...czyli o trzech głośnych premierach

REKLAMA
Jakub Szamałek – Cokolwiek wybierzesz
logo
Wydawnictwo WAB, 444 str.
Pierwsze zdanie: Co za czasy, pomyślał Czesław Komar, patrząc w lusterko wysłużonego mercedesa.
Ultra głośny thriller Szamałka nie zrobił na mnie aż tak dobrego wrażenia jak na całej rzeszy innych czytelników. Co też nie oznacza, że jest to książka zła. Najpierw zatem o zaletach. Cokolwiek wybierzesz jest na pewno wartko napisane. Co prawda język jest prosty i mało wyszukany, ale opisana historia wciąga i szybko się czyta. Książka ma też ciekawą tematykę, dotyczącą internetu, social mediów ale przede wszystkim nowych technologii i cyberprzemocy. Być może u zagranicznych autorów temat ten jest już oklepany, jednak na naszym podwórku chyba nikt jeszcze nie zajął się nim w takim stopniu. Poza tym to naprawdę jest thriller, początkowo nieco przegadany, ale im bliżej finału, tym rzeczywiście sporo się tu dzieje.
Problem jest jednak w tym, że ja nie kupuję tej historii. Nie z tego powodu, że uważam ją za nieprawdopodobną, tylko dlatego, że sposób jej przedstawienia mnie nie przekonuje. To wina m.in. słabych, nijakich bohaterów i mało sugestywnych relacji między nimi. Z „plastikową” Julitą Wójcicką na czele – porównajcie ją sobie choćby z przemyślanie zbudowanymi postaciami Niny Warwiłow (u Pasierskiego) i Katarzyny Sokół (u Szczygielskiego). To są dopiero kobiety z krwi i kości!
Poza tym nie ma w tej historii większego napięcia. Owszem, sporo tu akcji i to nawet w amerykańskim stylu, ale większość tych wydarzeń nie przekłada się na wzrost emocji. Trochę jest też fragmentów nie tylko przegadanych, ale i zwyczajnie naiwnych (np. to że Wójcicka od razu „łyka” zaproszenie do TVN-u). Irytowało mnie również „wklejanie” w treść rzekomych artykułów z różnych portali. Zupełnie niepotrzebne.
Reasumując, potencjał był, ale wyszło tak sobie.

Jędrzej Pasierski – Roztopy
logo
Wydawnictwo Czarne, 334 str.
Pierwsze zdanie: Joanna Pascho ponownie nacięła cystę.
O debiutanckim kryminale Pasierskiego pt. Dom bez klamek pisałem w zeszłym roku m.in. tak „...akcja rozwija się tu raczej wolno”. Okazuje się, że to wolne tempo debiutu to nic przy Roztopach, w których cokolwiek dziać zaczyna się dopiero od strony 60. I ten przydługi początek to chyba mój jedyny zarzut do tej książki. Bo później jest już tylko lepiej i lepiej.
Roztopy to bardzo klasyczny w stylu, jak już wspomniałem niespiesznie toczący się, acz z kolejnymi stronami coraz mocniej wciągający kryminał, w którym nie jest ważna akcja czy fabularne fajerwerki – liczy się intryga. A ta jest doprawdy świetnie poprowadzona. Nie tylko precyzyjnie skonstruowana ale także zaskakująca. Najpierw jeśli chodzi o nagłą zmianę narratorki, a potem samą końcówkę. Bo kiedy jesteśmy już przekonani, że odkryliśmy wszystkie karty, Pasierski serwuje nam twist... i okazuje się, że finał wygląda zupełnie inaczej niż nam się wydawało. W dodatku, czego nie dało się stwierdzić u Szamałka, jest on do bólu prawdopodobny.
Są w Roztopach również tzw. smaczki (ciekawie oddany klimat Gorlic i dzikiego Beskidu Niskiego, wątek historyczny dotyczący akcji „Wisła” czy też subtelnie użyte elementy powieści grozy), za którymi, jak czytam i słyszę, czytelnicy żądni przede wszystkim akcji i rozrywki nie przepadają, a ja je niezmiennie cenię. Pasierski ciekawie też konstruuje swoich bohaterów i potrafi przekonująco, a także ze sporą wrażliwością, ukazać specyfikę kontaktów damsko-męskich. Poza tym bardzo dobrze pisze.
Dla fanów tradycyjnych kryminałów lektura obowiązkowa.

Bartosz Szczygielski – Serce
logo
Wydawnictwo WAB, 408 str.
Pierwsze zdanie: Oddychaj.
Jakiś czas temu dyskutowałem prywatnie z jednym z topowych autorów kryminałów w Polsce i wyraziłem w tej rozmowie swą opinię, że na razie nie ma on większej konkurencji, ale „jak się ten Szczygielski rozwinie”, to już nie będzie tak łatwo. Wszystko wskazuje na to, że ten moment właśnie nastąpił.
Podobała mi się już poprzednia część trylogii pruszkowskiej pt. Krew. Jednak nie przekonała mnie do końca sama historia w niej przedstawiona. Miałem także kilka innych drobniejszych zarzutów – choćby ten dotyczący efekciarskiego miejscami języka. Teraz, po lekturze Serca nie mam już nawet najmniejszych zastrzeżeń.
To bardzo mroczna, mocna, brutalna, drastyczna, ba, makabryczna nawet opowieść. Dość specyficzna (żeby nie napisać porąbana). Chociaż biorąc pod uwagę to, co się tu dzieje bardziej dosłownym określeniem byłoby rozczłonkowana. Ale nie zdradzajmy za wiele. Serce zamyka historię byłej prostytutki Kaśki Sokół oraz byłego policjanta Gabriela Bysia. I robi to z prawdziwym przytupem. Ta smutna, a zarazem niepokojąca historia traktująca o stracie, cierpieniu, dotykająca różnych wątpliwości moralnych, ale i napędzającej się zemsty, ma zapadający w pamięć finał.
W Sercu podoba mi się zwłaszcza to, że tworząca książkę opowieść jest z jednej strony niesamowicie naturalistyczna, taka do bólu prawdziwa, a z drugiej rozbuchana, ekspresyjna i filmowa. A jeśli filmowa, to też na dwa sposoby – efektowny, pojechany tarantinowski sznyt spotyka się tu z kameralnym stylem, takim a la Fargo. Zresztą odniesień do popkultury czujny czytelnik znajdzie w niej dużo więcej. I choć Szczygielski czasami jedzie po bandzie, to całość nie jest przeszarżowana. Jest za to bardzo inteligentna.
Fabuła przemyślana i dopracowana od początku, aż po sam koniec. Bohaterowie wyraziści i niejednoznaczni. Ludzcy - ze swoimi ułomnościami, lękami i odpałami, ale także z dużą emocjonalnością i wrażliwością. Fantastyczna jest zwłaszcza Kaśka, która ma jaja, którymi mogłaby się podzielić nie tylko z Julitą Wójcicką, ale i z kilkoma męskimi bohaterami innych kryminałów.
Osobna sprawa to styl. Szczygielskiego nie da się już pomylić z nikim innym. Wypracował własny rozpoznawalny język - dynamiczny, bezkompromisowy i ironiczny. Lubię w nim zwłaszcza te jedyne w swoim rodzaju dowcipasy:
Wigry 3 wyciągnięte z piwnicy nie dawały komfortu jazdy, chociaż, musiał to przyznać, lekko poprawiła mu się kondycja. Wierzył, że jeszcze trochę i zmieni się w Lance’a Armstronga, choć zamiast nabrzmiałych mięśni oraz pędzącego w żyłach kortyzonu i erytropoetyny, prędzej straci jedno z jąder.
Albo:
Wskazała na maskę halloweenową z odciętym świńskim łbem. Musiała to przyznać, jej twórca oddał zwierzę w najdrobniejszych szczegółach. Wokół dziur na oczy zostawił krwawe wybroczyny, a tuż przy szyi dało się zobaczyć ślady topora do rąbania mięsa. Kawałek gumy, a robił lepsze wrażenie niż występy Polaków na Eurowizji.
Murowany kandydat to tegorocznego podsumowania najlepszych kryminałów.

Obecnie czytam:
logo