Klasyk z Argentyny, najpopularniejszy pisarz Izraela oraz świetny autor polski – czyli trzy zbiory opowiadań na szybko!

REKLAMA
Jorge Luis Borges – „Księga piasku”
logo


Pierwsze zdanie:
“Wydarzenie to miało miejsce w lutym 1969 roku w Cambridge, na północ od Bostonu.”
Postanowiłem wziąć się wreszcie (stoi przecież od lat na półce) za ten zbiorek ponieważ opowiadania go wypełniające mają opinię arcydzieł. Poza tym napisał je Borges. Sam wielki Jorge Luis Borges. Wiadomo. Dzieło to cieniutkie, ale brnąłem przez nie niczym w nartach przez bagna. I muszę przyznać szczerze, bo nie ma co oszukiwać szanownych Czytelników, ale przede wszystkim samego siebie, że nie wiele z tych opowiadań zrozumiałem. „Księga piasku” okazała się być lekturą zbyt trudną, a mój rozumek zbyt małym aby pojąć i rozkminić te wszystkie interpretacyjne zagadki, ukryte sensy, liczne odwołania do tradycji literackiej, filozoficzne rozważania, tą fantastyczność i magiczność. Za głębokie to wszystko. Zbyt mądre. Za bardzo przeintelektualizowane. Oczywiście jak dla mnie. Kiedyś, kiedy osiągnę (jeżeli w ogóle osiągnę!) wyższy poziom intelektualnego wtajemniczenia, to na pewno do „Księgi piasku” jeszcze wrócę. Póki co zostają we mnie trzy opowiadania: „Tamten”, „Ulrica” podobno jedyne opowiadanie Borgesa o miłości i „There are more things” - pierwsze dwa zrozumiałem, a trzecie ujęło mnie swoim klimatem. A także kilkanaście niesamowicie mądrych i pięknych zdań jak np. „Zawsze jest słowem niedozwolonym dla ludzi.”, „Jedyną tajemnicą jest czas, ten nie kończący się wątek z wczoraj, dziś, przyszłości, zawsze i nigdy.”, „Dziennikarz pisze dla zapomnienia, podczas gdy chciałby pisać dla pamięci i czasu.” Itd.
Etgar Keret – „Nagle pukanie do drzwi”
logo
Pierwsze zdanie: „Opowiedz mi jakąś historię – rozkazuje brodaty człowiek, który siedzi na kanapie u mnie w salonie.”
Najbardziej chyba znany współczesny Izraelski pisarz, Etgar Keret, wrócił do formy! Co prawda „Nagle pukanie do drzwi” nie jest, aż tak dobrym zbiorem jak mistrzowskie „Tęskniąc za Kissingerem” czy świetne „8% z niczego”, ale przy odrobinie dobrej woli mógłby nimi być. Gdyby tylko odchudzić ten i tak jak na Kereta pokaźny zestaw (prawie czterdzieści opowiadań) i wyciąć z niego pięć, sześć, no może siedem słabszych tekstów. Wtedy było by miodzio, a tak niestety miejscami lektura ciutkę siada. Na szczęście większość historii to Keret jakiego uwielbiamy. Takie teksty jak opowiadanie tytułowe, w którym do samego Kereta przychodzi tajemniczy gość, trzyma go na muszce pistoletu i każe mu opowiedzieć jakąś ciekawą historię, „Po końcu” w którym płatny morderca, po wykonanym na nim wyroku śmierci trafia do Stumilowego Lasu jako Puchatek czy wprost genialne „Przyjęcie niespodzianka” gdzie trzech ciut przypadkowych mężczyzn trafia na party zorganizowane przez żonę dla męża, który się nie pojawia, bo zamierza akurat popełnić samobójstwo. No to po prostu creme de la creme! Niczym nie poskromiona wyobraźnia, gęste opary absurdu, trochę groteski, nieco makabreski i ten specyficzny czarny humor z jednej, tej wyraźnie dominującej strony. Natomiast z drugiej, melancholia, smutek i poważne tematy wagi ciężkiej. To co jest jeszcze wielką zaletą tych tekstów, to ich prawdziwość (mimo tych częstych nieprawdopodobnych zmyłek fabularnych) i uniwersalizm. I choć te historie dzieją się we współczesnym Izraelu (trzy kapitalne opowiadania z zamachami bombowymi w tle – „Siemion”, „Dżozef” i „Jajko niespodzianka”), to tak naprawdę mogły by dziać się na całym świecie. Dobra robota, polecam.
Wojciech Albiński – „Kalahari”
logo
Pierwsze zdanie: „Od kilku dni czekaliśmy w Ngomo na samolot.”
Opowiadaniami Wojciecha Albińskiego ekscytowałem się już tutaj przy okazji premiery jego najnowszego zbioru „Soweto – my love”. „Kalahari” to z kolei wznowienie debiutanckiej książki tego autora, wydanej po raz pierwszy w 2003 roku. Książki za którą Albiński otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza, oraz był nominowany do nagrody Nike. Gdybym poznał te opowiadania wtedy, dziewięć lat temu, był bym nimi pewnie zachwycony, teraz gdy znam już „Soweto – my love” nie robią już na mnie takiego wrażenia. Oczywiście chodzi tu tylko i wyłącznie o element czysto poznawczy, i choć zaryzykuję nawet opinię, że „Soweto” jest od „Kalahari” lepsze, to co do wartości literackiej tego ostatniego zbioru nie mam żadnych zastrzeżeń. To kawał dobrej literatury jest. Wygląda na to, że Albiński od początku pisał genialnie, a przez kolejne lat jedynie doszlifowywał zdania i dopracowywał styl. Nadal są to krótkie, zwarte opowiadania o południowej Afryce, powstałe na styku literatury faktu, reportażu i klasycznych story. Nadal jest powściągliwie, oszczędnie, prosto acz rzeczowo i precyzyjnie. Nadal te opowieści są niebywale realistyczne i takie trochę niedopowiedziane do końca, co akurat jest bardzo fajnym zabiegiem, bo daje możliwość snucia własnych interpretacji czy puent. Co do ich tematyki, również nic się nie zmieniło z jednej strony biali z drugiej czarni, uprzedzenia rasowe i afrykańskie wierzenia, misjonarze i przestępcy, łebscy przedsiębiorcy i zwykli handlarze, kobiety i mężczyźni. Po prostu ludzie uwikłani w życie, w ważne wybory, dylematy. Książka podzielona jest na cztery części, mnie najbardziej podobała się ta dotycząca Johannesburga, aczkolwiek całość trzyma wysoki poziom. Warto.