A w nich: książka prostacka i pusta w środku, oryginalna powieść oraz coś dla nałogowych czytelników.

REKLAMA
Charlotte Roche – „Wilgotne miejsca”
logo
Pierwsze zdanie: „To wspaniała rzecz, gdy starzy ludzie znajdują opiekę w rodzinie.”
Pisałem niedawno w literackim second handzie, że „Wilgotne miejsca” nabyłem z ciekawości i w wyniku medialnego nagłośnienia „Modlitw waginy” – drugiej książki tej autorki. Chciałem naocznie przekonać się o co cały ten hałas i co wart jest jej debiut. Niestety nie przekonałem się do końca i tekst poniższy nie jest szybką recenzją sensu stricte z jednej prostej przyczyny - książki do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady. A muszę przyznać, że zdarza mi się to bardzo rzadko. Chociaż w tym roku, to już drugi taki przypadek (pierwszy dotyczył „Disco” Anny Dziewit-Meller, której to nie doczytałem, bo stwierdziłem że zwyczajnie szkoda czasu, a gdyby ktoś jednak chciał dowiedzieć coś więcej o tej pozycji, to zapraszam tu http://bernadettadarska.blog.onet.pl/Choc-zawiniete-w-papierek-to-t,2,ID485919884,n rzeczowa i trafna recenzja.) Ale do rzeczy. Przeczytałem blisko 100 stron „Wilgotnych miejsc” i śmiem po tej bolesnej setce stwierdzić, że poza ekstrawagancją i prowokacją nic za tą książką nie stoi. To jest żadna literatura, a jeżeli już jakaś, to prostacka i boleśnie pusta w środku. Jeżeli ktoś chce czytać wyznania młodej dziewczyny o problemach z hemoroidami i odbytem, zastosowaniu wydzielin z waginy, sposobach samogwałtu, tudzież braku higieny (np. bohaterka książki wyciera swoim sromem deski klozetowe w publicznych toaletach), to proszę bardzo. Ja tam mówię pas.

Rana Dasgupta – „Solo”
logo
Pierwsze zdanie: „Zbudził się raptem w martwej strefie nocy.”
Dziwna książka. Bardzo dobrze napisana, intrygująca, ale jednak trochę dziwna. Przepraszam, oryginalna. Zacznijmy od tego, że Rana Dasgupta, pisarz urodzony w Indiach, obecnie mieszkający w Delhi (wcześniej studiował na Oxfordzie), napisał po angielsku powieść (no właśnie powieść?), której akcja dzieje się głównie w Bułgarii, a poza tym w Berlinie, Gruzji i w Nowym Jorku. Wiem wiem, świat to globalna wioska i prawie wszystko można znaleźć w Internecie, ale mimo wszystko, trochę to nietypowe. Książka podzielona jest na dwie części. Pierwszą pt. „Życie” wypełnia historia ociemniałego, prawie stuletniego Ulricha, mieszkającego w obskurnej kamienicy w Sofii. Ulrich wegetuje samotnie czyli solo, doglądany jedynie przez pomocną sąsiadkę i stale wspomina, bo cóż mu innego pozostało. A ma co wspominać! Dzieciństwo w dobrze sytuowanej rodzinie, międzywojenny Berlin, komunistyczna Sofia, niepowodzenia, rozterki, kompromisy, miłość, przyjaźń, rozpad rodziny, w tle wojny, polityka, sporo historii, Einstein, Breżniew, no i przede wszystkim dwie wielkie pasje – muzyka (skrzypce) i chemia (Urlich eksperymentował próbując wynaleźć nowe tworzywo). Dużo tego jak na jednego człowieka. I choć Dasgupta pisze świetnie, bardzo klasycznie i ze smakiem, to przyznam się, że im bliżej końca tej części, tym byłem coraz bardziej zmęczony kolejnymi wątkami i tym spiętrzeniem różnorakich wydarzeń. Nie wspominając już o boleśnie-tragicznym klimacie całości. Jak dla mnie trochę za gęsto. Za to drugą część książki pt. „Sny na jawie” łyknąłem już gładko jak szczupak blachę. „Sny na jawie”, to zgodnie z tytułem wytwory wyobraźni Ulricha, alternatywne historie jego życia, zrealizowane marzenia, fikcje i fantasmagorie. Akcja przenosi się do Gruzji, w której rządzą mafiosi, a później do Nowego Jorku gdzie śledzimy intensywną i szaloną karierę genialnego skrzypka. Napisane to jest żywo, bardziej nowocześnie, w formie opowiadań czy też nowelek, które czyta się wprost rewelacyjnie. W zasadzie są to teksty tak dobre i niezależne od części pierwszej, że spokojnie poradziłby sobie bez niej. Gdyby to była szkoła, to za część pierwszą dałbym dostateczny plus, a za drugą piątkę. Wychodzi więc mocna czwórka.

Carlos Maria Dominguez – „Dom z papieru
logo
Pierwsze zdanie: „Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.”
Nieduża, krótka książeczka, której lektura zajmuje raptem godzinę, góra dwie. Fabularna opowieść, esej i bajka w jednym. Rzecz oczywiście dla wszystkich, bo dobre książki są dla wszystkich, ale jednak głównie dla ludzi zakochanych w książkach, bibliofilów i maniaków czytania. Pozycja absolutnie bezbłędna, rewelacyjna i genialna. I to do wielokrotnego czytania! Fabuła w skrócie przedstawia się tak: Bluma Lennon z tego kapitalnego pierwszego zdania ginie, a jej przyjaciel odbiera przesyłkę zaadresowaną dla niej, w której jest podniszczony tom „Smugi cienia” Conrada. Ów przyjaciel postanawia zwrócić książkę nadawcy i w tym celu udaje się do Montevideo w poszukiwaniu tajemniczego bibliofila Carlosa Brauera, którego życie zostało kompletnie zdominowane przez książki i który mawiał np. „Ja się pieprzę z książką, a jeżeli nie zostawiam na niej śladu, to znaczy, że nie mam orgazmu.” – to o pisaniu po marginesach książek. W tą opowieść Dominguez wplata fantastyczne fragmenty dotyczące czytania i nałogu jakim jest miłość do książek. Bo książki mogą być i są nałogiem, oj są. Wiem co piszę, bo sam się z nim zmagam. A więc jest o wszelkich wadach i zaletach moli książkowych. O ich licznych przyzwyczajeniach i zboczeniach. O ich książek maniakalnym kupowaniu, zbieraniu, podczytywaniu, pożyczaniu itd. O tym, że „Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie.” Naprawdę wspaniała rzecz!
W pewnym sensie jest to też książka o mnie i może dlatego, aż tak mi się podobała, co nie zmienia faktu, że polecam ją gorąco wszystkim, zwłaszcza że np. tu: http://www.ksiegarniawarszawa.pl, dostępna jest za jedyne 2,36 zł.