O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Szkocki obyczaj i ukraińska wojna

… czyli moje książki lutego



W lutym przeczytałem 13 książek. 8 nowości i 5 pozycji starszych. Spośród tych ostatnich wygrała powieść Iaina Banksa pt. Ulica Czarnych Ptaków. Wśród nowości natomiast największe wrażenie zrobił na mnie Internat Serhija Żadana.


Iain Banks – Ulica Czarnych Ptaków



Wydawnictwo Amber, przełożył Władysław Masiulanis, 528 str., rok wydania 1995 Warszawa

Pierwsze zdanie: Był to dzień, w którym wybuchła moja babcia.

Ależ to jest dobra powieść! Zaskakuje już pierwszym zdaniem. Dalej jest jeszcze lepiej. Banks wykorzystując w niej postać Prentice'a McHoana, głównego bohatera książki, przedstawia nieco poplątaną historię szkockiego rodu, z którego ów się wywodzi.
Opowieść toczy się głównie w latach 90-tych, ale raz po raz funduje nam przeskoki o kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat wstecz. Do tego mamy fajnie rozbudowane tło historyczno-społeczno-polityczno-kulturowe. Narracja, pierwszoosobowa (Prentice) i trzecioosobowa (narrator wszystkowiedzący), jest więc mocno poszatkowana. Aczkolwiek intrygująca fabuła - w której niezwykle istotny jest kryminalny wątek dotyczący tajemniczego zaginięcia - szybko wciąga i nie puszcza do samego finału.


To zasługa nie tylko wartkiego języka i wybornego czarnego humoru. Przede wszystkim świetnych, wiarygodnych postaci - od wspomnianego Prentice'a i jego najbliższej przyjaciółki Ashley, poprzez jego ojca, zagorzałego ateistę i pacyfistę, niespełnionego literacko zaginionego wujka Roryego, aż po babcię Margot.
To mądra, mroczna i bolesna, ale także niezwykle zabawna opowieść o życiu. I o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. A ponieważ rzecz dzieje się w Szkocji, w tle występuje malownicze hrabstwo Gallanach - z ruinami zamków, wrzosowiskami i czystymi jeziorami. Whisky i piwo leje się litrami, bohaterowie eksperymentują z różnego rodzaju narkotykami, jest ślub oraz wesele, a także aż cztery pogrzeby. No i sporo dobrze napisanych, pikantnych scen erotycznych. Wśród nich hitem jest ta z deklaracją miłości złożoną alfabetem Morse'a za pomocą mięśni pochwy.


Rewelacja! Życzyłbym sobie samych takich powieści obyczajowych.


Serhij Żadan – Internat



Wydawnictwo Czarne, przełożył Michał Petryk, 287 str.

Pierwsze zdanie: Jedź po niego, zabierz go stamtąd – krzyczy stary.

Internat wciąga czytelnika w sam środek wojny. Konfliktu, prowadzonego pomiędzy dwoma nienazwanymi stronami, w nienazwanym miejscu, o nieokreślonym celu czy też toczonego z nieznanego powodu. Owszem, wiemy co to za wojna, że chodzi o ukraiński Donbas, walczący żołnierze mówią po rosyjsku itd. Ale to nie jest reportaż tylko powieść, a autor postanowił w niej odrzucić bezpośrednią politykę i publicystykę, skupiając się na ludziach. Żadana interesują głównie cywile, którym wojna niejako się przytrafiła. Pokazuje w jaki sposób próbują ją przetrwać i cóż takiego ona z nimi robi, choćby w kontekście więzi międzyludzkich, ale także dotykającego do głębi upokorzenia jakiego w jej wyniku doznają. Autor skupia się zwłaszcza na tym jak konflikt może kształtować postawy, odpowiadać za dojrzewanie jednostki i jak potrafi „zbudować” w człowieku poczucie odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale przede wszystkim za innych. Z drugiej strony podkreśla też, że na wojnie nie ma żadnych reguł – decyduje ślepy traf, szczęście lub pech. A uczuciami, które na niej dominują są wielka niepewność i jeszcze większy lęk.


Żadan plastycznie, z dużym realizmem i niezwykle przekonywająco opisuje trzydniową podróż - bo jest to także powieść drogi - przez ogarnięte wojną miasto (akurat przesuwa się front). Tak, jest to jakieś miasto ukraińskie, ale mogłoby być również każdym innym. Ta opowieść ma bowiem wymiar uniwersalny i to m.in. jest jej wielką siłą. Ale także sposób w jaki ta historia została napisana zasługuje na najwyższe uznanie. Autor pisze prosto - krótkimi, powściągliwymi zdaniami – ale zarazem jest to język mocno poetycki, pełen niesamowitych, oryginalnych metafor. Fantastyczne literacko są zwłaszcza opisy tego wszystkiego co pozostało i nadal trwa w tym piekielnym pobojowisku. Od zniszczonej, widmowej często infrastruktury, poprzez przytłoczoną toczącą się apokalipsą florę i faunę (stada zdziczałych psów, przerażone ptaki), aż po poruszające portrety tych, którym udało się przetrwać.

Ukraiński autor sprawnie prowadzi narrację wplatając w nią liczne retrospekcje, a z czasem również, dobrze znane z jego poprzednich książek, fragmenty będące wizjami głównego bohatera (jest nim nauczyciel Pasza - wycofany z życia a zarazem dotknięty przez nie mężczyzna). Poza ważną, uniwersalną problematyką, świetnym językiem i konstrukcją należy także docenić fakt, iż Żadan nie poszedł na łatwiznę i nie epatuje w tej historii tym z czym przede wszystkim kojarzy się wojna czyli przemocą, makabrą i trupami. Co nie oznacza, że jest to lektura łatwa i przyjemna. Ta książka poraża i przeraża, zwłaszcza kiedy uzmysłowimy sobie, że i nam może się kiedyś przytrafić życie w tak strasznym świecie. Internat nie tylko wciąga ale utrzymuje w nim czytelnika do samego końca. Finał na szczęście daje pewną nadzieję.


Obecnie czytam: