
... czyli nasi też potrafią!
REKLAMA
Trzy niewielkie zbiory opowiadań dotyczące z grubsza tego samego – szarej rzeczywistości i prostego – czasem może tylko nieco nadzwyczajnego - życia zwykłych ludzi. Przedstawicieli klasy średniej i ludzi z marginesu. Tych w średnim wieku oraz młodych chłopaczków ze wsi i blokowisk. Tych, którym transformacja przyniosła konfitury, ale i tych, którym wyłącznie biedę. Poza tym jeszcze tych wszelkiej maści szaraków-przeciętniaków. Zamieszkujących stolicę („Magiczne światło miasta”), małomiasteczkowe, mazurskie Korsze („Gigusie”) czy też anonimowe miasta i miasteczka („Doktor Bianko”).
To co łączy te książki to przede wszystkim godny pozazdroszczenia zmysł obserwacji wszystkich trzech autorów. To ewidentnie panowie, którzy widzą, słyszą i czują więcej. Są wrażliwi na detale. Ale imponuje także ich wiarygodność w przedstawianiu czytelnikowi tych zwartych, interesujących migawek z codzienności. Zapewne większość z tych tekstów została wymyślona, jednak wszystkie mogłyby się spokojnie wydarzyć w realnym świecie. Co je wyróżnia?
Wojciech Chmielewski – Magiczne światło miasta
Wydawnictwo Arcana, 202 str.
Pierwsze zdanie: Na placu Trzech Krzyży zapada zmrok.
U uznanego prozaika, Wojciecha Chmielewskiego, jednym z ważnych bohaterów zbioru „Magiczne światło miasta” jest Warszawa. Dużo tu bowiem spacerów i nieustannego krążenia po udanie sportretowanej stolicy. Znajdziemy także częste, nostalgiczne odniesienia do lat 80. i do okresu transformacji, który najwyraźniej wciąż bardzo bliski jest autorowi. Teksty te będą pewnie też kojarzyć się niektórym z prozą Marka Nowakowskiego – myślę, że nie tylko ze względu na tytułowe opowiadanie, które jest czułym wspomnieniem i hołdem dla tegoż twórcy (obaj literaci dobrze się znali i przyjaźnili). Ale jeśli nawet, to powinny jedynie na płaszczyźnie pewnych podobieństw czy nawiązań, a nie typowego ściągania. Chmielewski ma bowiem swój styl. I naprawdę ciekawe pomysły fabularne jak choćby w opowiadaniach „Psie żarcie” czy „Korytarz”.
Jakub Michalczenia – Gigusie
Korporacja Ha!art, 253 str.
Pierwsze zdanie: Para przedziałowych wagonów drugiej klasy typu 111A ciągana przez dieslowską lokomotywę SU46 – taki skład kursował od niedawna jako ranny pociąg osobowy z Ełku do Olsztyna przez Korsze, i z powrotem po południu.
Podobnie jak u Chmielewskiego Warszawa, tak u Jakuba Michalczeni ważnym „bohaterem” są małe Korsze lat 90. A więc po transformacji. W tym wypadku akurat nieudanej. Kiedyś ważny dla regionu węzeł kolejowy, teraz idealny przedstawiciel Polski B, a może nawet C - nie ma tam nawet Biedronki. To miasteczko przedstawione jest tu trochę niczym wyrzucona za nawias, zapomniana kraina spowita oparami absurdu. Mocno chłopackie, a więc dosadno-wulgarne, ale także bardzo zabawne, banalne historyjki, zapełniają przecież takie postaci jak: Mrek Morok, Piżdżysyn, Czołodup, Jasny Syn Kacab czy Pełne Gacie. Tytułowi „Gigusie” mają więc wciąż jakieś przygody. Od kradzież jabłek, poprzez dokazywanie w szkole, komisyjne granie na konsoli i bójki, po częste wizyty na komisariacie policji. Może i brzmi banalnie, ale działa. Dlaczego? Przysłowiową robotę robi tu przede wszystkim brawurowy język. Istna petarda! Choćby tylko dla niego warto tę książkę przeczytać.
Maciek Bielawski – Doktor Bianko i inne opowiadania
Wydawnictwo Książkowe Klimaty, str. 171
Pierwsze zdanie: Jest tak: stoisz w sklepie przy kasie, wyciągasz z koszyka trzy piwa, ustawiasz je równo na taśmie, a przed tobą matka z dzieckiem i ojciec tego dziecka.
Nie odkryję Ameryki jeśli napiszę, że opowiadania Maćka Bielawskiego kojarzyć się mogą z short stories Raymonda Carvera. Ale znowu - jak i Chmielewski nie ściąga z Nowakowskiego, tak i ten autor nie kopiuje stylu uznanego pisarza z Ameryki. Są tylko pewne podobieństwa – dobrze oddawana samotność, obojętność otaczającego świata, bolesność i gorzkość egzystencji czy też specyficzne, chłodne relacje międzyludzkie. Bohaterowie tych opowiadań mogą sobie więc często nucić „znowu w życiu mi nie wyszło”. Bywają bowiem nieszczęśliwi i przegrani. Tak, to nie jest wesoła książka. Czasami, jak w opowiadaniu „Małe psy szczekają najgłośniej” potrafi nawet zmrozić krew w żyłach. Ale jest też pozycją najbardziej „życiową” ze wszystkich tu opisanych. Jest po trochu i o Tobie, o mnie, i jeszcze o kimś innym kto to przeczyta też. Poza tym jest świetnie „wymyślona” i napisana – krótkie, celne zdania, dobry ich rytm, wartkość. No i te zaskakujące puenty. Z całej trójki prezentuje też najrówniejszy poziom tekstów. Tu po prostu nie ma słabszych opowiadań.
Zatem jak już przestaniecie się jarać short stories zza oceanu sięgnijcie koniecznie po naszych rodzimych twórców. W Polsce też potrafią pisać dobre, a miejscami nawet bardzo dobre opowiadania.
Obecnie czytam:
