O Holokauście z perspektywy katów i zwykłych, małych ludzi w piętnastu zaskakujących i piekielnie mocnych opowiadaniach.
REKLAMA
Krystian Piwowarski – „Więcej gazu, Kameraden!”
Pierwsze zdanie: „Nagie kobiety.”
Jak się jest przysłowiowym molem książkowym lub innym maniakiem lektur, to oprócz tego że się dużo książek czyta, czyta się również sporo na ich temat. Często bywa tak, że człowiek naczyta się na temat jakieś książki i później gdy sam już przez nią przebrnie, to odczuwa pewien niedosyt, rozczarowanie, lub nie czuje się poruszony lekturą, tak jak by tego oczekiwał. Czytanie „o” przed osobistym zmierzeniem się z daną książką czasami nie jest więc zbyt dobrym zabiegiem. Niestety nie sposób przed tym uciec (patrz np. nachalna promocja najnowszej powieści Doroty Masłowskiej, którą już mam, ale z premedytacją jeszcze jej nie czytam – poczekam, aż opadnie kurz i pył, a MC Doris przestanie wyglądać z mojej lodówki), a poza tym na podstawie czegoś trzeba przecież te kolejne lektury dobierać, żeby omijać pozycje słabe. Sporadycznie natomiast bywa też tak, że wpada nam w ręce jakaś książka, o której mamy raczej zdawkowe pojęcie, nie czytaliśmy wcześniej nic tego autora i nie mamy wobec niej kompletnie żadnych większych oczekiwań - zaczynamy czytać i nagle Bang! Dostajemy takiego gonga, że ciężko się pozbierać. Jakże ja lubię takie akcje! Ostatnio miałem tak z „Gullo Gullo” Bulatovica i teraz ze zbiorem opowiadań Krystiana Piwowarskiego właśnie.
„Więcej gazu, Kameraden!”, to piętnaście opowiadań o Holocauście. Zresztą już sam tytuł zbioru sugeruje nawiązanie do Tadeusza Borowskiego i jego „Proszę państwa do gazu”, choć sam autor podaje jeszcze jako inspirację ostatnie słowa Goethego przed śmiercią - „Więcej światła!” Książek z Zagładą w roli głównej lub w jej tle było całe multum. Różnych i przeróżniastych. Ta Krystiana Piwowarskiego może nie odkrywa jakiś zupełnie nowych kierunków w sposobie zmierzenia się z tematem, ale należy na pewno do tych bardziej oryginalnych i nietuzinkowych. Otrzymujemy bowiem krótkie mikro historie przedstawione z perspektywy katów. I to nie tylko Niemców, ale także Polaków i Ukraińców. U Piwowarskiego sama demoniczna Machina Zagłady i towarzyszące jej bestialstwo schodzą na drugi plan - na pierwszym są za to ci zwykli, szarzy, mali ludzie. Tacy, którzy kompletnie zobojętnieli na to co dzieje się wokół nich i tylko biernie się przyglądają, ci którzy pozbawieni moralności chcą jeszcze przy okazji coś zarobić, a także tacy, którzy po prostu ślepo wykonują rozkazy nie zatruwając sobie myśli jakąkolwiek refleksją. Okazuje się, że takie ukazanie problemu - nie przez kolejne podkreślenie jego ogromu, liczby, fakty, okrutne sceny, bezwzględne opisy i cały ten tragiczny sztafaż - tylko poprzez mikro historie, obrazki, wycinki dotyczące uśmiercania Żydów, robi niesamowite wrażenie na czytelniku. Przynajmniej na mnie zrobiło. Bo o wielkich rzeczach lepiej jest nie trąbić a mówić szeptem, spokojnie i aluzyjnie.
Już otwierające cały zbiór opowiadanie sprawiło, że aż przysiadłem z wrażenia. W „Kobiety na łące i ja” mamy bowiem opisane w pierwszej osobie, seksualne fantazje esesmana na temat nagich kobiet pędzonych na śmierć. Przemyślenia, spostrzeżenia tego Niemca, fakt iż to co widzi, to czym się nakręca doprowadza go do stosowania odprężającego onanizmu, a także sama narracja powodują, że włos jeży się na głowie. Dosłownie. I takich momentów jest tutaj więcej. W „Nieporozumieniu” skończyło się drewno do palenia w kotle lokomotywy, Niemcy postanawiają więc palić w nim ciałami zabitych dzieci. W „Brzuch, który się trząsł” Niemiec Andreas i wybitny prymityw Ukrainiec Mykoła najpierw wykonują „lekką robotę” czyli obsługują komorę gazową, a później podczas obiadu ten ostatni przyznaje się, że przetrwał wielki głód na Ukrainie jedząc swoją siostrę. Brzmi to wszystko okropnie, odpychająco i wybitnie makabrycznie, ale Piwowarski pisze o tym tak jakby przy okazji, mimochodem. Zło jest u niego jakieś takie zbanalizowane, normalne, naturalne i wynika jedynie z indywidualnych postaw i wyborów. Bywa też, że niektórych okrucieństw trzeba się wręcz domyślać. Nic tu nie jest podane wprost na tacy. I to właśnie poraża i robi na czytelniku tak wielkie wrażenie.
Ale to nie wszystko. Poza tymi najbardziej wyrazistymi, makabrycznymi mikro historiami są też opowiadania o nieco zawoalowanej, niejednoznacznej czy wręcz ukrytej treści. Jak choćby w „Poranku Herzberga”, dotyczącego niejasnej śmierci młodego esesmana, arystokraty, którego znaleziono w komorze gazowej zespolonego z nagim ciałem mężczyzny – homoseksualne uczucie czy samobójstwo? W „Buty i inne przedmioty” mamy Niemca, pracownika krematorium, targanego wyrzutami sumienia, który w drodze do „pracy” otumaniając się wódką wchodzi w las gdzie szuka śmierci i odkupienia. „Lalunia i elf”, to z kolei obrazek Polaków plądrujących domy po wymordowanych Żydach napisany niczym dziecięca bajka z pozycji ukrywającego się na strychu rodzeństwa maluchów. Albo wprost niesamowite i przerażające, jak opowiadanie grozy, „Nazwij to po swojemu”, w którym układający w dole warstwami ciała zabitych żołnierz, zapada się w nie i przez chwile nie może się z nich uwolnić.
Trzeba koniecznie zaznaczyć, że kapitalnie jest to napisane. Opowiadania trzymające równy, wysoki poziom (może ze dwa, góra trzy są nieco słabsze), są krótkie, klarowne i kompletne. Zdania mamy tu nieskomplikowane, zwarte i bardzo konkretne. Nie ma kombinowania, dopieszczonych środków stylistycznych, wydaje się nawet, że nie ma tu żadnych zbędnych słów, wszystko trafia idealnie w punkt. Narracja prowadzona jest niezwykle umiejętnie. I jeszcze te fantastyczne zakończenia – tam gdzie trzeba mamy mocne, wyraziste puenty, a kilka innych opowiadań kończy się jakąś taką intrygującą nieoczywistością. Naprawdę wielka literacka klasa. Zaskakująca tym bardziej, że do tej pory pisarz ten był dla mnie kompletnie anonimowy.
Autor w posłowiu napisał: „W Polsce o Zagładzie mówi się językiem nauki i publicystyki, bardzo mało językiem literatury. Stała się ona w umysłach młodych ludzi, jak niegdyś w moim, fragmentem dziejów odległych i cudzych, niepodlegających ocenie moralnej ani wnioskowaniu na przyszłość. A nie chciałbym, żeby tak pozostało.” Dzięki takim książkom na pewno tak nie pozostanie.
Przeczytajcie Piwowarskiego! Koniecznie!
Przeczytajcie Piwowarskiego! Koniecznie!
Literackie tropy: Od opowiadań Tadeusza Borowskiego po Jonathana Littella i jego „Łaskawe”.
Inne tropy: nie ma innych tropów, nie są tu potrzebne.
