O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Trzy kryminały na wakacje

... czyli dobre i nieoczywiste powieści



Kto już zna me czytelnicze manie ten dobrze wie, że owszem, lubię i czytam sporo prostych, rozrywkowych kryminałów, sensacji i thrillerów, ale bardzo cenię też w tych gatunkach wszelkie odstępstwa od normy. Książki, które niosą ze sobą coś więcej. Stosują inne rozwiązania, są w jakiś sposób nietypowe czy nie do końca mieszczą się w obowiązujących ramach. Dziś taka właśnie trójka i to nasza, krajowa. Ciekawa, jak mi się wydaje, także z innego względu - znajduje się w niej bowiem: obiecujący debiutant, pisarz sprawny i ciekawy tylko wciąż niedoceniany, no i jeden z mistrzów gatunku. Każdy z nich napisał co najmniej dobrą i nieoczywistą powieść.


Bartłomiej Grubich – Biegacz



Wydawnictwo Vesper, 219 str.

Pierwsze zdanie: Nie, dziękuję.

Zacznijmy od debiutanta. Bartłomiej Grubich zaprezentował kryminał? thriller?, który po pierwsze jest mało sensacyjny – wątek seryjnego zabójcy mordującego kobiety w Poznaniu i tropiącego go policjanta nie jest tu najistotniejszy. W ogóle mało tu akcji – ale jest za to podskórne napięcie. A po drugie, jego tytuł „Biegacz” nie jest przypadkowy. To także, w pewnym stopniu, rzecz dla pasjonatów biegania. Osią całej fabuły jest bowiem maraton. Człowiekowi, takiemu jak ja, który uznaje bieganie wyłącznie za piłką i który podobnie jak Chyłka (ale ta serialowa, nie książkowa) uważa, że generalnie to „bieganie poniża”, powinna się więc ta książka nie spodobać. A stało się odwrotnie. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że jest inna. Dla mnie to nie kryminał/thriller a raczej ciekawy obyczaj z silnym rysem psychologiczno-dramatyczno-społecznym i dopiero gdzieś na drugim planie wątkiem kryminalnym. To smutna i minorowa w klimacie opowieść o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, trudnej naturze człowieka, dorastaniu, ważnych życiowych wyborach, demonach przeszłości i w końcu miłości oraz nienawiści. Niby tematycznie nic nowego, ale jednak ciekawie zaprezentowane. Zwłaszcza konstrukcyjnie. Otóż w maratonie biegnie morderca i policjant a poprzez liczne retrospekcje poznajemy przeszłość raz jednego, raz drugiego. Ta naprzemienna narracja jest rwana, pogmatwana (teraźniejszość miesza się z przeszłością) i wyrywkowa, jednak po złapaniu odpowiedniego rytmu (kłania się bieganie) wszystko zaczyna spinać się w jedną całość. Intrygująca to i niesztampowa lektura. Jak to przy debiucie nie pozbawiona też pewnych wad (jak dla mnie zbyt rozciągnięty wątek szkolny), ale i potrafiąca zaskoczyć wyczuciem i dojrzałością (np. ten niejednoznaczny finał). Warto.



Jan Krasnowolski – Czas wilków, czas psów



Świat Książki, 318 str.

Pierwsze zdanie: Rozmawiaj ze mną, człowieku, proszę.

To pierwsza powieść, autora znanego dotychczas - choć wciąż mam wrażenie niedocenianego – wyłącznie ze zbiorów opowiadań. Wychodząca, w pewnym stopniu, z jego poprzedniej równie udanej książki „Syreny z Broadmoor”. Krasnowolski znów inspiruje się bowiem zbrodnią z udziałem Polaków, która miała miejsce na Wyspach Brytyjskich. Chodzi o zdarzenie z walijskiego miasteczka Llanelli gdzie niejaki Mariusz M., który „przytulił” kilogram amfetaminy należącej do „ludzi z miasta”, terroryzował przez jakiś czas dwóch kolesi, którzy dali mu schronienie, a w końcu został przez jednego z nich zarąbany siekierą i spalony w przydomowym ogródku. Autor wykorzystując tę makabryczną historię szyje gęsty, mroczny i przede wszystkim bardzo brutalny thriller – już na samym początku trafia się scena obcinania palców sekatorem, napisana w sposób tak realistyczny, że włosy stają dęba.

Z tej typowo kryminalno-gangsterskiej historii „Czas wilków” przeistacza się w pewnym momencie w opowieść o wojnie na Bałkanach, w której główny bohater, jako najemnik/czyściciel, brał udział dopuszczając się ludobójstwa. Jakby tego było mało mamy tu jeszcze odniesienia do historii (Powstanie Warszawskie, dirlewangerowcy, Waffen SS), krótki acz pełen grozy wątek z pewną dziewczynką (nie mogę napisać nic więcej żeby nie spojlerować), ale także udany portret polskich emigrantów na Wyspach tuż przed Brexitem. Zdaje sobie sprawę, że brzmi to trochę niczym sen szaleńca, ale w tym szaleństwie jest metoda. Ta historia naprawdę trzyma się kupy, każdy wątek w niej się spina, a napisana jest dobrym, potoczystym i wyrazistym stylem. „Czas wilków” próbujący dotknąć istoty zła, brutalny, krwawy a przez to bardzo mocny w swym wydźwięku, na pewno nie jest książką dla co wrażliwszych czytelniczek i czytelników. Wszystkich innych szczerze zachęcam, spróbujcie.

Mariusz Czubaj – Około północy



Wydawnictwo WAB, 239 str.

Pierwsze zdanie: Miała na sobie prostą, jasną sukienkę i rozpięty płaszcz.

Cóż tu pisać – Czubaj jest naprawdę w najwyższej formie i rzeczywiście jest to bezwzględnie jego najlepsza książka w dorobku. Podobnie jak powyższe pozycje, też nie jest to standardowy kryminał. To powieść mieszająca fakty z fikcją, w której, a i owszem, mamy śledztwo prowadzone przez pewnego jazzowego kontrabasistę, ale bardziej celem autora jest przedstawienie warszawskiego światka jazzowego z 1969 r. Wszystko zaczyna się od pogrzebu Krzysztofa Komedy, a później to już leci – ówczesna artystyczna bohema, znani jazzmani i literaci, szemrane towarzystwo z półświatka, kultowy klub Hybrydy, dekadencko-hedonistyczno-noirowy klimat tamtych lat z nieodłącznym towarzyszem Gomułką w tle. Wiele odniesień (także do teraźniejszości) kulturowych, społecznych czy historyczno-politycznych, różnych kontekstów, aluzji, niuansów, tych powszechnie znanych, ale i tych, które wymagają od czytelnika pewnej wiedzy.

No i muzyka. Ona jest tu przecież najważniejsza. Przewijają się więc nazwiska tuzów światowego jazzu z moim ukochanym Coltranem na czele, konkretne tematy i standardy, a istotną rolę w całej historii odgrywa partytura utworu pt. „Kumanie Komedy”. Ba, nawet narracja prowadzona jest zgodnie z duchem jazzowej improwizacji – dominuje luz, skakanie z wątku na wątek, zmiany rytmu, spontaniczność we frazowaniu, impulsywność, ulotność, nawet pewien konstrukcyjny chaos. Dla mnie, kolesia kochającego muzykę tak mocno jak książki, który od kilku już lat najchętniej słucha właśnie jazzu, lektura „Około północy” była czystą przyjemnością. I jeszcze jedno - cenię tę książkę także za jej zwartość. W czasach gdy ludzie pióra nagminnie „puszczają cugle” i idą w ilość zamiast jakość, „Około północy”, dająca przecież dużą możliwość „popłynięcia”, została napisana bardzo konkretnie. Tak jak się gra dobry jazz. W punkt. Zalecam więc.

Obecnie czytam: