A w nich trzy gorące nazwiska: DeWitt, Von Schirach i Bolano!

REKLAMA
Patrick DeWitt – „Bracia Sisters”
logo
Pierwsze zdanie: „Siedziałem przed posiadłością Komandora, czekając, aż mój brat Charlie wyjdzie z wieściami o nowej robocie.“
Wydawca reklamuje tę książkę na okładce między innymi takim zdaniem, iż jest „...to hołd oddany czarnym westernom i ukłon w stronę Cormaca McCarthy’ego oraz Joela i Ethana Coenów”. I w zasadzie nie ma w tym żadnej ściemy. Ba, do analogii z takim „Prawdziwym męstwem” Coenów, ja dorzucił bym tu jeszcze, na przykład niedawne „Django” Quentina Tarantino. Choć porównujemy książkę z filmami, mamy bardzo podobne specyficzne i absurdalne poczucie humoru, tragikomiczny wydźwięk całości, mądrą acz przedstawioną z przymrużeniem oka grę konwencją klasycznego westernu oraz fajnie napisane, dowcipne i żywe dialogi. De Witt napisał tą historię dość prostym i konkretnym językiem, ze sprawną pierwszoosobową narracją – powieść podzielona jest na krótkie rozdziały co sprawia, że bardzo dobrze i szybko połyka się ją jako całość. Jest tu dwóch wyrazistych i ciekawych głównych bohaterów, tytułowych braci Sisters (płatnych zabójców), którzy zostali ze sobą zestawieni na zasadzie przeciwieństw. Młodszy Eli (który opowiada nam całą historię), to wrażliwiec, targany nieustającymi przemyśleniami, szukający miłości, taki poeta-kowboj skrywający się pod maską zimnego brutala. Z kolei jego starszy brat, Charlie, to porywczy i bezwzględny morderca, który najpierw strzela, a dopiero potem się zastanawia, poza tym lubi porządnie wypić i jest typem raczej prostego cwaniaczka. Bracia wędrują przez Kalifornię ogarniętą gorączką złota (kapitalny opis zanurzonego w klimacie szaleństwa i jakiegoś opętania, San Francisco), żeby zabić pewnego wynalazcę, który rzekomo oszukał ich szefa. W czasie tej niespiesznej podróży trupy ścielą się gęsto, nie ustają problemy z koniem Eliego Baryłką, Charliemu łeb pęka od kolejnego kaca, anegdota goni anegdotę, a galeria kolejno spotykanych dziwacznych postaci wydaje się nie mieć końca. Świetnie się tą książkę czyta, ciężko się od tej historii oderwać i choć bracia Sisters, to modele prosto z piekła rodem, nie ukrywam, że z rozdziału na rozdział czułem do nich coraz większą sympatię. Na koniec musze jednak odnieść się jeszcze raz do tego zdania z okładki. Ukłon w stronę Cormaca McCarthy’ego – tak, a i owszem, ale DeWitt przy całej swojej pisarskiej sprawności nie potrafi niestety, tak jak McCarthy oddać klimatu i ducha tamtych czasów i terenów. „Bracia Sisters”, to dobra książka acz gatunkowo proza raczej rozrywkowa. Wielka literatura przez duże W występuje za to u pana Cormaca.

Ferdinand Von Schirach – „Sprawa Colliniego”
logo
Pierwsze zdanie: „Później wszyscy będą przywoływać to w pamięci: kelner obsługi hotelowej, dwie starsze panie z windy, małżeństwo z korytarza na czwartym piętrze.“
Powtórzę to po raz kolejny - pierwszy zbiór opowiadań Von Schiracha, wydany w Polsce pt. „Przestępstwo” dosłownie wyrwał mnie z obuwia. To był prawdziwy literacki knockdown. Pamiętam to jak dziś, przeczytałem, padłem na dechy, ocknąłem się i przeczytałem jeszcze raz, żeby upewnić się, czy to mi się czasem nie zdawało. Kolejny zbiorek pt. „Wina” tylko potwierdził, że ten niemiecki prawnik, który stał się także poczytnym pisarzem, to prawdziwy czempion literackiej wagi ciężkiej. Teraz ukazała się rzekomo jego pierwsza powieść „Sprawa Colliniego”. Piszę rzekomo, bo dla mnie jest to raczej solidnie rozbudowane opowiadanie czy nowela, niż powieść sensu stricte. Raptem jedyne sto pięćdziesiąt kilka stron, napisanych tym charakterystycznym, wybitnie ascetycznym, mało powieściowym stylem, który przecież tak cudownie sprawdza się w opowiadaniach. I choć o jakiejś wyraźniej obniżce formy nie ma mowy, bo „Collini”, to mimo wszystko dobra i ciekawa rzecz, to po jego lekturze pojawił się u mnie pewien niedosyt. Uwagi mam zasadniczo dwie. Pierwsza. Jest w tej książce kilkadziesiąt stron (retrospekcje, przygotowania do procesu – chodzi o sprawę o zabójstwo starszego pana przez człowieka o nieposzlakowanej opinii, który zaraz po zabójstwie prosi wezwać policję i przyznaje się do winy itd.), na których nie za wiele się dzieje i ciut siada napięcie. Owszem, wiem, że te fragmenty są niezwykle ważne w kontekście samego rozwiązania sprawy, ale jednak emocje opadają. W jego opowiadaniach tego nie ma, przy nich człowiek czuje się od pierwszego do ostatniego zdania tak, jakby ktoś ściskał nas za gardło. Po drugie, nie poczułem się wcale zaskoczony odkrytym z czasem motywem zbrodni. Ba, przypuszczałem właśnie dokładnie coś w ten deseń. A nie wiem jak wy, ale ja najbardziej lubię być zaskakiwany. Tutaj tego mi zabrakło. Poza tymi dwoma kwestiami, nie mam żadnych innych zastrzeżeń i wciąż na przykład zafascynowany jestem literackim stylem Von Schiracha. Tą niesamowitą precyzją w doborze pojedynczego słowa, tą obłędną powściągliwością w budowaniu każdego zdania, tymi kapitalnymi niedopowiedzeniami. Także dobór tematyki (sięgający II wojny światowej), prezentowany tu szeroki wachlarz problemów i ich filozoficzna głębia jest warta najwyższego uznania. Nie mówiąc już o genialnej puencie tej książki wyrażonej w jednym krótkim zdaniu: „Jesteś tym, kim jesteś.” Von Schirach to po prostu bardzo dobry pisarz, ale wprost genialny twórca opowiadań. Już teraz czekam na polskie wydanie jego kolejnego, najnowszego zbioru.

Roberto Bolano – „Rozmowy telefoniczne”
logo
Pierwsze zdanie: „ Moja znajomość z Sensinim bez wątpienia rozwijała się w nietypowy sposób.”
Mojej osobistej bolanomanii część dalsza. Jeszcze na dobre nie opadł we mnie zachwyt po arcydziele Chilijczyka, gigantycznej powieści „2666”, a już jestem po lekturze jego zbioru opowiadań pt. „Rozmowy telefoniczne”. Okazuje się, że senor Roberto to nie tylko ogromny talent do powieściopisarstwa, ale i niewiele mniejszy jeżeli chodzi o te krótsze formy. Facet miał naprawdę niesamowita lekkość, a przede wszystkim wielką wyobraźnię do wymyślania ciekawych i wciągających opowieści. Ba, olśniewa nawet ich rozstrzał tematyczny, bo na kartach tego zbioru drugorzędni pisarze spotykają się z gwiazdą filmów porno, hiszpański żołnierz na froncie wschodnim z chilijskim uchodźcą w moskiewskiej mafii, a znany już z „2666” wykładowca Amlfitiano, z alter ego pisarza Arturo Belano. Wszystko to napisane przy pomocy porywającej narracji, w gawędziarskim, bezpośrednim stylu („Więc ja uważam, że to wina Chile, tego kraju pedałów i morderców.”) i solidną dawką bolanowego czarnego humoru, ale i z równie sporą porcją mrocznych, niepokojących i pesymistycznych klimatów. W zasadzie mamy tu kwintesencję stylu Bolano, czyli wszystko to za co go uwielbiamy. „Rozmowy telefoniczne” podzielone są na trzy części i tak jak w pierwszej - dotyczącej w głównej mierze pisarzy, tworzenia literatury, jak i jej samej jako rodzaju obsesji, która prześladuje bohaterów - Bolano dopiero powoli się rozkręca, tak już w drugiej i trzeciej części jego nieokiełznana wyobraźnia i umiejętność zajmującego opowiadania rozkwitają na dobre, aż po tekst finałowy „Życie Anne Moore”, z którego można by napisać dłuższą powieść, tak jest naszpikowany różnorakimi pomysłami. Poza tym polecam szczególnie nowele: „Sensini” o pisarzach próbujących utrzymywać się z konkurów literackich, „Śnieg” doskonałą historię o Chilijczyku w szeregach mafii rosyjskiej i wielką literaturą w tle, krótki, trzymający w napięciu, mroczny i odjechany thriller „William Burns”; „Clarę” o kobiecie fatalnej i „Joannę Silvestri” o aktorce porno, opowiadającej chilijskiemu detektywowi o swoim związku z aktorem z branży. Pierwszorzędne historie.