Nowy Rok sypnął opowiadaniami - ciemna strona Meksyku, obiecujący polski debiut i znakomity zbiór opowieści o starości.
REKLAMA
Wielu autorów – „Meksyk Noir”
Pierwsze zdanie: „Stopy w ruchu: krok, drugi, jeszcze jeden.”
Pierwsza antologia opowiadań kryminalnych poświęconych wielkim metropoliom, którą wydało wydawnictwo Claroscuro, dotyczyła Moskwy („Moskwa Noir”) i podobała mi się wybitnie. Druga część, poświęcona Meksykowi już nie aż tak bardzo, co nie oznacza jednak, że to zbiór słaby czy nie udany. To dobry zbiór jest. Tylko jakoś mniej mnie poruszył. Na pewno tak samo jak przy Moskwie opowiadania te są niezwykle brutalne i okrutne, ale to mnie akurat jakoś specjalnie nie zaskakuje – przeczytałem wcześniej kilka książek dotyczących tego co się dzieje w temacie zbrodni w Meksyku i tu nic mnie już nie zaskoczy. Natomiast ktoś, dla kogo do tej pory ten kraj kojarzył się jedynie z plażami, piramidami Azteków i tequilą, przy lekturze tej antologii może doznać prawdziwego szoku. Jest krwawo, mrocznie, chaotycznie, hardcore’owo i nieszablonowo. W końcu, to właśnie w tym mieście nie wiadomo kto jest gorszy, bandyci i mordercy czy skorumpowani będący na usługach przestępców policjanci? Klimat opowiadań jest gęsty, złowrogi i niepokojący, ale znajduje się w nich miejsce również na absurd, czarny humor i groteskę, co stanowi zmyślną przeciwwagę do tego całego zła które wylewa się z kolejnych stronic. Warto również zwrócić uwagę na różnorodne style narracji, na fakt że autorzy sporo tu kombinują i eksperymentują, zarówno w ramach budowania fabuł jak i ich gatunków, bo znajdziemy tu opowieści rozpięte od horroru, aż po poetykę. Wśród historii, najbardziej zapadających w pamięć wymieniłbym „Bum!”, czyli poetycki zapis ostatnich myśli faceta, który zaraz zginie, „Spalenie Judasza” o mężu w makabryczny sposób rozprawiającym się ze zdradzającą go żoną, eksperymentalne i surrealistyczne „Violetty już nie ma” i najlepsze, totalnie odjechane „Bóg jest fanatykiem, córko”, w którym występują m.in. księża transwestyci!
Agata Porczyńska – „Wada wymowy”
Pierwsze zdanie – „To była chwila jakich wiele.”
Ubiegły rok skończył się w polskiej literaturze ciekawy debiutem Zośki Papużanki i jej „Szopki”, ten, jak sądzę po lekturze „Wady wymowy” Porczyńskiej równie ciekawym debiutem się zaczyna. Ciekawym i przede wszystkim obiecującym. Obie autorki bowiem dobrze rokują na przyszłość (choć z pewnymi zastrzeżeniami, zwłaszcza odnośnie Porczyńskiej) i trzeba będzie mieć na nie oko. Ale po kolei. „Wada wymowy”, to zbiór opowiadań i króciutkich miniatur dotyczących w zasadzie jednego tematu – trudnych relacji międzyludzkich w miłości, tudzież bardziej konkretnie, w sprawach łóżkowych. Przyznam, że prawie trzydzieści tekstów krążących wokół tego samego problemu, to dawka jak dla mnie zbyt duża i w efekcie końcowym ciut nużąca. Zwłaszcza, że opowiadania są nierówne – te świetnie napisane, oryginalne, zaskakujące i interesujące, sąsiadują z takimi, które są słabe, niedopracowane, a nawet ocierające się o śmieszność („Wymiotki”). Gdyby wyciąć z tego zbioru jakieś siedem, osiem nieudanych tekstów (na pewno dwa pierwsze i dwa ostatnie), byłby to ruch wykonany z ogromną korzyścią dla całości. Ale w sumie i tak jest nieźle, bo tam gdzie Porczyńska nie nadąża i trochę się gubi (jednak treść i sposób prowadzenia narracji), nadrabia i to nawet na zapas w dziedzinie formy, a zwłaszcza języka. Przy tylu opowieściach na ten sam temat nie trudno jest popaść w schemat, ale autorce udało się go uniknąć dzięki nieszablonowemu podejściu do każdego tekstu i oryginalnym pomysłom na fabuły. Są więc monologi, przypominające trochę hip-hop teksty rymowane, przypowieści, próby dramatu i oczywiście klasyczne story. Ale to co robi największe wrażenie, podobało mi się najbardziej i to co sprawia, ze warto sięgnąć po tą książkę, to jej język. Autorka co rusz potrafi zmieniać konwencje i wcielać się w różne postaci, które uwiarygadnia w tekście właśnie kapitalnie dopasowanym, żywym i naturalnym dla danej grupy społecznej językiem. Mamy soczyste dialogi dresiarskie, stołeczne lanserstwo, opowieści doświadczonych przez los kur domowych, opętanych supermarketowymi gazetkami i reklamami wdów, kawalerów szukających szczęścia w matrymonialnych anonsach, małomiasteczkowych „gwiazdeczek” czy zwykłych idiotek. Wypowiedzi więc są przeróżne – brawurowe, kulawe, banalne, idiotyczne, wulgarne, przestylizowane, slangowe itd. itp. Jest to rzeczywiście efektowne, ale nie przerysowane i w żadnej z tych stylizacji nie czuć sztuczności. A to już duża sztuka. Jeżeli Porczyńska poprawi jeszcze sposób narracji, popracuje więcej na treścią i nie zmarnuje dużego jak sądzę potencjału, który w niej drzemie - wtedy padające już porównania do Masłowskiej będą w pełni uzasadnione. Póki co myślę, że jest na to jeszcze trochę za wcześnie.
Julian Barnes – „Cytrynowy stolik”
Pierwsze zdanie: „Pierwszy raz po tym, jak się tu przeprowadzili, poszła z nim matka.”
Do poprzednio wydanego w Polsce zbioru opowiadań Juliana Barnesa pt. „Puls”, miałem jedno podstawowe ale – był trochę nie równy i nie spójny. Do tego najnowszego, wydanego rzutem na taśmę przez upadający Świat Książki (mam szczerą nadzieję, że to jeszcze nie jest definitywny koniec tego dobrego wydawnictwa) podobnego zarzutu mieć nie sposób. „Cytrynowy stolik” to Barnes w formie iście olimpijskiej – same bardzo dobre opowiadania. O tym, że facet potrafi pisać z klasą największych magików pióra, chyba nie trzeba przekonywać nikogo, kto liznął choćby jeden tytuł z jego szerokiej bibliografii. Genialny Julian tym razem funduje nam, podobnie jak w „Pulsie”, opowieści zarówno współczesne, jak i te z dalekiej często przeszłości. Nie dzieli ich jednak na dwie odrębne części, tylko swobodnie przeplata i tym razem wcale to nie przeszkadza, bo wszystkie opowiadania mają jeden główny i przewodni temat – starość, i drugi, powiedzmy drugoplanowy, choć nie wiem czy nie równie ważny – miłość. Starość u Barnesa jest chyba taka jak w życiu – różna i różniasta. Raz zwyczajne smutna, raz zupełnie godna, innym razem przyjmowana z kompletną obojętnością czy też z humorem, ale także taka z wyraźną tęsknotą za czasami kiedy się było pięknym i młodym. Autor pisze o niej w sposób wyważony, mądry i delikatny. Choć potrafi też zaskoczyć, jak w naprawdę rewelacyjnym opowiadaniu pt. „Higiena”, gdzie emerytowany wojskowy jeździ raz do roku na spotkanie z prostytutką, którą kocha bardziej niż własną żonę. To również wnikliwy obserwator codziennego życia i małych rodzinnych gorzko-zabawnych katastrof, jak tej opisanej w świetnej „Siatce ochronnej”, w której syn relacjonuje jak jego ojciec po wielu latach małżeństwa odchodzi na starość do innej kobiety i jakie są tego rozstania konsekwencje. Niezwykle podobało mi się też staroświeckie, niespełnione lovestory z opowiadania pt. „Historia Matsa Izraelsona”, z którego pozwolę sobie zarzucić taki cytat:
„Jednej rzeczy nauczył się w życiu i miał nadzieję, że przynajmniej na tym może się teraz oprzeć: że większy ból wypiera mniejszy. Dyskomfort naciągniętych mięśni ustępuje wobec bólu zęba, ból zęba zanika, gdy zostanie zmiażdżony palec. Miał więc nadzieję – była to teraz jego jedyna nadzieja – że ból raka, ból umierania, zagłuszy ból miłości. Choć na razie wydawało się to niemożliwe.”
Bardzo dobry, żeby nie napisać wręcz znakomity zbiór opowiadań. Trzeba.
„Jednej rzeczy nauczył się w życiu i miał nadzieję, że przynajmniej na tym może się teraz oprzeć: że większy ból wypiera mniejszy. Dyskomfort naciągniętych mięśni ustępuje wobec bólu zęba, ból zęba zanika, gdy zostanie zmiażdżony palec. Miał więc nadzieję – była to teraz jego jedyna nadzieja – że ból raka, ból umierania, zagłuszy ból miłości. Choć na razie wydawało się to niemożliwe.”
Bardzo dobry, żeby nie napisać wręcz znakomity zbiór opowiadań. Trzeba.
I jeszcze jedno na koniec – w księgarniach sieci Weltbild jest genialne „Poczucie kresu” tegoż autora w wyprzedażowej, niskiej cenie 9,90 zł – kto nie ma lub jeszcze nie czytał niech kupuje, koniecznie!
