na faktach, po trosze dowcipna, absurdalna i poważna rzecz, nawiązująca stylem do opowiadań Czechowa. A dotycząca śmierci Lwa Tołstoja. Główną rolę odgrywa w niej zawiadowca stacji, który m.in. odczuwa radość z życia… opróżniając zbiornik pełen fekaliów.
Autorka nie tylko szuka natchnienia dla swych tekstów w autentycznych wydarzeniach, lecz także inspiruje się malarstwem („Człowiek w wodzie”). Nie boi się też tematów tabu takich jak np. miłość lesbijska („Ochmistrzyni”). We wszystkich tekstach Tremain sporo jest o postaciach będących na życiowych zakrętach, o ich traumach, niespełnionych uczuciach i pragnieniach. Opowiadania te mają także specyficzny, melancholijny charakter. Choć w kilku z nich występują mężczyźni, to jednak większość dotyczy udanie sportretowanych kobiety i wydaje mi się, że to głównie do nich skierowana jest ten zbiorek.
Julio Ramon Ribeyro – „Słowo niemowy. Wybór opowiadań”
Universitas, przełożyli Nina Pluta i Tomasz Pindel, 417 str.
Universitas, przełożyli Nina Pluta i Tomasz Pindel, 417 str.
Pierwsze zdanie: „O szóstej rano miasto budzi się i stawia pierwsze ostrożne kroczki”.
Julio Ramon Ribeyro to nieżyjący już (zmarł w 1994 r.), popularny peruwiański pisarz. Niestety, prawie nieznany – choć już wydawany, zarówno w Polsce jak i na świecie – a szkoda, bo jak się okazuje po lekturze konkretnego zbioru pt. „Słowo niemowy”, który ukazał się w zacnej serii Nieznana Klasyka Literatury Latynoskiej, to naprawdę ciekawy autor. Na wspomniany tom składa się przekrojowy wybór dwudziestu jeden tekstów z całego dorobku pisarskiego Ribeyro. Od lat 50. po 90.
U Peruwiańczyka bohaterami opowiadanych historii są w głównej mierze zwykli ludzie. Przysłowiowe szaraczki: biedacy, cyrkowcy, Indianie, urzędnicy czy sąsiedzi z kamienicy. Portretowani są w równie zwykłych, acz różnorodnych życiowych momentach – choć przeważnie wiążących się z porażką. Teksty te cechują duży realizm, wrażliwość społeczna, delikatnie zgłębiana psychologia oraz umiejętność oddania uczuć poszczególnych postaci. Autor pisze w sposób tradycyjny, blisko XIX-wieczny. Stylem pozbawionym jakichkolwiek fajerwerków, oszczędnym i bardzo konkretnym. Przeważnie prezentuje historie smutne, ale zdarzają się także te optymistyczne, a nawet zabawne jak świetne „Tylko dla palaczy”. Udany tom, który ucieszy zwłaszcza koneserów literatury.
Jakub Małecki – „Ślady”
Wydawnictwo Sine Qua Non, 297 str.
Wydawnictwo Sine Qua Non, 297 str.
Pierwsze zdanie: „Początek świata często wygląda podobnie”.
Najnowszą książkę autora udanego, zeszłorocznego „Dygotu” odbieram nie jako powieść, a właśnie jako zbiór opowiadań. Owszem, są to teksty które wiążą się ze sobą tworząc pewną całość, ale dla mnie wybornie sprawdzają się przede wszystkim jako osobne, krótkie historie z kluczem. Malutkie Kwilno, Kiełpin i Byczyna, ale także Łomianki, Szczyrk, Poznań i wielka Warszawa – w tych wioskach i miejscowościach dzieją się historie, których wspólnym mianownikiem jest śmierć. W przedstawionych – w bardzo skondensowany, wręcz telegraficzny sposób – fragmentarycznych losach poszczególnych bohaterów odbija się cała prawda o życiu, które jest przede wszystkim nieprzewidywalne i wcześniej lub później zmierza do końca. A gdy umiera człowiek to trochę tak jakby kończył się świat. Także dla innych, najbliższych. I w gruncie rzeczy o tym są te opowiadania.
Małecki wykorzystuje w tych tekstach także pewien zabieg znany już dobrze z jego poprzedniej książki, a więc używa elementów magicznych i nadprzyrodzonych (rzekome smoki). Robi to jednak w sposób subtelny i nie na taką skalę jak wcześniej. Także charakterystyczne dla tego autora „realia wiejskie” są tu przedstawione, a i owszem, jednak również w ilościach śladowych. Dominują jednak zwyczajne, ludzkie „życiorysy”. Mniejsze lub większe tragedie i nieszczęścia, lęki, ale także drobne radości.
Bardzo dobrze i szybko się to czyta, a kilka opowieści zostaje w głowie na dłużej. Takie zwyczajnie ładne fragmenty jak ten też: „Wspomnienia są jak sterta klocków w pokoju Bożenki. Podnosi jedno i nie wie, z którego zestawu pochodzi; nie wie, czy wydarzyło się wczoraj czy pięć lat temu. Wszystko zaczyna się zwalać na stertę, a on ją w miarę możliwości omija, żeby nie podnieść czegoś, co by go zmiażdżyło.” Reasumując, myślę że Małecki staje się coraz bardziej dojrzałym pisarzem.
George Saunders – „10 grudnia. Opowiadania”
Wydawnictwo WAB, przełożył Michał Kłobukowski, 315 str.
Wydawnictwo WAB, przełożył Michał Kłobukowski, 315 str.
Pierwsze zdanie: „Trzy dni przed swoimi piętnastymi urodzinami Alison Pope przystanęła u szczytu schodów”.
W tym wypadku mamy do czynienia nie tylko z najlepszą pozycją tego zestawienia, lecz także z jedną z najlepszych książek tego roku w ogóle. Po pierwsze i najważniejsze – dziesięć tekstów, które składają się na ten zbiór, napisanych jest w bardzo oryginalny sposób. Śmiem twierdzić, że stylu Saundersa nie da się porównać do nikogo innego. Owszem czytam tu i ówdzie opinie, że to taki nowy Raymond Carver. Ale przecież u Carvera, którego notabene bardzo cenię, wszystkie teksty są napisane w jednym charakterystycznym stylu. U Saundersa praktycznie co opowiadanie, to inny język, odmienne środki wyrazu, nieustanna gonitwa pomysłów i nowoczesna forma. Nie mówiąc już o tym, że facet potrafi się też zabawić w wizjonera i zająć tym co być może czeka nas już w niedalekiej przyszłości (dwa kapitalne, chyba najlepsze teksty w tym tomie: „Ucieczka z pajęczej głowy” i „Dziewczęta Sempliki”). On po prostu mocno eksperymentuje i robi to z powodzeniem.
Historie, które opowiada są nieco pokręcone, dziwaczne czy też abstrakcyjne. Jednocześnie niezwykle wyraziste, przenikliwe i prawdziwe. Poza tym smutne, przejmujące i bolesne, acz niepozbawione odrobiny humoru. Dobrze sportretowani bohaterowie, którzy je wypełniają to zazwyczaj przeciętniacy. Ludzie zagubieni, nieszczęśliwi i tacy, którzy w życiu wiecznie mają pod górę. Jak ten 40-letni ojciec z pewnej biednej rodziny („Dziewczyny Sempliki”), który gdy wygrywa trochę pieniędzy, zamiast spłacić kredyt czy przeznaczyć pieniądze na coś konkretnego, wydaje je na modny „gadżet” dla córki. W ten sposób chce oszczędzić jej upokorzeń i choć przez moment poczuć się „kimś”. Kimś przynależnym do klasy średniej. I jeśli już, to właśnie zajmowanie się takimi przyziemnymi problemami amerykańskich normalsów jest w zasadzie jedynym podobieństwem do Carvera. A samego Saundersa bezwzględnie trzeba znać. Choć mam też świadomość, że jakkolwiek jego opowiadania są błyskotliwe, napisane po mistrzowsku i w punkt, tak nie jest to na pewno literatura dla każdego.
PS 1. Na koniec muszę napisać jeszcze o jednym zbiorze opowiadań, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Co prawda ukazał się w Polsce w 2015 r., ale przeczytałem go dopiero niedawno. To „Młode skóry” irlandzkiego debiutanta Colina Barretta. Jeśli jeszcze go nie znacie, a cenicie sobie opowiadania realistyczne, bezkompromisowe i niepokorne, w których jest miejsce zarówno na liryzm, jak i brutalność, koniecznie musicie wrócić do tego tytułu. Rewelacyjna rzecz.
PS 2. Chcę także zaznaczyć, że nie wyrobiłem się jeszcze z lekturą dwóch zbiorów opowiadań z tego roku, które również są (podobno!) co najmniej dobre. Chodzi o „Morze Karaluchów” Tommaso Landolfiego i „Nostalgię” Mircei Cartarescu.
Aktualnie czytam:
