
... czyli wznowiona, doceniana powieść i udany zbiór opowiadań
REKLAMA
Osamu Dazai – Zmierzch
Wydawnictwo Tajfuny, przełożył Mikołaj Melanowicz, 151 str.
Pierwsze zdanie: Mama siedziała rano w kuchni i jadła w ciszy zupę.
Podsumowując książkowy rok 2018 spośród zbiorów opowiadań wyróżniłem tom Jestem, tęsknię, mówię japońskiej pisarki Yuko Tsushimy. Trudny w odbiorze acz niezwykle przejmujący. Jakiś czas temu przeczytałem - wznowioną przez debiutujące na rynku wydawnictwo Tajfuny - powieść Osamu Dazaia pt. Zmierzch z 1947 r. Dlaczego łączę oba te tytuły? Bo tak się składa, że Dazai to ojciec Tsushimy.
Jego Zmierzch to rzecz nieco bardziej przystępna niż depresyjne Jestem, tęsknię, mówię, acz jest to również pozycja, w której królują melancholia, dojmujący smutek i pesymizm. Także zarówno w pierwszym, jak i w drugim wypadku, obcujemy po prostu z dobrą literaturą.
Dazai podejmuje w Zmierzchu problem kondycji moralnej zubożałej arystokracji japońskiej, która tuż po przegranej II wojnie światowej, nie potrafiła odnaleźć się w nowych realiach. Główną bohaterką jest Kazuko, która razem ze schorowaną matką mieszka na wsi (po sprzedaniu domu w Tokio) i zmaga się z różnymi życiowymi rozterkami. Ale drugą, równie ważną figurą tej powieści jest jej brat, Naoji. Za tą postacią najprawdopodobniej kryje się sam pisarz. Ten obłąkany outsider, nie potrafiący żyć w powojennej rzeczywistości, był uzależniony od alkoholu, narkotyków i leków. Kilkukrotnie próbował się zabić. Dopiął swego w 1948 r. - ciała jego i żony wyłowiono z jednego z tokijskich kanałów.
Zmierzch nie zajmuje się wyłącznie, jak sugeruje tytuł, końcem pewnej epoki w Japonii, której symbolem jest śmierć matki, przedstawicielki starszego pokolenia. Skupia się przede wszystkim na ukazaniu dwóch różnych postaw jakie w tych przygnębiających realiach wybierają młodzi. Z jednej strony będzie to więc wielka chęć zmian i pójścia do przodu pomimo wszelkich przeciwieństw. Z drugiej, mamy za to dogłębne rozczarowanie światem, schyłek wiary we wszystko (od rodziny po wszelkie ideały). A zatem walka i pragnienie życia, a na drugim biegunie poddanie się mu i śmierć.
Styl Dazaia jest raczej prosty i bez większych ozdobników - choć używa np. fajnych chwytów/motywów (jak ten ze spaleniem węża), niosących ze sobą głębsze znaczenie. Do narracji wprowadza także fragmenty dzienników i listów, a nawet testament. To co sprawia, że mimo tego trudnego, mrocznego tematu i apatycznego wydźwięku całości, czyta się tę książkę zadziwiająco dobrze, to fakt, że jest ona naprawdę lekko napisana. W sposób stonowany i dopracowany. Ot, taki paradoks. U Dazaia nie trzeba się więc przedzierać z mozołem przez kolejne strony, jak to ma miejsce u Tsushimy. Ma też Zmierzch pewien ujmujący, wysublimowany klimat.
Reasumując, dobra, emocjonalna, egzystencjalno-dekadencko-nonkonformistyczna proza, z której nadal da się coś wyciągnąć dla siebie.
Yoss – Siedem grzechów kubańskich
Wydawnictwo Claroscuro, przełożyła Gabriela Hałat, 174 str.
Pierwsze zdanie: Ze słodyczy najbardziej lubię lody czekoladowe, bez dwóch zdań.
Jako miłośnik krótkich form literackich nadrobiłem niedawno jedną z pierwszych książek w katalogu Wydawnictwa Claroscuro – zbiór opowiadań Yossa (czyli José Miguela Sáncheza) pt. Siedem grzechów kubańskich. Cieniutka książka, sto siedemdziesiąt kilka stron i siedem historii o: łakomstwie, gniewie, lenistwie, chciwości, rozwiązłości, zazdrości i pysze.
Siedem opowiadań co najmniej dobrych, trzymających równy, wysoki poziom. Poza ich treścią, o której za chwile, ujęła mnie przede wszystkim forma i język tego tomiku. Yoss bohaterami swoich tekstów uczynił osoby mieszkające praktycznie w jednej kamienicy na nieistniejącej w Hawanie ulicy Szczęście położonej między Nadzieją a Przyszłością. Wszyscy znają się ze sobą choćby z widzenia i przewijają w kolejnych tekstach. Mamy więc niby siedem osobnych opowieści, ale jednak zmyślnie ze sobą powiązanych w dość nienachalny sposób. Trzeba przy tej książce trochę myśleć i łączyć wątki.
Fajna konstrukcja to jedno, druga sprawa to język. Yoss pisze lekko, potoczyście, błyskotliwie, mocno ironicznie, dowcipnie ale także ostro i bezkompromisowo. A co godne pochwały, język poszczególnych bohaterów jest zróżnicowany i oryginalny. To naprawdę wartościowa umiejętność – wielu twórców opowiadań tego nie potrafi.
Te ciekawe opowieści poza tym, że w sposób celny portretują ludzi i dotykających ich słabości, przede wszystkim jednak przybliżają czytelnikowi realia Kuby lat dziewięćdziesiątych. Jej sytuację społeczno-polityczną oraz obyczajowość. Od braku wody, poprzez prostytucję, po brak wolności. Ba, nawet po szczegółowe opisanie (w punktach!) co trzeba zrobić, jak kombinować i „obchodzić” totalitarny ustrój, aby otworzyć knajpę i zarabiać. Oraz co się z tym sukcesem później wiąże (opowiadanie Restauracja Los Orishas). Świetny jest również tekst w formie monologu pt. Kamień na kamieniu, o facecie, który miał zły dzień. Bardzo zły.
Bywa w tym zbiorze i smutno, i niebywale ponuro czy dramatycznie, ale także groteskowo i zabawnie. Yoss bowiem nie jest jednowymiarowy. Jest wyczulony na absurd, politycznie niepoprawny, krytyczny wobec systemu, ale także mocno zdystansowany, nie nadęty i zwyczajnie zakochany w swojej ojczyźnie. Połączyć to wszystko razem ze sobą - dodając jeszcze wiele wątków mocno erotycznych - w taki sposób żeby się to razem „nie gryzło”, a przy okazji dobrze czytało, to spora sztuka. Jemu się udało. Fajne, mądre opowiadania.
Na koniec napiszę jeszcze, że jest to rzecz w duchu Brudnej trylogii o Hawanie Pedro Juana Gutierreza, tyle tylko, że krótsza i lepsza.
Obecnie czytam:
