Jak to jest żyć bez ducha? Jak udowodnić morderstwo sprzed lat? Co się dzieje z ojcem po utracie dziecka? Dziś powieść, kryminał i elegia.

REKLAMA
Siergiej Minajew – „Duchless. Opowieść o nieprawdziwym człowieku.”
logo
Pierwsze zdanie: „Wszystko zaczyna się tutaj, w Moskwie”

Mam mieszane uczucia co do tej lektury. Z jednej strony czyta się ją bardzo dobrze, szybko (wciąga!), z zainteresowaniem, a nawet z przyjemnością choć przyjemnych tematów w niej nie ma. Napisane to jest więcej niż sprawnie – lekkie pióro, potoczysty styl, fajne porównania i metafory. Ale z drugiej strony już po kilkudziesięciu stronach wiesz, że sama treść, to nic odkrywczego, że to wszystko już gdzieś było (np. lata temu u Breta Eastona Ellisa czy naszego Vargi), że to taka kolejna standardowa opowieść i że nic cię w tej książce jeszcze nie zaskoczyło i już nie zaskoczy. Minajew napisał bowiem powieść, pokoleniowy pamflet, o cynicznym przedstawicielu kadry menadżerskiej międzynarodowej korporacji z branży spożywczej (Bonduelle?), który, choć jest nie głupi, totalnie marnuje swoje życie zanurzony po cebulki włosów w alkoholu i narkotykach. Bohater w pracy bywa zazwyczaj na gigantycznym kacu, a gdy ten minie, rzuca się w wir chaotycznej zabawy – modne kluby, restauracje, wciąganie w kolejnych kiblach kolejnych kresek koki, hektolitry whisky i przypadkowy seks z łatwym pannami. Później często urywa mu się film, ma zejście, kaca i masę przemyśleń. Piętnuje rosyjskie społeczeństwo, kipi do niego nienawiścią, ale wkurza się też na samego siebie. W ogóle irytuje go wiele rzeczy, żeby nie napisać prawie wszystko - od Stanów Zjednoczonych, które są wszystkiemu winne, poprzez transformację ustrojową, aż po zwykłych szaraczków i nieudaczników, których mija na ulicach. Nienawidzi świata i nienawidzi siebie za to kim się stał. Jest albo na haju albo wiecznie zdołowany, przeraźliwie samotny i tak naprawdę, to do końca nie wie czego chce. Wydaje mu się na przykłada, że pragnie pewnej kobiety, ale jak się okazuje wcale jej nie chce. Niszczy wszystko co ma dla niego jakąś wartość. Niby poszukuje w sobie tytułowego „ducha”, ale tak naprawdę żyje bez jakiegokolwiek celu. Kto nie czytał nigdy o takich looserach będzie tą pozycją zachwycony, ci którzy podobną tematykę przerobili już nie raz, będą pewnie podobnie jak ja trochę kręcić nosem.

Lotte & Soren Hammer – „Wszystko ma swoją cenę”
logo
Pierwsze zdanie: „Wszystko ma swoją cenę.”
To druga część cyklu kryminalnego duńskiego rodzeństwa z szefem wydziału zabójstw Konradem Simonsenem w roli głównej. Pierwszej pt. „Niegodziwcy”, co prawda nie czytałem, ale jeśli jest równie dobra jak jej następczyni, to będę musiał kiedyś do niej wrócić. To nieco nietypowy kryminał, bo o tym kto zabił dowiadujemy się dość szybko. Cały smaczek i cymesik w tym, żeby sprawcy to udowodnić. A wiadomo, jak to jest – nie ma twardych dowodów nie ma wniosku o zatrzymanie i nie ma kary – prawo jest nieugięte. Wszystko niby wydaje się proste, bo jedyny podejrzany morduje według konkretnego wzoru, uparcie trzymając się nawet drobnych detali, ale jak to w życiu bywa wszystko się gmatwa i komplikuje. Zaletą tej historii jest właśnie to, że jest taka realna. Tu nie ma naciągania i wymyślania niestworzonych rzeczy czy uatrakcyjniania fabuły na siłę. Tu wszystko jest bardzo prawdopodobne. Sprawą zajmują się ludzie z krwi i kości, a każdy z nich ma swoje mniejsze lub większe problemy i niedoskonałości. Nawet morderca jest w pewnym sensie taki „ludzki”. Rzeczywiście, to mogło by wydarzyć się naprawdę. Napięcie stopniowane jest umiejętnie, akcja cały czas wartko idzie do przodu, nie ma żadnych dłużyzn i niepotrzebnego bicia piany. Po prostu cały czas równy ścieg. Jest oczywiście jeszcze jedna kwestia z której słyną kryminały skandynawskich autorów – bardzo dobrze zarysowane tło społeczne. Reasumując „Wszystko ma swoją cenę” ma w sobie wszystko co powinien mieć porządny i zajmujący kryminał. Do połknięcia w dwa wieczory, choć to grubaśna cegła.

P.F.Thomese – „Cień mojego dziecka”
logo
Pierwsze zdanie: „Dziś postawiłem parkan.”
Podchodziłem do tej książki kilkukrotnie, jak przysłowiowy pies do jeża. Trwało to trochę, aż wreszcie zdecydowałem się przeczytać. Absolutnie nie żałuję, bo to pięknie napisana rzecz, ale po lekturze przez kilka dni „chorowałem” i musiałem resetować łeb. Objętościowo to pozycja bliska broszurce, ale jeżeli chodzi o ciężar gatunkowy, jest to waga superciężka. Lektura piekielnie trudna, porażająca emocjami, dotykająca najbardziej skrytych uczuć.
Autorowi, holenderskiemu pisarzowi zmarła malutka córeczka.
„I wtedy nadeszła chwila, w której mieliśmy zobaczyć, jak umiera.
Bezsenna nocna zmiana, dyżur prawie skończony, ożywiła się. Wokół jej łóżeczka zasunięto antywścibską zasłonę: tragiczna jednoaktówka mogła się w końcu rozpocząć.
Czułem że staję się kimś innym, kim jeszcze nie byłem.”
„Cień mojego dziecka”, to elegia poświęcona zmarłemu dziecku i próba zmierzenia się z wielkim bólem i tęsknotą. To przejmujący zapis cierpienia ojca, któremu zawalił się cały świat i który próbuje odnaleźć się w nim na nowo, ale zanim to zrobi przeżywa żałobę po dziecku, a czytelnik przeżywa ją razem z nim. Nie ma tu żadnego taniego sentymentalizmu i nachalnych prób wyciskania łez. A i owszem facet obnaża swoje uczucia, ale robi to po cichu, delikatnie, niepostrzeżenie, często gdzieś między wierszami. Pisze o umieraniu i śmierci, ale również o wielkiej miłości, bo to także rodzaj hołdu oddanego maleńkiej Isie. Pisze kapitalnie – oszczędnie, mądrze i bardzo poetycko. A ty czytasz, odczuwasz, współczujesz, starasz się z całych sił nie rozpłakać (miałem trzy takie momenty kiedy musiałem przerwać, zagryźć zęby i postarać się nie rozbeczeć jak dziecko - jechałem akurat autobusem), podziwiasz odwagę, doceniasz styl… i modlisz się w duchu, żeby cię nigdy coś podobnego nie dotknęło.