A w nich podróże małe i duże czyli trzy książki eseistyczno-podróżnicze, trzech bardzo ciekawych autorów.

REKLAMA
Karl-Markus Gaus – „W gąszczu metropolii”
logo
Pierwsze zdanie: „Najgorsze miny, jakie w życiu widziałem, stroił człowiek, którego spotkałem w Beaune.”
Ten austriacki pisarz i eseista wybrał sobie ciekawą niszę - jest bowiem autorem eseistyczno-podróżniczych książek o zanikających narodach i przedstawicielach ginących kultur. Zajmował się już m.in. Cymbrami, Karaimami, Sefraudyjczykami, Asyryjczykami, Aboreszami itd. Faceta ewidentnie interesuje to co małe, pominięte i zapomniane. Tym razem wybrał się na wycieczkę po Europie Środkowej w poszukiwaniu małych historii i jeszcze mniejszych bohaterów. Odwiedza Wiedeń, Bukareszt, Belgrad, Brukselę, a nawet nasze Opole! Spaceruje po ulicach tych miast, przesiaduje w knajpach, kawiarniach i snuje opowieści. Głównie zajmują go bardzo interesujące i niezwykłe ludzkie losy (np. historia Nigeryjczyka Angelo Solimana, który w XVIII w. był ważną personą na wiedeńskim dworze księcia Józefa, a skończył wypchany jako eksponat przyrodniczy!), a poza tym swego rodzaju literackie śledztwa, choćby gdy przybliża czytelnikowi nieznanych pisarzy węgierskich, czeskich czy rumuńskich. Wszystko to z wielką, ciekawą historią Europy sprzed stu lat w tle i dodatkowo okraszone jeszcze osobistymi, czasami bardzo intymnymi wyznaniami, doznaniami i ciekawymi spostrzeżeniami. Gaus zwiedzając Opole zauważa np. że Polki to piękne, bardzo zadbane kobiety, które niestety spotyka ciągle w towarzystwie grubych, fatalnie wyglądających i ubranych Polaków. Coś w tym jest ;)
Gaus to po trosze pisarz, eseista, reportażysta, etnograf i historyk, który na styku tych gatunków i nauk, tworzy literaturę bardzo kameralną, taką która dla jednych może być zwykłym przynudzaniem a dla innych ujmującą, fantastyczną „małą” podróżą. Mnie tam to bierze – od kilku już lat czytam wszystko co wydaje się w Polsce pod jego nazwiskiem i jeszcze nigdy się nie zawiodłem.
Bruce Chatwin – „Anatomia niepokoju pisma wybrane 1969-1989”
logo
Pierwsze zdanie:Psom w Anglii (ale nie w Australii) często nadaje się imię Bruce.”

Bruce Chatwin, to jeden z najbardziej znanych na świecie podróżników i pisarzy. Anglik, który jako ekspert pracował w znanym domu aukcyjnym Sotheby’s w Londynie (specjalizował się w impresjonizmie), by z czasem porzucić tą intratną pracę i ruszyć w świat, pisać powieści, książki podróżnicze, a dodatkowo jeszcze zajmować się archeologią. Nie napisał zbyt wiele (zmarł na AIDS mając 49 lat), ale to co udało mu się stworzyć, to jedynie prima sort najwyższej jakości. Co prawda zarzuca mu się również, że w swych książkach często zmyślał i podawał nieprawdziwe fakty, ale co by nie mówić takie „W Patagonii” czy „Pieśni stworzenia”, to już klasyka literatury podróżniczej. Z kolei „Anatomia niepokoju”, to rodzaj lektury uzupełniającej, pomocnej dla lepszego zrozumienia samego autora i jego literackiego dorobku. Pisma zebrane z lat 1969-1989 podzielone zostały na pięć części. Pierwsza dotyczy życia pisarza, jego wyborów itp. (Chatwin odczuwał pewien rodzaj strachu przed zamieszkaniem w jednym miejscu – musiał nieustannie się przemieszczać, bez podróżowania nie mógł normalnie funkcjonować). W drugiej poznajemy Chatwina jako autora oszczędnych w stylu opowiadań, z których wszystkie pozostałe (choć naprawdę niezłe) przyćmiewa jedno pt. „Mleko”. Story o młodym Amerykaninie, który podróżując po Afryce przeżywa swój pierwszy raz z prostytutką. Genialnie napisana rzecz! Trzecia część, to poważne antropologiczne teksty poświęcone nomadyzmowi, będące częścią książki, której Chatwinowi nigdy nie udało się skończyć. Później mamy kilka recenzji jego pióra (m.in. biografii Roberta Louisa Stevensona) i jest to niestety najsłabsza część tego zbioru. A na koniec otrzymujemy bardzo ciekawe i pięknie napisane eseje np. o kolekcjonowaniu (przy okazji polecam jego fantastyczną, króciutką powieść na ten temat pt. „Utz”) czy kapitalny tekst o wyspie Capri, jej historii, architekturze i zamieszkujących ją interesujących ludziach (m.in. o Curzio Malaparte). Reasumując jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla wszystkich miłośników i fanów twórczości Chatwina. Inni czytelnicy, nie znający jeszcze jego dorobku, bądź znający go słabo, owszem będą mogli doświadczyć jego eleganckiego stylu, czy niezaprzeczalnej erudycji, ale „nie złapią” jednak całości kontekstu.
Cees Nooteboom – „Hotel nomadów”
logo


Pierwsze zdanie:
“Początkiem bytu jest ruch.”
To moje pierwsze spotkanie z prozą tego holenderskiego autora (choć od kilku dobrych lat na półce stoją jego „Rytuały” i „Następna historia”), ale na pewno nie ostatnie! Trzeba będzie szybko nadrobić inne lektury – poza wspomnianymi wyżej na pewno też sięgnę po słynne „Drogi do Santiago” – bo Nooteboom po prostu fantastycznie pisze. A do tego jeszcze wymienia się go w roli poważnego kandydata do nagrody Nobla! Ale do rzeczy. „Hotel Nomadów”, to najprościej pisząc zbiór esejów dotyczących podróży Nootebooma, które odbył w ciągu ostatnich czterdziestu lat (głównie ukochana przez pisarza Hiszpania oraz Japonia (pielgrzymka szlakiem 33 świątyń), Irlandia, Szwajcaria, Włochy, Sao Paulo, Tonga). Ale w jakimś tam również stopniu jest to także rodzaj swoistego pamiętnika z wędrówki. Holender nie opisuje jedynie krajów i miejsc, w których był - zresztą takich fragmentów jest tu najmniej – głównie snuje refleksje nad samą istotą podróżowania. Bo u Nootebooma podróżowanie to nie zwiedzanie, podziwianie i zaliczanie, to rodzaj pielgrzymki, medytacji i próby samopoznania. To dotykanie świata zbudowanego z małych chwil, ulotnych momentów, kawałków pejzaży, zachowań poznanych ludzi czy drobnych wycinków z historii. To także próba zrozumienia jak ten świat się zmienia, jak zmieniamy się my sami, jak zmienia się cała cywilizacja. A najlepsze jest to, że te głębokie rozważania podane są niezwykle lekko i przystępnie, przy okazji pisania o rzeczach zwyczajnych i prostych. Ot, choćby o zasuszonym, leciwym listonoszu o ptasiej twarzy, który dostarcza autorowi listy i od czasu do czasu daje się namówić na kielicha, albo czy panującym akurat upale. Rewelacyjnie jest to napisane. Narracja sunie powoli i jakoś tak niezwykle elegancko. Język jest plastyczny, czasami wręcz poetycki (Nooteboom pisuje też wiersze) i wysmakowany, choć nie efekciarski. Wiele robi też specyficzny nastrój tej książki. Świetnie się ją czyta, aż trudno się oderwać. Polecam gorąco. Zwłaszcza rozdział o pewnej irlandzkiej wyspie i jej badaczu-kartografie. Delicje!