A w nich – przehajpowana Dorota Masłowska, specyficzny acz intrygujący Krzysztof Środa i elegancki oraz ujmujący Hisham Matar

REKLAMA
Dorota Masłowska – „Kochanie, zabiłam nasze koty”
logo
Pierwsze zdanie: „ Na ulicy przed domem leżał kot z białym kołnierzykiem, ni to grzejąc się w słońcu, ni to raczej jednak nie żyjąc, wnosząc z faktu, że nie było słońca ani żadnych innych przyczyn, by leżeć wśród pędzących samochodów.”
Wszyscy napisali już o tej książce wszystko, albo i więcej, ograniczę się więc jedynie do subiektywnych odczuć szarego czytelnika.
Bardzo dobre pierwsze zdanie. Troszkę dalej jeszcze taki mistrzowski kawałek:
„Wieczorne miasto kotłowało się w swojej niecce niby czarna zupa, garnirowana szkłem i światłem, targana bulgotami tajemnic i występku, szczekały psy, zawodziło metro, ktoś, kogo gwałcono lub po prostu wyrywano mu torebkę, krzyczał okropnie w dali i sztuczne ognie tryskały w ciemność nad rzeką, obiecując, że może zdarzyć się jeszcze wszystko.”
A później? W krótkich żołnierskich słowach rzecz ujmując – bryndza. Niestety od genialnej „Wojny polsko-ruskiej” z formą Masłowskiej jest coraz gorzej. Jeżeli chodzi o powieści, a raczej fabuły oczywiście (bo akurat dramaty napisała fajne), „Paw królowej” jeszcze nawet trzymał formę i ujmował językiem. „Kochanie, zabiłam nasze koty” nie ujmuje już nawet nim. To oczywiście nie jest źle napisana książka jeżeli chodzi o język, po prostu to wszystko już było, mnie to już nie zaskakuje, mnie to się już przejadło, a od Masłowskiej wymagam więcej niż zaledwie poprawnie napisanego tekstu. Co do samej przedstawianej historii, to jest jeszcze gorzej. Nuda szanowni państwo, na szczęście nie dłużyzna bo książka króciutka, ale postaci w niej puste i papierowe, a tematyka oklepana jak maska bitego mercedesa z Niemiec. Nic nie zapamiętałem z tej książki poza tymi dwoma fragmentami wyżej. W ogóle odnoszę wrażenie, że to jest napisane trochę na odwal się, a w dodatku na kolanie - bo trzeba było, bo umowa z wydawcą, bo terminy itd. Zresztą w samym tekście jest fragment, w którym pada wątpliwość wyrażana chyba przez samą Masłowską - „Ta książka jest o kant dupy potłuc!” Brawo za samokrytycyzm. O tym, że jest to wyłącznie skutecznie marketingowo nagłośniona i bardzo dobrze sprzedana słaba książka, niech świadczy fakt, że tuż po jej premierze większość krytyków i recenzentów się nad nią rozpływało, a na koniec roku w licznych podsumowaniach jakoś nikt jej nawet raz nie wymienił. Co nie zmienia faktu, że bezwzględnie dalej kibicuje tej autorce i liczę na eksplozję jej niezaprzeczalnego talentu na miarę debiutu.

Krzysztof Środa – „Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych”
logo
Pierwsze zdanie: „Przez wieś Olszewo miło jest przejeżdżać o każdej porze roku, a szczególnie przyjemnie, jeśli trafi się tu późnym popołudniem, kiedy słońce jest już po drugiej stronie jeziora.”
Facet jedzie samochodem przez Armenię, skręca w jakąś nieznaną, niepozorną boczną drogę, zatrzymuje się, wysiada, długo przygląda się ptakom. Rozmyśla. Wsiada do auta i jedzie dalej. Po jakimś czasie znowu podobnie – zatrzymuje się w jakimś wynajętym pokoju, z uwagą przypatruje się rzadkiemu gatunkowi motyla, zastanawia się nad tym itd. Jak sam pisze „Najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych dokonuje się wtedy, gdy zamiast wędrować w poszukiwaniu zwierząt, człowiek zatrzymuje się i zastyga w bezruchu, żeby poczekać, aż pojawią się same.” I tak mniej więcej wygląda podróżowanie z autorem, Krzysztofem Środą. Bardzo specyficznym i oryginalnym podróżnikiem, obdarzonym wnikliwym zmysłem obserwacji, wyczulonym na szczegół i wrażliwym na piękno przyrody. Autorem, który nie ma żadnych ambicji w serwowaniu sążnistych opowieści tego co widział, dzielenia się faktami historycznymi czy jakimiś ciekawostkami dotyczącymi zwiedzanych krain. Tym bardziej szukającego jakichkolwiek przygód. Podążanie ze Środą, to podróżowanie bardzo spokojne, pełne nieustającej zadumy, często filozoficznych rozważań nad napotkanymi zwierzętami (w większości), ludźmi (w mniejszości), miejscami czy rzeczami. Tak jak np. podczas wizyty w Paryżu gdzie autor fotografuje „konfigurację niedopałków”, która przecież „zniknie za kilka godzin i nie powtórzy się prawdopodobnie nigdy.” Takie drobiazgi są dla niego ciekawe, bo z takich niepozornych drobiazgów składa się świat, a poprzez dostrzeganie ich i zwracanie na nie dłuższej uwagi można ten świat jakoś sobie poukładać. Ciekawa i intrygująca jest ta cieniutka pozycja. Kompletnie inna niż wszystkie książki podróżnicze jakie czytałem do tej pory. Fajnie napisana, choć również trochę nierówna. Są momenty bardzo dobre, ale są też fragmenty wręcz usypiające tym kompletnym niedzianiem się. Na szczęście tych bardzo dobrych jest zdecydowanie więcej i lektura „Podróży do Armenii i innych krajów” pozostawiła we mnie jednak same dobre wspomnienia. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale na pewno nie ostatnie, bo zakupiłem już przez Internet w śmiesznie niskich cenach jego pozostałe dwie książki.

Hisham Matar – „Anatomia zniknięcia”
logo
Pierwsze zdanie: „Czasami nieobecność mojego ojca jest tak dotkliwa, że czuję, jakby na piersi siedziało mi jakieś dziecko.”
Mało brakowało a umknęłaby mi ta książka (jak pewnie kilka innych wartych uwagi, ale wszystkiego przeczytać się kurna nie da!), a byłaby to duża strata bo okazało się, że to jedna z najlepszych powieści 2012 roku. Akcja książki dzieje się początkowo w Egipcie, w Kairze i Aleksandrii. Mały chłopiec Nuri wcześnie traci matkę. Jego ojciec, wysoko postawiony urzędnik państwowy, doradca króla, żeni się ponownie z dużo od siebie młodszą Muną, którą fascynuje się, ba, zakochuje się w niej… Nuri. Ojciec wyczuwając zauroczenie, rosnącą żądzę i rozkręcającą się w swoim synu seksualność, „odsuwa” go do szkoły z internatem, pod Londynem. Później cała trójka ma się spotkać na wakacjach w Genewie. Tam dochodzi do tragedii. Ojciec Nurmiego zostaje porwany i znika bez śladu.
Historia ta została opisana kapitalnym stylem - prosto, bardzo precyzyjnie i klarownie. Specyficznym, spokojnym, czy nawet dostojnym, ale jednocześnie bardzo subtelnym i eleganckim językiem. Z kolei tytuł idealnie oddaje jej zawartość, bo to przede wszystkim dogłębnie ukazane studium psychologiczne, uczucia (ból, rozpacz) samotnego syna, przeżywającego śmierć Matki i zniknięcie ojca.
„Nie powiedziałem jej, że za życia Matki czułem się jak postać epizodyczna rzucona pomiędzy dwójkę głównych bohaterów, jedynych, którzy się naprawdę liczą, i jak po śmierci Matki, przy Ojcu, który ledwie o niej wspominał, bardzo pragnąłem podzielić się z kimś swoją stratą, ogromem bólu, z jakimś sojusznikiem, kimś takim jak ja.”
Świetnie jest też przedstawiona dyskretna, uczuciowa gra tocząca się w tym pełnym emocji trójkącie: syn-macocha-ojciec. Bardzo dobrze się to czyta, opowieść od razu wciąga, ciężko się od niej oderwać. Pewnie dlatego, że jest wiarygodna. Otóż największym jej smaczkiem jest fakt, że Hisham Matar opisuje w dużej mierze swoją własną historię. Autor urodził się w USA, jednak z pochodzenia jest Libijczykiem, który również część dzieciństwa spędził w Kairze. Mieszkał też w Londynie. A w 1990 roku jego ojciec został aresztowany jako dysydent polityczny i wsadzony do więzienia przez reżim Kaddafiego. Od tamtej pory Matar go nie widział. Reasumując, fantastycznie napisana, piękna opowieść o samotności i miłości naznaczonej tragedią. Polecam gorąco. Aha, pierwsze zdanie – prima sort!