Dziś w trzech szybkich: epicka powieść tragiczno-melancholijna, dynamiczna relacja kobiety z wojen i zajmujący zbiór listów pisarza-podróżnika
REKLAMA
Klas Ostergren – „Gentlemani”
Pierwsze zdanie: „W Sztokholmie szemrze teraz pewnie monotonny deszcz wiosenny - teraz, w Międzynarodowym Roku Dziecka, roku wyborów 1979.”
O „Gentlemanach” i drugiej części tej powieści, „Gangsterach”, naczytałem się jakiś czas temu sporo dobrego, na wielu portalach i blogach książkowych. Ostrzyłem sobie zęby na obie te książki, zwłaszcza że są wprost cudownie i bardzo oryginalnie wydane (odsłonięty grzbiet, treść zaczyna się już na okładce), ale skutecznie odstraszała mnie ich cena – 49 zł za sztukę, to dla wielbiciela literackieckiego second handu trochę sporo. Jakież więc było moje zdziwienie (bo to pozycje stosunkowo świeże, z drugiej połowy 2011 r.) gdy mniej więcej dwa miesiące temu, podczas rytualnej wizyty na Taniej Książce przy Chmielnej natknąłem się na obie części po 14,50 zł. sztuka! Wziąłem szybko dwa zestawy – dla siebie i przyjaciela. Po czym z wybitnie pobudzoną ciekawością „Gentlemanów” szybko przeczytałem i jak to czasami bywa gdy człowiek naczyta się przed przeczytaniem i wyobraża sobie Bóg wie co, ciut się rozczarowałem. Ale tylko dlatego, że dostałem nie to czego się spodziewałem.
Owszem jest to napisane więcej niż sprawnie. To rozbudowana, wielowątkowa, klasyczna, epicka powieść psychologiczno-obyczajowa. Z pełnokrwistymi, ciekawymi i mającymi swoje tajemnice bohaterami, wśród których prym wiedzie Henry Morgan – życiowy miglanc i notoryczny kłamca. Z wiernie i interesująco oddany tłem społeczno-politycznym Szwecji, z naciskiem na rewoltę w 1968 roku. Z zajmującą intrygą sensacyjno-kryminalną. STOP.
I tu się celowo zagalopowałem. W tym ostatnim zdaniu. O sensacyjno-kryminalnym wątku czytałem właśnie chyba w każdym tekście na temat tej książki. Ba! Używano również określenia - powieść łotrzykowska. A tu wątek kryminalny jest, ale dopiero gdzieś na drugim planie i podany mocno powściągliwie, a co do powieści łotrzykowskiej, to owszem szuka się tam mitycznego skarbu w tajemniczych podziemiach, ale emocji przy tym tyle co na grzybobraniu. To jest naprawdę dobra powieść, ale zupełnie nie o tym. Ostergrena bardziej zajmuje rozmach w opisywaniu wszystkiego wokół, niż tego co się dzieje lub ma się dziać. On bardziej zgłębia psychologię postaci niż stara się zapewnić nam wartką akcję. Tam „akcja” przydarza się dopiero jakby na drugim planie. To taka historia w historii, z licznymi odwołaniami do przeszłości, które sięgają kilkudziesięciu lat wstecz. Ze wspomnianym już świetnie zarysowanym tłem społeczno-politycznym. I z cudnie oddanym duchem epoki, w której z jednej strony rządziła miłość i poezja, a z drugiej jazz i boks. W końcu „Gentlemani”, to w gruncie rzeczy powieść mocno melancholijna i tragiczna. A ja głupi naczytawszy się przed, spodziewałem się jakiś fajerwerków, dynamicznej akcji i skomplikowanej intrygi! Choć trzeba oddać, ze fajerwerki jednak są, przepraszam – język jakim jest ta książka napisana, a zwłaszcza te odjechane porównania, metafory, poetyckie frazy czy niesztampowe poczucie humoru, zasługują na najwyższe uznanie.
Owszem jest to napisane więcej niż sprawnie. To rozbudowana, wielowątkowa, klasyczna, epicka powieść psychologiczno-obyczajowa. Z pełnokrwistymi, ciekawymi i mającymi swoje tajemnice bohaterami, wśród których prym wiedzie Henry Morgan – życiowy miglanc i notoryczny kłamca. Z wiernie i interesująco oddany tłem społeczno-politycznym Szwecji, z naciskiem na rewoltę w 1968 roku. Z zajmującą intrygą sensacyjno-kryminalną. STOP.
I tu się celowo zagalopowałem. W tym ostatnim zdaniu. O sensacyjno-kryminalnym wątku czytałem właśnie chyba w każdym tekście na temat tej książki. Ba! Używano również określenia - powieść łotrzykowska. A tu wątek kryminalny jest, ale dopiero gdzieś na drugim planie i podany mocno powściągliwie, a co do powieści łotrzykowskiej, to owszem szuka się tam mitycznego skarbu w tajemniczych podziemiach, ale emocji przy tym tyle co na grzybobraniu. To jest naprawdę dobra powieść, ale zupełnie nie o tym. Ostergrena bardziej zajmuje rozmach w opisywaniu wszystkiego wokół, niż tego co się dzieje lub ma się dziać. On bardziej zgłębia psychologię postaci niż stara się zapewnić nam wartką akcję. Tam „akcja” przydarza się dopiero jakby na drugim planie. To taka historia w historii, z licznymi odwołaniami do przeszłości, które sięgają kilkudziesięciu lat wstecz. Ze wspomnianym już świetnie zarysowanym tłem społeczno-politycznym. I z cudnie oddanym duchem epoki, w której z jednej strony rządziła miłość i poezja, a z drugiej jazz i boks. W końcu „Gentlemani”, to w gruncie rzeczy powieść mocno melancholijna i tragiczna. A ja głupi naczytawszy się przed, spodziewałem się jakiś fajerwerków, dynamicznej akcji i skomplikowanej intrygi! Choć trzeba oddać, ze fajerwerki jednak są, przepraszam – język jakim jest ta książka napisana, a zwłaszcza te odjechane porównania, metafory, poetyckie frazy czy niesztampowe poczucie humoru, zasługują na najwyższe uznanie.
Anna Wojtacha – „Kruchy lód”
Pierwsze zdanie: „Jest mroźne lutowe przedpołudnie.”
Książka podobna nieco tematyką do opisywanego niedawno „Bractwa Bang Bang”. I tam i tu poznać możemy od podszewki pracę korespondentów wojennych. Tyle, że tu zamiast facetów biegających z aparatami, mamy kobietę, za którą biega operator z kamerą. I to już jest niezmiernie ciekawe, bo przyjęło się myśleć, że wojna to raczej męskie zajęcie, podobnie jak zawód korespondenta. Tam celem było zrobienie mocnych zdjęć z samego jądra walk, tu godzinami trwają przygotowania do telewizyjnego wejścia na żywo. Co nie oznacza bynajmniej, że tu dzieje się mniej niż tam.
Anna Wojtacha, korespondentka wojenna TVP Info przybliża kilka konfliktów zbrojnych, które miała okazję relacjonować. Mamy więc najbardziej rozbudowany, a zarazem najbardziej przejmujący opis wojny w Gruzji, nieustającą wymianę ognia miedzy Izraelem a Palestyną w strefie Gazy, realia Afganistanu i krótkie relacje z zamachów terrorystycznych w Indiach i Tajlandii. Sam początek tej książki nie za bardzo mi się podobał, autorka za dużo pisała w nim bowiem o sobie, a ja nie przepadam gdy w książkach reporterskich zbyt wiele jest autora. Na szczęście Wojtacha szybko przestaje skupiać się na sobie i zaczyna relacjonować. A robi to może nieco inaczej niż przywykłem, ale trzeba przyznać bardzo, bardzo sprawnie.
Przede wszystkim jest prosto i do przodu. Tutaj wciąż goni się za wydarzeniami i w związku z tym nie ma mowy o jakiejś wielkiej literackości tekstu czy zabiegach stylistycznych. W „Kruchym lodzie” liczy się konkret, szczerość i bezkompromisowość. Wartka narracja i dynamizm opisów to zalety tej książki, która nie wiadomo kiedy wciąga na całego i czyta się ją błyskawicznie. Okazuje się też, że Wojtacha to taka równiacha i swoja babka - jest twarda, klnie jak szewc, w piciu wódki i whisky nie ustępuje facetom, a bywa czasem nawet tak, że ma od nich "większe jaja"! Czuje się do niej dużą sympatię. I szacunek.
Mimo tego, że to szybkie smecze i krótkie piłki na koniec zapodaję dłuższy cytat, bo ten fragment jest przejmujący, a dodatkowo bardzo mnie wzruszył:
Anna Wojtacha, korespondentka wojenna TVP Info przybliża kilka konfliktów zbrojnych, które miała okazję relacjonować. Mamy więc najbardziej rozbudowany, a zarazem najbardziej przejmujący opis wojny w Gruzji, nieustającą wymianę ognia miedzy Izraelem a Palestyną w strefie Gazy, realia Afganistanu i krótkie relacje z zamachów terrorystycznych w Indiach i Tajlandii. Sam początek tej książki nie za bardzo mi się podobał, autorka za dużo pisała w nim bowiem o sobie, a ja nie przepadam gdy w książkach reporterskich zbyt wiele jest autora. Na szczęście Wojtacha szybko przestaje skupiać się na sobie i zaczyna relacjonować. A robi to może nieco inaczej niż przywykłem, ale trzeba przyznać bardzo, bardzo sprawnie.
Przede wszystkim jest prosto i do przodu. Tutaj wciąż goni się za wydarzeniami i w związku z tym nie ma mowy o jakiejś wielkiej literackości tekstu czy zabiegach stylistycznych. W „Kruchym lodzie” liczy się konkret, szczerość i bezkompromisowość. Wartka narracja i dynamizm opisów to zalety tej książki, która nie wiadomo kiedy wciąga na całego i czyta się ją błyskawicznie. Okazuje się też, że Wojtacha to taka równiacha i swoja babka - jest twarda, klnie jak szewc, w piciu wódki i whisky nie ustępuje facetom, a bywa czasem nawet tak, że ma od nich "większe jaja"! Czuje się do niej dużą sympatię. I szacunek.
Mimo tego, że to szybkie smecze i krótkie piłki na koniec zapodaję dłuższy cytat, bo ten fragment jest przejmujący, a dodatkowo bardzo mnie wzruszył:
„Jeroen nadal nie wierzy w śmierć przyjaciela i woła go. To jest wstrząsające. Adrian stoi niedaleko z włączoną kamerą. Nagle Jeroen odwraca się i wali pięścią w obiektyw. Jest wściekły, że filmujemy moment, kiedy dowiaduje się o śmierci partnera. Potem będzie nas przepraszał. Piotr chwyta go pod ręce i razem z sanitariuszami prowadzi do kostnicy. Jeroen od razu podbiega do betonowego stołu, na którym ułożono ciało Stana. Wyje. Wyje jak ranione zwierze i tuli przyjaciela. Przytula jego głowę do swojej piersi i powtarza jego imię. Całuje go po twarzy i płacze. Zakrywam twarz dłońmi. Krzyk Jaroena przeszywa mnie na wylot. Dopiero po chwili rozglądam się po kostnicy. Nieduże wybetonowane pomieszczenie. Żadnych lodówek, półek na ciała. Tylko ten jeden betonowy stół na środku. Wokół ciała rzucone jak zepsute lalki z otwartymi ustami i brzuchami. Stoję w drzwiach kostnicy i nie mogę przestać patrzeć, jak Jeroen przytula głowę martwego Stana. Za plecami słyszę jednak poirytowany głos faceta z karetki, który przepycha się obok mnie, niosąc kolejne ciało. Kolejną lalkę z otwartym brzuchem. Kolejnego człowieka, którego imienia nawet nie znam. Jego ręka, wystająca sztywno, dotyka mojej nogi. Rozpoczyna się kolejny nalot. Chcę do domu.”
Bruce Chatwin – „Pod słońcem”
Pierwsze zdanie: „Kochani Mamusiu i Tatusiu, szkoła jest śliczna.”
Dzięki Wydawnictwu Świat Książki, wielbiciele talentu Bruce Chatwina (w tym i niżej podpisany) mają pod koniec bieżącego roku same powody do radości. Dopiero co miała premierę „Anatomia niepokoju” czyli zbiór jego pism zebranych z lat 1969-1989 http://mikolajmarszycki.natemat.pl/34471,trzy-szybkie-smecze – pewnego rodzaju sięgnięcie do szuflady autora. A teraz zaglądamy w tą szufladę jeszcze głębiej i dostajemy prawdziwy rarytas – opasły, kompletny zbiór listów pod tytułem, który Chatwin chciał wykorzystać dla powieści, której nigdy nie napisał - „Pod słońcem”. Chatwin listy pisał niemalże przez całe życie – często i chętnie, obszerne, szczegółowe i zwyczajnie interesujące. Pierwszy, już jako kilkulatek w 1948 roku ze szkoły do rodziców, ostatni podyktowany żonie Elizabeth, tuż przed samą śmiercią na AIDS. Otrzymujemy więc swego rodzaju autobiografię w formie listów. Dowiadujemy się z nich jakim ten wieczny nomada był człowiekiem. Bo jakim pisarzem, to już wiemy dobrze od lat z jego książek. A okazuje się, że człowiekiem łatwym nie był. Był samolubny i skupiony na sobie. Żona, którą notorycznie zdradzał z kochankami, wiele rzeczy robiła za niego, a on wysługiwał się nią jak tylko mógł. Był skąpy i chytry, ale bynajmniej nie ukrywał tego – w liście do przyjaciela, znanego reżysera Jamesa Ivory’ego pisał - „Ja od czterech lat nie zarobiłem właściwie ani pensa, chociaż jakoś utrzymuję się przy życiu – to połączenie skąpstwa z chytrością, nic więcej.” Często zmieniał zdanie i opinię. Był też swego rodzaju dziwakiem i ekscentrykiem – np. podczas pobytu w Oregonie widziano go jak wędrował szlakiem turystycznym, kompletnie nago (no dobra, miał buty) z wianuszkiem kwiatów na przyrodzeniu!
Ale był też postacią niezwykle fascynującą i niezwykłą. Był totalnie oddanym podróżowaniu, współczesnym nomadą. Piekielnie inteligentnym i mądrym. Bardzo wrażliwym i emocjonalnym. Z fajnym poczuciem humoru. „Pod słońcem”, to również kopalnia ciekawostek o nim (np. jego pierwsza napisana, a nie wydana nigdy książka o nomadach była podobno męką do czytania, aż tak okropną, że odradzano mu dalsze pisanie w ogóle) oraz ciekawe świadectwo czasów, w których żył. Świetna lektura, która zajmuje i czyta się ją z dużym zainteresowaniem - bardzo udanym zabiegiem jest opatrzenie listów Chatwina, komentarzami jego żony, która wiele rzeczy wyjaśnia i tłumaczy, co powoduje że czyta się je bardzo płynnie. Tak jak „Anatomię niepokoju” polecałem głównie fanom Chatwina, tak „Pod słońcem” rekomenduję nie tylko im (i tak pewnie już mają) czy miłośnikom gatunku, ale po prostu wszystkim. Warto.
Ale był też postacią niezwykle fascynującą i niezwykłą. Był totalnie oddanym podróżowaniu, współczesnym nomadą. Piekielnie inteligentnym i mądrym. Bardzo wrażliwym i emocjonalnym. Z fajnym poczuciem humoru. „Pod słońcem”, to również kopalnia ciekawostek o nim (np. jego pierwsza napisana, a nie wydana nigdy książka o nomadach była podobno męką do czytania, aż tak okropną, że odradzano mu dalsze pisanie w ogóle) oraz ciekawe świadectwo czasów, w których żył. Świetna lektura, która zajmuje i czyta się ją z dużym zainteresowaniem - bardzo udanym zabiegiem jest opatrzenie listów Chatwina, komentarzami jego żony, która wiele rzeczy wyjaśnia i tłumaczy, co powoduje że czyta się je bardzo płynnie. Tak jak „Anatomię niepokoju” polecałem głównie fanom Chatwina, tak „Pod słońcem” rekomenduję nie tylko im (i tak pewnie już mają) czy miłośnikom gatunku, ale po prostu wszystkim. Warto.
