A w nich: jednostka tragiczna wplątana w wojnę domową w Kongu, bardzo klasyczna powieść społeczno-polityczna egipskiego noblisty i świetny rodzimy debiut czyli nasze polskie rodzinne piekiełko, a raczej szopka.
REKLAMA
Lieve Joris – „Godzina rebeliantów”
Pierwsze zdanie: “Assani, przybywając do Kinszasy, poczuł się nagi jak niemowlę.”
„Godzina rebeliantów”, to książka z pogranicza reportażu i powieści. Jej akcja dzieje się w Kongu, drugim co do wielkości kraju Afryki, ogarniętym wojną domową. W ogóle całość mocno osadzona jest w kontekście historyczno-politycznym tego rejonu. W telegraficznym skrócie wygląda to tak: Mobutu Sese Seko zostaje obalony przez Laurenta Kabilę, wybucha rebelia w której udział biorą sąsiednie Rwanda i Uganda, później ginie zastrzelony Kabila, a jego miejsce zajmuje syn Joseph. W tych wydarzeniach udział swój ma głównych bohater powieści, Assani. Klasyczna jednostka tragiczna. Chłopak, który ma przechlapane chociażby z powodu swojego pochodzenia: „Po pierwsze dlatego że jestem z Afryki, po drugie, że jestem Kongijczykiem, po trzecie Tutsi i w dodatku jeszcze Munyamulenge.” Wychowywał się bez ojca (którego zamordowali rebelianci) i chciał osiągnąć w życiu coś więcej niż wypasanie krów na wsi. Ucieka więc do miasta, na uniwersytet, ale wybucha wojna i Assani musi walczyć i zabijać żeby przeżyć. Ponieważ jest inteligentny szybko zostaje dowódcą, a w końcu szefem operacji wojskowych całej armii. Poznaje dokładnie życie na szczycie władz, wśród skorumpowanych, fałszywych, stale knujących i dybiących na siebie ministrów-żołnierzy. Assani, to maleńkie ziarno wśród garści plew – na karierze kompletnie mu nie zależy, szczerze martwi się o swój lud i swój kraj i nieustannie stara się jakoś wytrwać w tym bagnie, które powoli zaczyna go pochłaniać. Sama historia jest bardzo ciekawa, kontekst historyczno-polityczny chyba jeszcze bardziej, ale książka niestety nie porywa. Jak na powieść, którą ta książka ma ambicje być, jest to napisane mało barwnie i zajmująco, dość suchym i beznamiętnym stylem, tak niedostatecznie powieściowo. Bardziej chyba reportersko. Z kolei, jak na reportaż jest to znowu zbyt rozmyte, momentami mało rzeczowe, i jak na mój gust zbyt wiele w tym psychologii, a za mało faktów i samego „dziania się”. Czytałem tą książkę i czytałem zadając sobie pytanie kiedy się wreszcie „rozkręci” na dobre. Niestety zostałem z tym pytaniem do ostatniej strony.
Nadżib Mahfuz – „Pensjonat Miramar”
Pierwsze zdanie: „Nareszcie Aleksandria.”
„Pensjonat Miramar”, kolejna książka przetłumaczona na język polski, zmarłego kilka lat temu, egipskiego laureata Nobla (z 1988 r.), jest przede wszystkim ciekawie skonstruowana. Pod względem strukturalno-kompozycyjnym naprawdę kawał świetnej roboty. Oto bowiem tą samą historię poznajemy dzięki pierwszoosobowej narracji czterech różnych postaci. A najfajniejsze jest w tym to, że oprócz tego, iż każda z nich przedstawia swój punkt widzenia na sprawę i te same zdarzenia, to dodaje też do historii coś nowego, co sprawia, że zostaje ona odkrywana stopniowo, udanie budując napięcie. Bo choć to powieść o tematyce społeczno-politycznej z nutą romansową, to jednak dużą rolę odgrywa w niej wątek kryminalny. Ktoś bowiem ginie i niemal do samego końca musimy czekać, żeby się dowiedzieć kto zabił? Ale sama fabuła wcale nie jest związana z zabójstwem. Wszystko rozbija się głównie o piękną pokojówkę Zuhrę, która uciekła od swej rodziny ze wsi i pracuje w tytułowym pensjonacie, a o której wdzięki z mniejszym lub większym natężeniem i powodzeniem rywalizuje właśnie czterech mężczyzn. Są oni przedstawicielami różnych pokoleń, mają odmienne poglądy polityczne, inne zapatrywania na świat, doświadczyli innych przeżyć czy też różni ich choćby stan materialny. Łączy pensjonat, Zuhra i fakt, że pomimo wielu różnic przeżywają tożsame problemy egzystencjalne. Dodatkowo wszyscy są mniej lub bardziej samotni. Specyficzna to książka – leniwa, stopniowo nabierająca tempa narracja, melancholijno-smutny klimat całości, polityka mieszająca się z miłością, kryminalna intryga ze spostrzeżeniami natury społecznej, a do tego bardzo ładne, poetyckie opisy Aleksandrii. Rzecz napisana i poprowadzona mocno klasycznie i w starym stylu – Mafhuz napisał ją w końcu w 1967 roku. Powieść raczej dla koneserów literatury. Miłośników prozy Egipcjanina na pewno zachęcać nie trzeba. Nie jest to co prawda książka tak dobra, jak np. „Opowieści starego Kairu”, ale i tak trzyma wysoki poziom.
Zośka Papużanka – „Szopka”
Pierwsze zdanie: „Zawsze tak samo.”
Historia prosta jak drut i stara jak świat. Dysfunkcyjna, toksyczna rodzina, której codzienność składa się z ciągłego narzekania, złośliwości, wyzwisk, konfliktów, wzajemnej nienawiści i maltretowania psychicznego. Nie ma tu co prawda przemocy (jak np. w „Gnoju” Wojciecha Kuczoka), jakiś tragedii czy traumatycznych przeżyć, ale i tak życie tej podstawowej komórki społecznej wygląda jak koszmar. Tudzież tytułowa szopka. Polska pospolita szopka drobnomieszczańska. On ma pogmatwaną przeszłość, ucieka z domu do pracy i pokornie znosi jej wieczne humory. Ona to permanentnie niezadowolona, emocjonalna terrorystka, która ciągle szuka zwarcia – wybitnie paskudna postać. Ich dzieci to Maciuś – birbant, pijak, nierób, cynik i wieczne dziecko, które wykorzystuje Mamusię nawet jako dojrzały, a potem już stary facet. I córka, Wanda – cicha, smutna, zagubiona i nieszczęśliwa w życiu. Przyglądamy się im od lat 40-stych po współczesność. Każdy zna takie rodziny, jak nie z autopsji, to przynajmniej ze słyszenia, pełno ich wokół. Jeżeli chodzi więc o fabułę to zaskoczeń nie ma żadnych. Ale tą dobrze znaną, pozornie zgraną już płytę po raz kolejny sprzedaje nam cudnie styl a zwłaszcza język tej książki. Autorka używa w niej przede wszystkim narracji trzecioosobowej czasami posiłkując się dodatkową tą w pierwszej osobie. „Szopka” napisana jest z dystansem, lekko, w sposób wyrafinowany i choć temat niewdzięczny, aż roi się tu od dobrego dowcipu, jeszcze lepszego czarnego humoru i zmyślnej ironii. Tragedia ta ukazana jest więc w formie groteski i choć często jest straszno, to jednak głównie jest śmieszno. Do tego kapitalny język – nienaganny, brawurowy w opisach (ale nie przesadzony!), plastyczny i trafiający w punkt.
Poniżej próbka języka i stylu:
Poniżej próbka języka i stylu:
„Wandzia wytarła buty z grzeczności, nie z brudu, i przyłożył ciekawskie, zachłanne ucho do drzwi, które, niedomknięte, ustąpiły pod jej ciężarem i Wandzi ledwo udało się zorganizować własny środek ciężkości, gdy wpadła w środek rozprawy sądowej. Przy stole siedział pan stróż, ten sam, o którym Wandzie dowiedziała się minutę wcześniej, że jest kutasem. Pan stróż dowiedział się, że jest kutasem, dwadzieścia minut przed przybyciem Wandzi, pięć minut później dowiedział się o tym ojciec Wandzi. Siedzący w chwili obecnej za stołem i ćwiczący się w hardości Maciuś był najlepiej poinformowany, ponieważ o tym, że pan stróż jest kutasem, wiedział od zawsze. Wandzia przycupnęła na skraju łóżka i pilnie wpatrywała się w pana stróża, nie udało się jej jednak rozwikłać podstawy porównania, zapisanego na ścianie klatki schodowej, gdyż z dwóch zestawionych ze sobą rzeczy jak do tej pory widywała tylko pana stróża.”
Zaskakująco dobry debiut, który nominowany został do prestiżowego Paszportu Polityki. Trzymam kciuki, choć także zgłoszona do tej nagrody „Morfina” Szczepana Twardocha ma jeszcze lepszą prasę.
