O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Miłosny antywestern i powieść o przeształcaniu przeszłości

...czyli moje książki marca



Sebastian Barry – Dni bez końca



Wydawnictwo WAB, przełożył Jędrzej Polak, 287 str.

Pierwsze zdanie: Wystawianie trupów w Missouri, jak powiadają, niezawodnie przechodzi ludzkie pojęcie.

„Dni bez końca” to przede wszystkim historia o zakazanej miłości. Giętkiego jak kobieta a zarazem twardego jak mężczyzna Irlandczyka Thomasa McNulty'ego i niebywale przystojnego Johna Cole'a. Dwóch młodych chłopaków, którzy spotykają się przez przypadek, początkowo zarabiają tańcząc w kobiecych przebraniach i zabawiając górników. Później wstępują do wojska by ramię w ramię walczyć... wróć! Wyżynać Indian. A po kilku latach przerwy - podczas której będą dawać przedstawienia a Thomas, a raczej Thomasina, znów wskoczy w kobiece suknie - wezmą jeszcze czynny udział w wojnie secesyjnej. W międzyczasie, tudzież na koniec, zajmą się jeszcze wspólnym wychowywaniem indiańskiej dziewczynki. Jest to więc także opowieść o miłości tej pary do Winony.

Jakaś inna tematyka poza miłosną? Same ważkie sprawy – wielki głód w Irlandii, wojenne dramaty (bezduszność i okrucieństwo), nacjonalizm, uprzedzenia i dyskryminacja (w stosunku do Irlandczyków, Indian i ciemnoskórych), ludobójstwo (Indianie) - a więc burzliwa i niewygodna część historii Ameryki. Poza tym kilka bardziej kameralnych problemów, z tym dotyczącym odkrywania własnej tożsamości na czele. A wszystko to w konwencji przygodowo-westernowej czy też antywesternowej, z udanymi twistami na finał. Bez moralizowania i bez większego powielania gatunkowych kalek, za to z naciskiem położonym jednocześnie na zwyczajność i nieoczywistość.

Jest to powieść pełna bólu i cierpienia, książka okrutna, krwawa oraz brutalna. Z drugiej strony jednak także czuła i sentymentalna. Na dodatek okraszona ironią i fajnym humorem. Nie wiem do końca jak ten irlandzki pisarz to wszystko pożenił ale wyszło wzorcowo – czyta się i trudno się od tej historii oderwać. To zasługa nie tylko wciągającej, łamiącej schematy i złożonej historii ale również dobrego, spójnego języka całości. Więcej niż sprawnie jest to napisane. I to pomimo faktu, że narrator, McNulty, to człowiek posługujący się prostym, dosadnym językiem. Choć też nie pozbawionym zaskakujących metafor.


O żonie przełożonego: „Ma piersi jak małe szańce. Uklepane, obronne”.
O wychudzonym koledze z oddziału: „...mógłby służyć za ołówek, jakby dało się przepchnąć przezeń ołowiany sztyft”.
O trudach życia w armii: „Szczyny zamarzały nam przy kuśkach, a biada temu co miał zatwardzenie albo srał za długo, bo zaraz robił mu się brązowy sopel przy dupie. Whisky dalej wyżerała nam wątroby. Lecz dla większości z nas było to najwspanialsze życie”.
O problemach higienicznych: „...czujemy powitalne uściski wszy, które znów wylazły na nasze czyste członki. Mieszkają w szwach naszych sukni, a teraz niczym imigranci na starym oregońskim szlaku rozpełzają się po Ameryce naszej skóry”.

Poza takimi fragmentami jak wyżej zachwycają też sugestywne opisy piękna dzikiej przyrody. Wprost niesamowite są również relacje z przebiegu mordów dokonywanych na Indianach czy bitew wojny secesyjnej – mocne, dynamiczne i nasycone ekspresją. Nie jest to może aż ten mistrzowski poziom władania piórem co u Cormaca McCarthy'ego, ale jest naprawdę blisko. Świetna książka.


Juan Marsé – Dziewczyna w złotych majtkach



Wydawnictwo Znak, przełożył Marcin Michalski, 200 str.

Pierwsze zdanie: Są rzeczy, które trzeba zdążyć opowiedzieć, zanim ktoś o nie zapyta.

"Dziewczyna w złotych majtkach" to niewielka powieść traktująca głównie o odkrywaniu i jednoczesnym przekształcaniu przeszłości. Jej główny bohater, stary pisarz Luys Forest, pracując nad swoją autobiografią, celowo podkoloryzowuje swoje wspomnienia, tracąc stopniowo rozeznanie co jest prawdą, a co kłamstwem. Jest więc to również powieść o wielkiej sile fikcji. Ale ma ona także ciekawy kontekst historyczny, bo Forest to człowiek pracujący kiedyś dla reżimu generała Franco. Znajdziemy tu więc sporo odniesień do hiszpańskich realiów z czasów zniewolenia. Do tamtejszych historycznych sprzeczności, które są pretekstem do takiego a nie innego sposobu konsekwentnego budowania przez Foresta własnego mitu.

W końcu jest to również książka, może nie „pełna erotyzmu” (jak głosi okładka), ale posiadająca wyczuwalne erotyczne napięcie. W tworzeniu autobiografii głównemu bohaterowi pomaga bowiem młoda kuzynka Marianna. Ta seksowna, mądra, a jednocześnie niepewna siebie i chwiejna emocjonalnie dziewczyna, będzie nieustannie kusić wuja (głównie sobą, ale także narkotykami) by wyciągnąć od niego pewne szczególnie interesujące ją informacje.

Kapitalnie jest to wszystko rozegrane na ledwie dwustu stronach. Marse ma świetny warsztat literacki, przy pomocy którego (m.in. zmienne narracje), w sposób bardzo elegancki, szyje tę intrygującą, zarówno poważną, jaki i nieco groteskową powieść.
Rzecz to z 1978 r. a wydana u nas przez Znak w 2010 r.

Obecnie czytam:
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...