Jak lewacka organizacja kidnapersko-terrorystyczna walczyła ze zdegenerowanymi moralnie kapitalistami? Czym karmiono srebrnego lisa, z którego uszyto futro dla kochanki Hitlera? Jak wygląda seks z kobietą o piersiach bez sutków? Czyli najbardziej szalona i pokręcona książka jaką czytałem w życiu!
REKLAMA
Miodrag Bulatović – „Gullo Gullo”
Pierwsze zdanie: „Kurt Bodo Nossack, olbrzym, człowiek, który ma być uprowadzony, porwany lub zabity przez gerylę Gullo Gullo, siedział rozparty w lśniąco białym fotelu, nad swoim basenem kąpielowym.”
Zacznijmy od tego, że ta powieść dosłownie wyrwała mnie z obuwia. Jak sięgam pamięcią nie czytałem chyba bardziej szalonej, odjechanej i pokręconej książki. A zresztą, nie czytałem na pewno. „Gullo Gullo”, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Takie rodeo literackiej wyobraźni. Fabularny bieg z przeszkodami. Pełen cwał narratorski. Do tego rzecz mocno kontrowersyjna i w pewnym sensie amoralna. No bo kto wymyśliłby coś takiego – główny bohater „Gullo Gullo”, Kurt Bodo Nossack, przyznaje się, że miał podczas II wojny światowej fermę srebrnych lisów, które karmił ciałami Żydów, Polaków i Serbów zgładzonych w Oświęcimiu. Lisy tuczone ludzkim mięsem rosły tak, że z jednego z nich (13-metrowego okazu) zrobiono futro dla Ewy Braun, kochanki Hitlera! Szokujące co? I to napisane prawie trzydzieści lat temu, przez jednego Serba z Czarnogóry.
Miodrag Bulatović, bo o nim oczywiście mowa, to były (zmarł w 1991 r.) enfant terrible serbskiej literatury. Pisarz, który wywrócił ją do góry nogami. Debiutował w połowie lat 50-tych, wydając na początku dwa zbiory opowiadań i od razu szokował oraz wzbudzał wiele kontrowersji. System komunistyczny w rozkwicie a tu nagle wyskakuje autor, który ma za nic wszelkie normy zwyczajowe. Karykaturalnie oddaje rzeczywistość, mocno przerysowuje, a dodatkowo eksperymentuje z językiem, często pełnym wulgaryzmów i serwuje prawie pornograficzne opisy. Prawdziwe zamieszanie i to nie tylko literackie, ale również polityczne zrobiło się wokół powieści „Bohater na ośle” z 1967 roku, w której Bulatovic, krótko mówiąc nabijał się z włoskiej okupacji podczas II wojny światowej. Padły wtedy oskarżenia o fałszowanie historii, trwała też nagonka na pisarza, a ten w końcu dla świętego spokoju, wyemigrował na kilka lat na Zachód. Tam powstała tzw. trylogia emigracyjno-terrorystyczna czyli „Ludzie o czterech palcach”, „Piąty palec” i w 1983 roku „Gullo Gullo”.
Nie sposób jest dokładnie streścić fabuły tej powieści, przynajmniej w ramach standardowej recenzji. Postaram się jednak chociaż nakreślić z grubsza o co w niej chodzi. Gullo Gullo to nazwa tajnej. lewackiej organizacji kidnapersko-terrorystycznej (pochodzi od łacińskiej nazwy rosomaka, godła organizacji), która walczy z kapitalizmem i zepsuciem moralnym, występującym w powieści pod symbolem czekolady. Wyroby czekoladowe uosabiają całe zło tego świata. Dlatego komandosi Gullo Gullo wysadzają fabryki czekolady i brutalnie mordują najważniejszych przedstawicieli tego przemysłu. Tym razem terroryści postanawiają porwać i zabić Kurta Bodo Nossacka – kolejnego kapitalistę, zepsutego biznesmena, obdarzonego pokaźnym przyrodzeniem miłośnika dzikich orgii (jego kochanką jest Gudrun, piękność obdarzona piersiami bez sutków), mieszkającego w wielkiej willi, razem z różnymi gatunkami zwierząt i szklarniami pełnymi mutujących się roślin. Członkowie Gullo Gullo porywają Nossacka i przy pomocy doktora Zoli robią mu „pranie mózgu”, w wyniku którego ten przechodzi na ich stronę i odrzuca prawicowe poglądy. Uzbrojony w ładunek wybuchowy umieszczony na pasie i jądrach (!) Kurt wraca do swojego domu, dzieli się z przyjaciółmi, prasą i policją swoimi nowymi, wywrotowymi poglądami, trafia do szpitala, później na wielką orgię m.in. z udziałem zwierząt (Gudrun spółkuje z wężem), w ogóle dzieje się tam bardzo, bardzo dużo, a wszystko zmierza do wielkiego wybuchu. Apokalipsy.
Brzmi to dziwnie i nieprawdopodobnie? Ale to jeszcze nic, na kartach tej powieści spotkać można bowiem m.in. psa Zdenka, który nie szczeka; rówieśnika Chrystusa, najstarszego człowieka na ziemi, Żyda Hetta; wiernego sługę Nossacka, Węgra Szabo, któremu terroryści zakładają na jądra ogromną kulę czekolady czy śliczną Karolinę, która okazuje się być Słowakiem Pavlem Klimuszką z penisem odznaczającym się dziwną chrząstką. Do tego stada kopulujących węży, ptaków, żółwi i jaszczurek, oraz takie odjechane historie, jak ta z srebrnymi lisami karmionymi ciałami więźniów Oświęcimia.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na jeden wielki bełkot i chore wizje jakiegoś wariata. Ale gdy damy się ponieść tej dziwnej opowieści, zaakceptujemy jej fabularne zagęszczenie i wypełniający ją ten dziwaczny, pełen symboliki, pozornie nierzeczywisty świat, to po jakimś czasie połapiemy się, że wszystko jednak trzyma się kupy. „Gullo Gullo”, to przede wszystkim dosadna krytyka moralnego zepsucia Zachodu , kapitalizmu i idącego za nim konsumpcyjnego stylu życia. Czyli tematyka, która jest aktualna także i dziś. To również rzecz o emigracji, której cienie, bo o blaskach nie ma tu mowy, autor znał dobrze z autopsji. W książce nieszczęśliwych, zagubionych emigrantów jest bez liku – Serbowie, Chorwaci, Węgier Szabo czy sam rosomak – symbol organizacji. To w końcu powieść pełna wielu ciekawych odwołań - od wątków historycznych (II wojna światowa), poprzez naturę (umiłowanie zwierząt czy przyrody alpejskiej), aż po tradycje chrześcijańską (alternatywna historia Jezusa).
Dużą rolę odgrywają tu także liczne akty i podteksty seksualne – autor nie oszczędza w nich nikogo, kobiety są uprzedmiotowione, a mężczyźni stale upokarzani. Zresztą widać wyraźnie, że Bulatovic był pojętnym uczniem markiza de Sade. Kręciły go wszelkiego rodzaju dewiacje - osoby pruderyjne lepiej niech trzymają się od tej książki z daleka. Osobna sprawa to forma i język. Często zmieniająca się narracja, zagęszczona fabuła, przytłaczająca momentami symbolika, a także gatunkowa jazda od latynoskiego realizmu magicznego po klasyczny dramat. Podobnie język. Różnorodny, rozpięty od wulgaryzmów używanych głównie przy pornograficznych fragmentach, poprzez barwne metafory, aż po piękne poetyckie frazy, które Bulatović składał po mistrzowsku opisując przyrodę.
Reasumując – trudna, pozornie chaotyczna i wymagająca książka, ale także niesamowita, szalona i fascynująca literacka przygoda. Raczej dla odważnych i koneserów. „Gullo Gullo” - Warto warto.
Reasumując – trudna, pozornie chaotyczna i wymagająca książka, ale także niesamowita, szalona i fascynująca literacka przygoda. Raczej dla odważnych i koneserów. „Gullo Gullo” - Warto warto.
Literackie tropy: drugiego takiego wariata chyba nie było...
Inne tropy: Francois Villon, markiz De Sade, Hieronim Bosch.
PS. Książka do nabycia w antykwariatach i na Allegro. Koszt 10-20 zł.
