Trylogia pogranicza wreszcie domknięta czyli „Sodoma i Gomora” Cormacka McCarthy’ego!

REKLAMA
Cormac McCarthy – „Sodoma i gomora”
logo
Pierwsze zdanie: „Stali w drzwiach i przytupywali, strząsając deszcz z butów, strzepując kapelusze i ocierając mokre twarze.”
Nie wiadomo czemu, ale tytuł ostatniej części trylogii pogranicza, który w oryginale brzmi "Cities of the plain" polski wydawca przetłumaczył jako "Sodoma i gomora". Tytuł od razu sugeruje najcięższy kaliber treści i Bóg wie jakie srogie wydarzenia, a te wcale takie nie są. Ale zanim zagłębię się w warstwę fabularną tej powieści, słów kilka o samym tryptyku. Składają się nań powieści: "Rącze konie", "Przeprawa" i "Sodoma i gomora". Dwie pierwsze wydano w Polsce już kilkanaście lat temu (Zysk i Spółka), niedawno też wznowiono, ale na ostatnią czekaliśmy aż piętnaście lat! Grunt, że w końcu się udało – bardzo dobrego przekładu dokonał Maciej Świerkocki. W opinii wielu krytyków trylogia pogranicza (chodzi oczywiście o granicę stanu Teksas i Meksyku), to tuż za "Krwawym Południkiem" najwyżej oceniane z literackich dokonań McCarthy’ego. Każda z części opowiada samodzielną historię ale to, co splata je w jedno, to para głównych bohaterów, kowbojów: Johna Grady Cole'a i Billa Parhama.
W „Sodomie i Gomorze” John i Bill pracują na ranczu - zajmują się końmi, doglądają bydła - pędzą typowe, surowe życie klasycznych kowbojów. Czasami tylko wybierają się do niedalekiego miasta, by obserwować pojawiającą się zewsząd nowoczesność (jest już po II wojnie światowej, nadeszły właśnie dynamiczne i pełne postępu lata pięćdziesiąte) oraz żeby wypić kilka kolejek whisky w lokalnym burdelu. Tam John zobaczy pewnego dnia piękną, nastoletnią, meksykańską prostytutkę, w której się zakocha. Ten młody chłopak, stający się właśnie dojrzałym mężczyzną, kompletnie straci dla dziewczyny głowę i będzie robił wszystko, żeby ją wykupić i się z nią ożenić. Niestety śliczna Magdalena należy do pewnego złego alfonsa, który nie odda jej tak łatwo. Twardo stapiający po ziemi i od razu przewidujący czarny scenariusz Bill będzie się za to starał wybić Cole’owi tę miłość z głowy. Jak wiemy z setek podobnych, historii miłosnych opisywanych przez literaturę – bez skutku. Brzmi to trochę niczym treść jakiegoś banalnego romansidła dla pensjonarek, ale hola, hola, to jednak napisał Cormack McCarthy! Jeden z najwybitniejszych żyjących amerykańskich pisarzy.
Choć główny wątek i rozwój szczątkowej akcji, nie ma prawa niczym czytelnika zaskoczyć, a bardzo wolno prowadzona (zwłaszcza na początku) i szczegółowa narracja, dla niektórych może wydać się nudna i męcząca, to i tak warto się nad tą powieścią pochylić. Pamiętając chociażby, że nawet nieco słabszy McCarthy i tak lepszy jest od wielu innych autorów, których książki zapełniają aktualnie regały w księgarniach. Przede wszystkim jednak dla tego charakterystycznego stylu, którego nie da się pomylić z nikim innym. Dla dopracowanej do perfekcji formy, wspaniałego języka, hipnotyzującej narracji, rozbudowanej psychologii postaci, poetyckich fragmentów czy kapitalnych opisów (genialne zwłaszcza te dotyczące polowania na dzikie psy i pojedynku na noże). Dla takich choćby fragmentów:
„Trzymała się wiszącej przed nią mgiełki miejskiego światła i długo, długo szła. Przechodząc półnaga na drugą stronę Boulevard 16 de Septiembre, miała ręce skrzyżowane i mocno przyciśnięte do piersi i spuszczała oczy w gniewnym świetle reflektorów samochodowych, wokół trąbiły klaksony, a ona wyglądała jak obdarty fantom, wyrwany z liturgicznej ciemności i przez krótki czas ścigany na widzialnym świecie, by zaraz zniknąć z powrotem w historii męskich snów.”
Ale także dla tego by razem z Johnem i Billem pożegnać ten ściśle powiązany z dziką i piękną przyrodą, westernowy świat. Świat ostatnich kowbojów, którzy wraz z rozwojem cywilizacyjnym okazują się już niepotrzebni i powoli znikają w smudze cienia. Stąd ten dominujący w powieści smutek, ta melancholia czy też liczne biblijne motywy. Zresztą tak jak w każdej powieści tego autora, poza nieśmiertelnym wątkiem drogi jaką przemierza każdy człowiek w swym życiu, dotykamy też tematów zasadniczych – pragnienia wolności, dokonywania wyborów, dobra i zła, życia i śmierci.
logo
Cormack McCarthy Foto: Laura Ware
Jest tu jednak też coś, co zaskakuje. Element, którego do tej pory u McCarthyego było bardzo mało albo wręcz nie było wcale. I nie jest to wyłącznie ten znacząco rozbudowany wątek miłosny, ale przede wszystkim humorystyczne dialogi, w których króluje ironiczny mistrz ciętej riposty, Bill Parham.
„Jesteś tropicielem?, zapytał John Grady.
Zagorzałym. Potrafię tropić nawet nisko latające ptaki.”
Albo gdy John pokazuje mu wnętrze porzuconej, pełnej śmieci i rozpadającej się rudery, w której zamierza zamieszkać w przyszłości z Magdaleną, ten kwituje oględziny:
„Jedyne, czego ci tu brakuje, to martwego muła na podłodze.”
Takich dowcipnych tekstów jest tutaj więcej. W głos śmiałem się np. czytając poważną rozmowę o koniach lewostronnych i prawostronnych czy historię podróży wielkim oldsmobilem i kasowaniem nim królików wyskakujących na jezdnię. Te zabawne momenty przynoszące trochę odprężenia, to dodatkowy atut tej ksiązki. Podobnie jak pochwała tej specyficznej, szorstkiej, męskiej przyjaźni jaka występuję między Johnem i Billem. To taka prawdziwa, szczera przyjaźń oparta na prostych zasadach, z honorem na pierwszym miejscu.
Wydanie „Sodomy i gomory” póki co zamyka dorobek McCarthy’ego przełożony na język polski. Mamy już dostęp do wszystkich jego powieści, w związku z czym należy się z tego faktu cieszyć, ale przede wszystkim z niego korzystać. Bo ten prozaik, to rzeczywiście godny następca takich tuzów amerykańskiego pisarstwa jak Steinbeck i Faulkner, prawdziwy żywy klasyk i najpoważniejszy obok Philipa Rotha kandydat do literackiego Nobla z USA. Ale jego droga do uznania, splendoru i chwały nie była łatwa. O McCarthym w początkach jego pisarskiej kariery nie słyszał pies z kulawą nogą. Po nagrodzie National Book Award, którą dostał za „Rącze Konie” czytało się o nim, że to najlepszy z najmniej znanych pisarzy. Umiarkowanie głośno zrobiło się o McCarthym dopiero kiedy na podstawie wspomnianej książki film nakręcił Billy Bob Thorton. Aż przyszedł szalony 2007 r. kiedy Oprah Winfrey przeprowadziła z nim jeden z nielicznych wywiadów (pierwszy telewizyjny!), powieść „Droga” otrzymała nagrodę Pulitzera, a bracia Cohen nakręcili oscarowy „To nie jest kraj dla starych ludzi”, na podstawie jego poprzedniej książki. I tak na starość stał się pisarzem bardzo znanym i tłumaczonym na całym świecie. Daleko mu jednak do literackiego celebryctwa. Wciąż ściśle chroni swą prywatność, nie udziela się publicznie i rzadko udziela wywiadów. Żyje w małym miasteczku niedaleko Santa Fe, w stanie Nowy Meksyk. Blisko pogranicza oczywiście.

Literackie tropy:
William Faulkner, John Steinbeck.

Inne tropy:
Jedyna na razie sfilmowana część trylogii pogranicza: