Soukupova, Balla i Murakami czyli unia czesko-słowacko-japońska.

REKLAMA
Haruki Murakami – „Zniknięcie słonia”
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy ta kobieta zadzwoniła, akurat stałem w kuchni, pilnując makaronu.”
Nie jestem fanem powieści tego niezwykle popularnego Japończyka. Coś tam kiedyś próbowałem czytać i jakoś nie przekonało mnie do siebie to jego pisanie. Natomiast jestem fanatykiem opowiadań i z krótkimi formami literackimi Murakamiego, zapoznaję się zawsze, niejako z urzędu. W obrębie wspomnianej materii jego „Wszystkie Boże dzieci tańczą” były takie sobie, raczej średniawe, ale już „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” naprawdę mi się podobała. Wybór opowiadań z lat 80-tych i 90-tych pt. „Zniknięcie słonia” umieściłbym gdzieś między wspomnianymi zbiorami. No dobra – raczej bliżej „Ślepej wierzby” niż „Bożych dzieci”. Jak i o czym pisze ten literacki celebryta, to już chyba wiadomo, bo mniej więcej zawsze o tym samym – samotność, zagubienie, nie radzenie sobie z uczuciami, mniej lub bardziej skomplikowane relacje międzyludzkie, wielkomiejska pustka, dziwacy, wariaci, zwierzęta i magia, a także oniryzm, wątki fantastyczne, normalność kontra nierealność i surrealizm. Wszystko to podane w prosty, przystępny, lekki a nawet rozrywkowy sposób. Nie inaczej jest w „Znikającym słoniu” - bardzo dobrze i szybko się go czyta, choć jest trochę nierówny, bo opowiadania dobre (np. „Sprawa rodzinna”) lub bardzo dobre („Ostatni trawnik popołudnia” i „Tańczący karzeł”) przeplatają się z mniej udanymi jak „Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety” czy „Zielony zwierz”. Może co do dłuższych form mnie nie przekonał, ale jeżeli chodzi o opowiadania, to trzeba przyznać, że z Murakamiego jest dość sprawny macher. Ba, podobają mi się nawet bardzo takie momenty:
„Za oknem co pewien czas przelatywały różne przedmioty. Ze wschodu na zachód poleciało, jak jakiś czarodziej przygotowujący eliksir z korzonków, białe prześcieradło. Długi i wąski szyld z cienkiej blachy, wyginał swój wątły kręgosłup jak entuzjasta seksu analnego.”
Oraz takie odjechane tytuły opowiadań jak „Upadek cesarstwa rzymskiego, powstanie Indian w 1881 roku, napaść Hitler na Polskę, oraz świat miotany wichrem.”
Powyższy cytat, to właśnie z tego opowiadania.

Balla – „Podszepty”
logo


Pierwsze zdanie:
„Rozmawiałem z facetem, który, schylony pod kuchennym blatem, naprawiał mi hydraulikę.”
Tylko kim jest tak naprawdę ten hydraulik z pierwszego zdania – Bogiem zapowiadającym potop? Czemu narrator tego króciutkiego opowiadania, tak gęsto mu się tłumaczy? Jak rozumieć tytułowe „Podszepty”, w których aż roi się od możliwości interpretacyjnych, zagadek i ukrytych sensów? O co w ogóle temu Balli chodzi? Słowak, o którym pisałem już kiedyś tu: http://mikolajmarszycki.natemat.pl/4897,marna-walka-o-poprawienie-swiata dalej zdumiewa i niezmiennie stawia czytelnika w stan osłupienia. Jego dziwne i zakręcone opowiadania będące po trosze opowiastkami filozoficznymi i metafizycznymi, nieustannie zmuszają do myślenia. Sprawiają, że człowiek plącze się podczas ich lektury na styku rzeczywistości i jakiegoś innego nienazwanego bytu, o którym najłatwiej napisać, że jest jakimś niepokojąco surrealistycznym snem, ale wiadomo przecież, że nie o takie jedynie oniryczne odloty tu chodzi. U Balli tych światów i płaszczyzn jest bowiem dużo więcej. Bo Ball lubi gmatwać. Lubi smutek, mroczne klimaty i czarny humor. Ale lubi też nagle rozwiać te opary absurdu i pójść w gorzki realizm. Zapodać coś w ten deseń „Nagrody literackie, włącznie z tą Noblowską, zbyt często bywają premią za całożyciową klęskę.” To trochę taki Keret, Topor i Kafka w jednym. Tyle tylko, że bardziej. Powtórzę to co napisałem już recenzując jego poprzedni zbiór opowiadań, „Świadka” – Balla jest trudny i nie jest dla wszystkich. Ale jest też wyjątkowy. I to jest w nim pociągające. A jedyne zastrzeżenie jakie mam do „Podszeptów”, to to, że tak szybko się kończą. I jeszcze na koniec taki fragment z opowiadania pt. „Cvergli”, które podobało mi się najbardziej, a którego główny bohater mieszka ze swoją kobietą, Elżbietą w walizce (!):
„I zaczęła w swoim partnerze zamieszczać potajemnie mechaniczne cząsteczki. Podczas skomplikowanych i dość niebezpiecznych zabiegów wnikała mu głęboko pod skórę. Manewrowała między jego małymi, ale życiowo istotnymi organami i to tu, to tam dodawała do któregoś z nich połyskujący metalowy element, a czasem już i nawet cały wydajny mechanizm, potrafiący się sam rozrastać i przyłączać do siebie kolejne urządzonka, albo rozmieszczać swoje własne wspierające satelity po całym organizmie, nie omijając centrali, czyli mózgu. (...) Elżbieta pracowała po cichu. Urządzenia, które umieszczała w jego ciele, wybierała z rozchylonego przyrodzenia. Rodziły się w niej całkiem spontanicznie, jak zwykle, gdy kobieta buduje swój solidny stosunek do męża.”

Petra Soukupova – „Zniknąć”
logo
Pierwsze zdanie: „Mamy sierpień, ale rano jest zimno, a w powietrzu pachnie już jesienią.”
Petra Soupkova, to młoda czeska pisarka, bardzo popularna i doceniana u naszych południowych sąsiadów. „Zniknąć”, druga pozycja w jej literackim dorobku, została wybrana nawet książką roku w Czechach. Nie mam pojęcia jaką miała konkurencję, ale mógł być to w pełni uzasadniony wybór, bo to naprawdę dobra książka jest. Dostajemy trzy długie nowele, opowiadane głównie z perspektywy dzieci, a dotyczące skomplikowanych relacji rodzinnych. Temat może już ograny, ale rzecz w tym jak to jest napisane! Soukupova używa specyficznej narracji – to prosta acz bardzo precyzyjna, oszczędna, beznamiętna, momentami wręcz zimna relacja. Żadnego silenia się i napinania na jakieś efektowne zabiegi stylistyczne, żadnego wyrafinowania. Tu nawet o najbardziej bolesnych i intymnych sprawach mówi się ot tak, zwyczajnie, bez ściemniania i uników, prosto z mostu, jak to często w życiu bywa. Do tego autorka stosuje liczne retrospekcje i równie często zmienia narratora. Tak jak wspominałem głównie są to dzieci, ale Soukupova gdy czuje, że trzeba pokazać problem z perspektywy innych uczestników zdarzeń, nie ma żadnych obiekcji żeby przenieść środek ciężkości na kolejną postać. Może się to wydawać początkowo pewną niedogodnością, ale te zmiany są bardzo płynne i nie powodują żadnych zgrzytów w fabule. Pierwsza historia pt. „Zniknął” zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Zwykła rodzina dwa plus dwa. Z tym, że zamiast klasycznej parki mamy dwóch nie przepadających za sobą braci. Starszego, który jest oczkiem w głowie niespełnionego taty-sportowca i młodszego Kubę, potrzebującego ojca równie mocno jak jego brat, a który póki co jest klasycznym synkiem mamusi. Błędy wychowawcze, brak kontaktu, faworyzowanie jednego a ignorowanie drugiego syna, zaspokajanie własnych ambicji kosztem dziecka, to oczywiście nic chwalebnego, ale nie jest to jeszcze jakaś straszna tragedia. Ta zdarzy się trochę później i wtedy cała rodzina rozleci się w drobny mak. Nie chcę zdradzać cóż tam takiego się wydarzy, żeby nie psuć efektu, ale mnie to opowiadanie naprawdę poruszyło i to mocno. Dwa pozostałe – o wychowującym się bez ojca, zagubionym Vojcie i o dwóch siostrach, które pod dwudziestu latach rozwiązują rodzinną tajemnicę i próbują zbliżyć się do siebie - aż tak bardzo nie walą już po głowie, ale są niewiele słabsze. „Zniknąć” to mądra książka, z której wynosi się przede wszystkim ostrzeżenie przed tym jak nie spieprzyć swoim pociechom dzieciństwa, jak nie ranić najbliższych i jaką płaci się cenę za rozwody i rozwalanie rodziny. To także kawał zwyczajnie dobrej literatury – może mało pomysłowej i efektownej pod względem warsztatu, ale idealnie trafiającej w punkt i wywołującej spore emocje. Czekam więc na kolejne książki Soukupovej w języku polskim. Czekam bo warto.