Od wciągającej akcji, fabularnego tła, kapitalnych postaci, jeszcze lepszego języka, przerażającego oddania grozy, aż po mądre i odważne portretowanie społeczeństwa, jego przywar i dziwactw - w nowej powieści Joanny Bator.

REKLAMA
Joanna Bator – „Ciemno, prawie noc”
logo
Pierwsze zdanie: „Poruszałam się po śladach zostawionych przed laty, zdziwiona, że moje stopy ciągle do nich pasują.”
Wydawnictwo W.A.B. przyłożyło szczęśliwie rękę do moich dwóch największych czytelniczych zaskoczeń tego roku w polskiej prozie. Palmę pierwszeństwa oddaję co prawda Krystianowi Piwowarskiemu i jego „Więcej gazu, Kameraden!”, bo to był prawdziwy nokaut, ale tuż za nim ustawiam najnowszą powieść Joanny Bator „Ciemno, prawie noc” - również ze „stajni” W.A.B. Przy Bator zaskoczenie nie było może, aż tak doniosłe jak przy Piwowarskim, bo w końcu wiedziałem kto acz, co do tej pory autorka napisała (dwie powieści „Piaskowa góra” i „Chmurdalia” oraz „Japoński wachlarz”), że była nominowana do Nike, że wszyscy chwalą itd. Natomiast do tej pory nic tej pisarki nie czytałem – Japonia mnie kompletnie nie interesuje, a do jej dotychczasowych powieści też mnie jakoś specjalnie nie ciągnęło. Przeczytawszy tylko tu i ówdzie o czym są stwierdziłem, że są raczej nie dla mnie.
Na „Ciemno, prawie noc” skusiłem się jednak - aczkolwiek nie bez pewnych obaw – ponieważ miała to być powieść z mocnym wątkiem kryminalnym. Wspomniane obawy wynikały z przypadku „Drwala” Michała Witkowskiego, który też miał być kryminałem, a raczej nim nie był. W mocno wychwalanej (co mnie niezmiennie dziwi do tej pory) książce Witkowskiego dobre były tylko momenty, natomiast u Bator dobra jest całość. A tam dobra - bardzo dobra! I zapowiadany wątek kryminalny też jest. Choć „Ciemno, prawie noc” kryminałem nie jest, jeśli już to raczej gotycką powieścią grozy. Żeby nie napisać horrorem. Ale również powieścią inicjacyjną. Tudzież dramatem i satyrą. Z wątkiem romansowym. Taaaak. Na tych pięciuset stronach wiele się dzieje. To powieść wielowątkowa, zbudowana z wielu pozornie nieprzystających do siebie części, ale podana z takim wyczuciem i maestrią, że wszystko tworzy zaskakująco spójną, wybitnie wciągającą całość.
Zaczyna się wszystko od wątku kryminalnego. Oto do rodzinnego Wałbrzycha wraca po piętnastu latach Alicja Tabor – dziennikarka z Warszawy. W zapyziałym, biednym, mrocznym i przerażającym Wałbrzychu od jakiegoś czasu giną bez śladu kilkuletnie dzieci. Alicja chce rozwiązać zagadkę tych zniknięć i napisać o nich reportaż. Jednocześnie wraca zmierzyć się z traumą dzieciństwa i młodości - jej matka umarła gdy była mała, ukochana siostra Ewa popełniła samobójstwo, a ojciec poświecił się bez reszty poszukiwaniom mitycznego skarbu w podziemiach górującego nad miastem, posępnego zamku Książ. Bohaterka chce odkryć, to co zostało ukryte by dowiedzieć się kim tak naprawdę jest. I im bardziej będzie zagłębiać się w śledztwo dotyczące zaginionych dzieci, tym więcej pojawi się demonów z jej przeszłości, tym więcej dowie się na temat swoich korzeni i tego jak to naprawdę było. A prawda o jej rodzinie i jej samej okaże się zaskakująca. I to bardzo. Ale o tym sza!
logo
Joanna Bator Foto: michurski.pl
Tymczasem w tym naprawdę upiornym Wałbrzychu dzieje się coraz gorzej. Rośnie gniew i nienawiść w stosunku do wszystkich obcych – od Cyganów po wszelakie niesprecyzowane, nienazwane i nienamacalne wrogie siły. Pojawia się samozwańczy prorok, który rzekomo rozmawiał z Matką Boską Wałbrzyską. Gdy ten umiera, od razu zastępuje go inny, zły i cyniczny kombinator, który organizuje zbiórkę pieniędzy na budowę wielkiego pomnika Matki Boskiej Bolesnej z zaginionymi dzieciątkami. Rozkręca się na całego szalona i agresywna karuzela katolicko-najconalistyczna (łącznie z handlowaniem ludzkimi kośćmi jako relikwiami), w której bez problemu można odnaleźć aluzje do posmoleńskiej traumy. Z jednej strony zewsząd wyłażą okropne i złe „kotojady” o których siostra Alicji, Ewa mawiała tak: „Istnieją naprawdę, ale jeśli powiem, że kotojady to te i te osoby, to będzie za mało. One nigdy nie są po prostu tylko panem X albo panią Y. Są jak kłącza. Potrafią w uśpieniu przetrwać zimę, potrafią przetrwać ogień.” A z drugiej pojawiają się i znikają jak duchy „kociary”, nierzeczywiste postaci, które niosą pomoc w najmniej spodziewanych momentach. Jest gęsto, duszno, mroczno i straszno. Przerażająco.
Fantastycznie jest to wszystko opisane. Na najwyższe uznanie zasługuje wspomniane już zlepienie wielu wątków, licznych retrospekcji i szkatułkowych opowieści w opowieści, w jedną zwartą historię. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił język. Bator ma niesamowite ucho do portretowania i oddawania specyfiki różnorakich bohaterów właśnie poprzez ich język. Czy są to członkowie internetowego forum (świetne rozdziały pt. „Bluzg”), czy babcia jednego z zaginionych dzieci „starsza pani karmiąca, uzbrojona w chochlę i tłuczek, żyjąca w kuchni tak, jak inne stworzenia żyją w lesie albo w morzu” Zofia Socha czy też żałosny dyrektor miejscowego Domu Dziecka – język każdej z tych osób jest tak, realny, rzeczywisty i prawdziwy, że galeria drugoplanowych postaci tej powieści (a jest ich naprawdę wiele), to rewelacyjny zestaw pasjonujących ludzi z krwi i kości. I te celne opisy szaro-burej rzeczywistości Polski B, liczne trafne spostrzeżenia w stylu „Bieda brzmi wszędzie tak samo, a jeden z jej dźwięków to wysysanie resztek z dziurawych zębów, spod byle jak zrobionych koronek, zasysanie i cmok, cmok.” czy też ta przerażająco-genialna scena rozszarpywania i pożerania zwłok na wałbrzyskim rynku. Co tu dalej pisać, całość jest na najwyższym poziomie – od wciągającej akcji, fabularnego tła, kapitalnych postaci, jeszcze lepszego języka, przerażającego oddania grozy, aż po mądre i odważne portretowanie społeczeństwa, jego przywar i dziwactw.
Bator rządzi!

Literackie tropy: „Weiser Dawidek” Paweł Huelle, „Madame” Antoni Libera - jeżeli chodzi o warstwę inicjacyjną i „Tajemnice zamku Udolpho” Anny Radcliffe – w warstwie gotyckiego horroru.
Inne tropy: A takie coś znalazłem