Czas na trochę dobrej sensacji i rozrywki czyli detektyw Rebus znowu na tropie, obiecujący start nowego cyklu kryminalnego i pierwszy polski thriller finansowy.
REKLAMA
Ian Rankin – „Miecz i tarcza”
Pierwsze zdanie: „Mógł krzyczeć, ile chciał.”
Książki Iana Rankina o pochodzącym z Edynburga detektywie Rebusie, to bezsprzecznie mój ulubiony cykl kryminalny ever. Czytałem wszystko co wyszło w naszym kraju i strasznie się zdziwiłem, jak zobaczyłem zapowiedź nowego tomu – przecież Rankin rozstał się już z Rebusem w ostatniej części cyklu „Pożegnalny blues”?! O co tu chodzi? Szybkie śledztwo w Internecie wykazało, że jest to szósta część cyklu, z 1993 roku, którą jakoś polscy wydawcy nieznanym sposobem pominęli. Co prawda „Miecz i Tarcza” nie należy może do najwybitniejszych części cyklu, ale to i tak bardzo solidny kryminał (słabych z Rebusem nie znam) i niezwykle miło było spotkać się ze swoim ulubionym detektywem po raz kolejny. Z tym starym, dobrym Rebusem - popijającym whisky w pubach, słuchającym starego rocka, a nie słuchającym przełożonych, mającym nieustające kłopoty z kobietami i rzucającym niewybrednymi tekstami jak nikt inny:
„- Jeśli się ode mnie nie odczepisz, Bóg mi świadkiem, że wpakuję cię w to tak głęboko, że nawet keson ci nie pomoże.”
„- My chyba się nie spotkaliśmy – powiedział przyjaźnie Bothwell. – Zazwyczaj spotykam gówno, jak podcieram tyłek.”
„- Tkwisz w gównie aż po uszy. – Ale stoję na twoich ramionach.”
„Uśmiech powiedział Rebusowi, że jest równie mile widziany jak hemoroidy na rodeo.”
To za co uwielbiam ten cykl, to przede wszystkim główny bohater, ale także to specyficzne poczucie humoru, niepowtarzalny klimat Edynburga, no i same story. W „Mieczu i tarczy” fabuła jest mocno rozbudowana, wątków w niej co nie miara. Zaczyna się od zwłok znalezionych w podziemiach Edynbura, a później to już leci: organizacje paramilitarne, szkocki nacjonalizm, przemyt broni, zamach terrorystyczny, trochę historii Irlandii Północnej, różnice społeczne, a jako wisienkę na torcie mamy kolejne starcie: Rebus contra jego największy wróg, bezkarny Duży Ger Cafferty. Dla fanów pozycja obowiązkowa, ci którzy Rebusa jeszcze nie znają, też spokojnie mogą zacząć go poznawać od tej części.
„- Jeśli się ode mnie nie odczepisz, Bóg mi świadkiem, że wpakuję cię w to tak głęboko, że nawet keson ci nie pomoże.”
„- My chyba się nie spotkaliśmy – powiedział przyjaźnie Bothwell. – Zazwyczaj spotykam gówno, jak podcieram tyłek.”
„- Tkwisz w gównie aż po uszy. – Ale stoję na twoich ramionach.”
„Uśmiech powiedział Rebusowi, że jest równie mile widziany jak hemoroidy na rodeo.”
To za co uwielbiam ten cykl, to przede wszystkim główny bohater, ale także to specyficzne poczucie humoru, niepowtarzalny klimat Edynburga, no i same story. W „Mieczu i tarczy” fabuła jest mocno rozbudowana, wątków w niej co nie miara. Zaczyna się od zwłok znalezionych w podziemiach Edynbura, a później to już leci: organizacje paramilitarne, szkocki nacjonalizm, przemyt broni, zamach terrorystyczny, trochę historii Irlandii Północnej, różnice społeczne, a jako wisienkę na torcie mamy kolejne starcie: Rebus contra jego największy wróg, bezkarny Duży Ger Cafferty. Dla fanów pozycja obowiązkowa, ci którzy Rebusa jeszcze nie znają, też spokojnie mogą zacząć go poznawać od tej części.
Wojciech Chmielarz – „Podpalacz”
Pierwsze zdanie: „W nocy temperatura w Warszawie spadła do minus dwudziestu stopni.”
„Podpalacz” to obiecujący debiut, stosunkowo młodego autora, zapowiadający nową kryminalną serię o komisarzu Mortce. Główny bohater pracuje w Wydziale do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. To niepokorny, doświadczony i kompletnie oddany pracy policjant, któremu rozsypało się życie osobiste (rozwód, dwóch synów na utrzymaniu, pokój w wynajętym studenckim mieszkaniu). Czyli gatunkowy standard tudzież inny stereotyp. Powinien jeszcze popijać w samotności i rzeczywiście popija ale z umiarem, głównie puszkowe piwo. I choć Chmielarz bazuje głównie na podobnych, dobrze już znanych z innych kryminałów motywach, to jednak potrafi zainteresować, zaciekawić i wciągnąć czytelnika w tą opowieść. Po pierwsze świetnie oddaje realia pracy w policji – marna płaca, niewdzięczna praca, siermiężne klimaty itd. Po drugie zawodowo buduje portrety postaci, począwszy od tych głównych jak i drugo czy nawet trzecioplanowych. Wszyscy są na swój sposób interesujący – to ludzie z krwi i kości. Po trzecie umiejętnie prowadzi wielowątkową fabułę, tu nie ma jakiś luk, całość ładnie się zazębia, choć nic nie jest od razu oczywiste. Po czwarte napięcie. Jest takie jakie być powinno, narasta powoli acz systematycznie. Podoba mi się jeszcze to, że w pewnym momencie Mortka nawiązuje kontakt z znanym bardzo dobrze policji acz nieuchwytnym bandziorem i wygląda na to że ich specyficzna „współpraca” rozwinie się w kolejnych częściach (kłania się para Rebus-Cafferty u Rankina?). Dobre są też dialogi, dzięki którym książkę czyta się wartko, choć w przyszłości życzyłbym sobie większej ilości tekstów w stylu:
„Tak, ale z żoną to wiesz, jak jest. Jedna baba przez tyle lat. Nudzi się. Poza tym, kiedy urodziła dziecko, zrobiła się mniej ciasna. Czasami czuję się tak, jakbym machał fiutem na środku Sali Kongresowej.”
Bo takie „mięso” i tego typu niewybredne żarty, to dla mnie sól dobrego, mocnego kryminału. Reasumując solidna i dopracowana robota, zaskakująca jak na debiutanta i rozbudzająca apetyt na kolejne części cyklu. Już czekam.
Mariusz Zielke – „Wyrok”
Pierwsze zdanie: „Zawsze odbywało się to podobnie.”
Ta pozycja, to w zasadzie nie kryminał, a thriller i to w dodatku jeszcze thriller finansowy. A ja mam tak, że jak słyszę hasło „polski thriller” niezależnie czy chodzi o książkę czy o film, od razu myślę o udaniu się na emigrację wewnętrzną. „Wyrok” sprawił, że przestałem się zamykać w kokonie na dźwięk tych dwóch słów. Ale po kolei. Mariusz Zielke to znany m.in. z „Pulsu Biznesu” dziennikarz śledczy, w 2005 roku otrzymał nagrodę Grand Press w tej kategorii za teksty o giełdowych zmowach. Gdy w 2010 roku napisał „Wyrok”, książkę tą chciało wydać kilka wydawnictw, ale po konsultacjach z prawnikami każde z jej wydania zrezygnowało. Autor wydał ją w końcu własnym sumptem, a gdy świetnie się sprzedała i zyskała sławę głównie na blogach książkowych, zaryzykowało wreszcie wydawnictwo Czarna Owca. Książka ukazała się ponownie w ubiegłym roku, w dużym nakładzie. Co jest w „Wyroku” takiego kontrowersyjnego? Zielke znając od podszewki mechanizmy występujące na polskiej giełdzie opisał jej w skali 1:1. Jak mówił sam w rozmowie z Tomaszem Machałą z naTemat: „Jestem w stanie udowodnić każde opisane w niej przestępstwo finansowe. Moi bohaterowie są fikcyjni, ale opisane przestępstwa się zdarzały i nigdy nie zostały przez nikogo wyjaśnione do dzisiaj.” Tego właśnie bały się wydawnictwa. Ale skupmy się na literaturze. „Wyrok” początkowo czyta się troszkę ciężko ze względu na dużą zawartość języka ekonomicznego i wiele zawiłości ekonomiczno-finansowych, zwłaszcza takiemu laikowi jak ja, który z ekonomią zawsze był na bakier. Ale jak już się człowiek wciągnie – a jestem pewny, że w tą opowieść wciągnie się każdy, kto przeczyta jej pierwsze 20-30 stron – to już nie ma zmiłuj, noce zarwane. Porównania do Larssona nie są tak do końca na wyrost. Co prawdę trylogia Millenium została napisana nieco lepszym językiem niż prosty, dziennikarski wręcz styl Zielke w „Wyroku”, ale na to można przymknąć oko, bo jeżeli chodzi o poprowadzenie fabuły, poruszane w niej przenikające się wątki i umiejętnie stopniowany rozwój akcji, to jest to robota doprawdy perfekcyjna. Zarzut mam w zasadzie do tej książki tylko jeden – trochę rozczarowujący finał. Reszta kapitalna. Czytać!
