Czyli o najnowszej powieść Serhija Żadana.

REKLAMA
Serhij Żadan – „Woroszyłowgrad”

logo


Pierwsze zdanie:
„Telefony istnieją, by informować o różnych nieprzyjemnościach.”
Ukraiński autor Serhij Żadan, początkowo poeta, zadebiutował jako pisarz bardzo dobrym zbiorem opowiadań pt. „Big Mac”. Po nim posypały się powieści „Depeche Mode”, „Anarchy In The Ukr”, „Hymn Demokratycznej młodzieży” – jedne lepsze, inne ciut słabsze, ale trzymające zawsze przyzwoity poziom. Później Żadan wrócił do poezji, odsapnął trochę od prozy, by teraz przyłożyć ponownie i to z naprawdę grubej rury. „Woroszyłowgrad”, to jego najlepsza powieść. Najbardziej dopracowana, poważna i dojrzała. Może nawet najlepsza rzecz w ogóle.
Tytułowy Woroszyłowgrad, to miasto którego od 1991 roku już nie ma. Teraz nazywa się Ługańsk i leży w Donieckim Zagłębiu Węglowym, we Wschodniej Ukrainie, tuż przy granicy z Rosją. To chyba gdzieś na tamtych terenach, wśród wielkich kukurydzianych pól i rozległych pustych stepów dzieje się akcja tej powieści. Napisałem chyba, bo dokładne miejsce do końca nie jest określone. I choć ważne dla fabuły, nie aż tak istotne z punktu geograficznego. Pewnego dnia, główny bohater, Herman, który całkiem nieźle ustawił się w Charkowie, dostaje telefon, że jego brat zniknął (prawdopodobnie wyjechał do Amsterdamu) i zostawił samopas małą stację benzynową z dwoma pracownikami – mechanikiem Traumowanym (kiedyś bardzo dobrym piłkarzem) i Koczą, człowiekiem od wszystkiego (byłym kryminalistą). Herman jedzie więc na prowincję, by dowiedzieć się co z bratem i co dalej z jego interesem. Jedzie początkowo na chwilę, później na trochę, aż w końcu decyduje się zostać tam na stałe. Okazuje się bowiem, że to miejsce, to przecież jego homeland. Tam się wychował, tam się ukształtował, tam pozostawił przyjaciół i najlepsze wspomnienia. Herman, którego życie stanęło w miejscu i stało się puste, właśnie tam odnajduje jego nowy sens.
Żadan napisał wciągającą i mądrą powieść, w której połączył w jedną zwartą całość kilka ważnych spraw. Jest to bowiem głównie bildungsroman, ale taki, w którym jest również miejsce na klasyczną powieść drogi, na elementy powieści łotrzykowskiej, na poważne rozważania nad życiem (przemijanie, brak perspektyw, kryzys wieku średniego), na solidną dawkę ujmującej nostalgii, na wielką pochwałę przyjaźni, a także na rzeczową, twardą, i brutalną nawet prozę z jednej strony, a z drugiej literackie nierealne, narkotyczne wizje i odloty. Do tego dodać trzeba jeszcze fajne poczucie humoru i co raz rzadziej spotykane w powieściach, piękne opisy przyrody (kapitalne porównania i metafory). Jest więc bardzo lirycznie, ale i realistycznie, jest wesoło i mądrze. I nic tu się z sobą nie gryzie, wszystko razem świetnie się komponuje. Jak już się w tą historię wejdzie, to trudno się od niej oderwać. Tym bardziej, że pełno w niej intrygujących, fantastycznie przedstawionych postaci (wspomniani wcześniej Kocza i Traumowany, księgowa Olga, Tamara-Tamila, Ernst z lotniska, Szura, Katia z suką Pachmutową) i rewelacyjnych mini-opowieści. Jak choćby ta, w której Herman jedzie z kumplami na mecz piłkarski:
„Byli tu wszyscy: i Sasza Pyton ze szklanym okiem, i Andriucha Michael Jackson z niebieskimi cerkiewnymi kopułami na piersiach, i Semen Czarny Chuj z odgryzionym uchem i przyszytymi palcami prawej ręki, i Dimycz Konduktor z dziarami na powiekach, i bracia Bałałajesznikow – wszyscy trzej z jedną komórką, i Kola Półtorej Nogi z farbowana na biało łysiną i hitlerowskim wąsikiem, i Iwan Petrowycz Pasza z kanciastą za sprawą kilku pęknięć czaszką, i Karpo z Kątówką w rękach, i Wasia Zaparty z zabandażowanymi pięściami; jeszcze dalej siedzieli Giesza Szpryca i Siroża Gwałciciel, i Żora Frajer, i Gogi Prawosławny. Jednym słowem cały złoty skład Melioratora-91 – drużyny marzeń, która rwała na strzępy kluby sportowe stąd do samego Donbasu i wygrała nawet Puchar Obwodu; zasłużeni mistrzowie sportu z tej słonecznej doliny.”
logo
Serhij Żadan Foto: Anna Wojtenko
Ów mecz chłopaki mają rozegrać z odwiecznymi rywalami, tajemniczymi Gazownikami, którzy koczują gdzieś, zapomniani w stepie szerokim, bo kiedyś szukali w nim gazu ziemnego. Opis ich, ich obozowiska czy samego meczu rozgrywanego nocą przy palących się ogniskach, to coś niebywałego. Wyobraźcie sobie szalony miks klimatów jak z pierwszego „Mad Maxa” i któregoś z filmów Emira Kusturicy. Totalny odpał. Z kolei akcja szlachtowania owcy na śniadanie, w prywatnym pociągu miejscowego gangstera, notabene jeżdżącym do nikąd, a dokładnie w tą i z powrotem po porzuconym torze, ma w sobie krwawo-absurdalny klimat znany z filmów Tarantino. W ogóle jest to bardzo plastycznie-obrazowa i działająca na wyobraźnie proza, pełna genialnych motywów, które rewelacyjnie sprawdziły by się na dużym ekranie, pod warunkiem, że „Woroszyłowgrad” wpadłby w ręce dobrego scenarzysty i umiejącego oddać ten czarowno-pojechany klimat, reżysera.
Poza tymi opowieściami w opowieści i głoszoną wielką pochwałą przyjaźni (głównie męskiej, ale nie wyłącznie), która potrafi i nadaje sens życiu, spodobał mi się w tej książce najbardziej sposób, w jaki Żadan kreuje cały ten mikroświat Hermana i wschodnioukraińskiego pogranicza. Jest to nieustanne poruszanie się na granicy jawy i snu, na styku realności z totalnym odlotem. Czytelnik często zastanawia się co jest prawdą a co nie, co jest rzeczywiste, a co jakąś zamgloną ułudą, narkotyczną wizją czy zwykłym snem. To pomieszane sprawia, że czujemy się jakbyśmy przenieśli się z Hermanem do jego specyficznej, brutalno-lirycznej ukraińskiej Nibylandii. Do tajemniczej krainy, która zarówno pociąga jak i odpycha. Mam świadomość, że w ten sposób wykreowany świat i tak prowadzona narracja nie jest dla wszystkich i zapewne nie jest to książka, która spodoba się każdemu. Ale Ci, którzy lubią i dobrze czują takie specyficzne klimaty, to ho, ho! Tym gwarantuję, że będą tą książką równie zachwyceni jak ja!
A na koniec jeszcze taki cytat:
„Myślę, że tak właśnie mniej więcej wszystko się odbywa. Musimy ratować bliskich, nie czując czasami, kiedy zmieniają się okoliczności i nas samych zaczynają ratować bliscy nam ludzie. Zdaje mi się, że właśnie tak powinno być i że sama bliskość zależy od wspólnych przeżyć, wspólnego życia i możliwości wspólnej śmierci. Gdzieś dalej zaczyna się właśnie miłość. Inna rzecz, że nie wszystkim udaje się jej dożyć.”

Literackie tropy:
a nic mi jakoś do głowy nie przychodzi…

Inne tropy:
Powstała również komiksowa wersja tej powieści, której autorami jest dwóch Polaków - Artur Wabik oraz Marcin Surma - i która bardzo spodobała się Żadanowi. Na razie jest tylko jego ukraińska wersja, ale wkrótce ma się ukazać także polska. Jestem jej cholernie ciekaw.