Dobre, tanie książki. Czyli co? Gdzie? I za ile? Tym razem tylko antykwariaty!

REKLAMA
Dziś second handowy wybór na wskroś klasyczny, bo dokonany jedynie w antykwariatach. Tak się złożyło, że miałem akurat „wolną" stówę i trochę zaszalałem przeznaczając ją jedynie na książki z drugiej bądź trzeciej ręki. Takie lekkie uzupełnienie braków w księgozbiorze. Poniższa dycha kosztowała równo 106,50 zł. Wyszło więc nie wiele ponad dychę za sztukę. Najtańsza pozycja 4,50 zł najdroższa 12 zł. Książki kupiłem pod dwoma stołecznymi adresami: http://www.antykwariat.waw.pl/; http://www.conrada11.pl i jednym nadmorskim http://www.antykwariat.szcz.pl Oto one:
logo
Foto: Mika Marszycka
„Krew za krew” Ismaila Kadare - którego jestem wielkim fanem – szukałem namiętnie od pół roku. I w końcu trafiłem. W Szczecinie. Za śmieszne 4,50 zł. I jeszcze w tak dobrym stanie! Książka wydana 24 lata temu, a wygląda jak nówka sztuka, nie śmiagana. Cieszę się z niej, jak mały piesek z pierwszych pcheł.
Nazwisko Hanifa Kureishi do tej pory nic mi nie mówiło. Zakup „Intymności”, to był totalny przypadek. Oby więcej takich przypadków – cieniutka, a naprawdę dobra rzecz. Już przeczytana, recenzja tuż, tuż.
Camilo Jose Cela, to hiszpański pisarz i laureat Nobla z 1989 roku. A ja lubię piszących Hiszpanów i słyszałem, że Cela naprawdę daje radę. „Mazurka dla dwóch nieboszczyków” wybrałem, bo czytałem, że jest w tej książce piękny dziesięciopunktowy opis cech skurwysyna.
Nigeryjczyk Ben Okri dostał w 1991 roku za „Drogę bez dna” nagrodę Bookera. Podobno jak najbardziej zasłużenie. Chciałem mieć tą książkę, bo to realizm magiczny najwyższych lotów, no i podany po afrykańsku.
A jak już jesteśmy przy realizmie magicznym, to ten nurt w literaturze zaczął się właśnie od „Pedro Paramo” meksykanina Juana Rulfo. Nie znać, nie mieć – wstyd. Trzeba więc było nadrobić.
Peter Carey, to Australijczyk, piszący gównie o swojej ojczyźnie. Jeden z najlepszych autorów tego kraju. W zasadzie chciałem tylko posmakować jego przygodowo-awanturniczej odsłony czyli „Prawdziwej historii Neda Kelly’ego”, ale przypadkiem trafił się również „Jack Maggs”, to co było robić? Nabyłem.
O Grahamie Swifcie od dawna słyszałem sporo dobrego i chciałem popróbować jak facet pisze. Ponoć to jeden z lepszych prozaików brytyjskich. Celowałem początkowo w jego „Krainę Wód”, ale ponieważ jakoś nie mogłem trafić, to wziąłem „W świetle dnia”.
W Serbie z Czarnogóry, Miodragu Bulatovicu zakochałem się po lektorze „Gullo Gullo” (niebawem recenzja), a jak mnie złapie na jakiegoś pisarza, to już umarł w butach i przysłowiowa kapota. „Bohater na ośle” jest uznawany za jego najważniejszą książkę. Wybór kolejnej pozycji był więc oczywisty.
Irlandczyka Roddy Doyla znam już całkiem nieźle, czytałem jego „The Commitments” i „Gwiazdę zwaną Henry” – obie bardzo fajne. Lubię jego lekki styl i poczucie humoru. Szukałem czegoś następnego i padło na „Furgonetkę”.
Tyle.