O miłości, pogoni za szczęściem oraz życiowych błędach - z katastrofami lotniczymi, raczkującym narkobiznesem i Pablem Escobarem w tle.

REKLAMA
Juan Gabriel Vasquez - "Hałas spadających rzeczy"
logo


Pierwsze zdanie:
"Pierwszy z hipopotamów, samiec o barwie czarnych pereł i wadze półtorej tony, padł w połowie 2009 roku."
„Hałas spadających rzeczy” to ten specyficzny książkowy przypadek - o którym już kiedyś na blogu wspominałem – pozycji, o której nie wie się zbyt wiele, nie zna się jej autora, podchodzi się do jej lektury bez szczególnych oczekiwań i nagle dostaje się coś, co kompletnie zaskakuje i coś, co jest naprawdę bardzo dobre. Wspomniane zaskoczenia są i to nawet dwa. Po pierwsze z opisu okładkowego można wywnioskować, że będzie to kryminał. A to żaden kryminał tylko mocno refleksyjna, powieść obyczajowa, z co prawda lekkim wątkiem sensacyjnym, ale stopniowo wyciszającym się i ustępującym innym bardziej rozbudowanym wątkom, choćby tym miłosnym, tymi prezentującymi życiowe wybory, czy zwłaszcza solidnie oddanym tłem historycznym. Po drugie po pisarzu latynoamerykańskim (w dodatku serwującym takie pierwsze zdanie jak wyżej) czytelnik spodziewa się z przyzwyczajenia i niejako z urzędu, jakiś lekko odjechanych historii, odrealnienia, egzotyki, surrealizmu, eksperymentów czy tego sztandarowego realizmu magicznego, a tu klops. Nic z tych rzeczy. Dostajemy rzetelną, stuprocentowo realistyczną, zwartą fabułę. Napisaną prostym, tradycyjnym językiem, bez żadnych fajerwerków.
Połowa lat dziewięćdziesiątych. Stolica Kolumbii Bogota. Główny bohater - młody wykładowca prawa Antonio Yammara. Druga ważna postać w książce - tajemniczy, zamknięty w sobie, starszy od niego Ricardo Laverde. Obaj lubią spędzać czas w klubie bilardowym. Tam się poznają i może nie zaprzyjaźniają, bo to za duże słowo, ale budują rodzaj bliższej znajomości. Yammara dowiaduje się co nie co z drugiej ręki o swoim nowym znajomym - długie lata siedział w więzieniu, ale nie bardzo wiadomo za co. Laverde zaczyna też sam trochę się otwierać – marzy o spotkaniu z żoną, która mieszka w Stanach. Kobieta ma niebawem przylecieć do Bogoty. Ale nie doleci. Samolot się rozbije. Niedługo po tym Laverde zostanie zastrzelony na ulicy przez zamaskowanych sprawców, a towarzyszący mu Antonio ciężko ranny. Efektem postrzału głównego bohatera będą jego napady lękowe, depresja oraz impotencja (!), ale przede wszystkim obsesyjna chęć rozwiązania zagadki kim tak naprawdę był Ricardo Laverde? Antonio poświęci rozwiązaniu tej kwestii swoją pracę, żonę i małą córeczkę. Notabene Yammara, to kawał użalającego się nad sobą, egoistycznego cymbała. Typ bohatera, którego raczej nie darzy się sympatią. Ale przecież nie wszyscy bohaterowie literaccy są od tego żeby ich lubić.
Gdy Yammara zbierze się jako tako do kupy po postrzale i zagłębi w badanie życia Laverde, przeniesiemy się w lata siedemdziesiąte. To okres kiedy młodzi Amerykanie przyjeżdżali do Kolumbii (czyt. Trzeciego Świata) nieść pomoc w ramach Korpusu Pokoju, rodził się zorganizowany przemyt narkotyków, a taki Laverde akurat zakochał się na zabój i założył rodzinę. Ale również zaprzyjaźnił się z kimś z kim raczej nie powinien, zaryzykował i wybrał drogę, którą nie powinien pójść – w głupi sposób zmarnował sobie życie. Podobnie nieracjonalnie zachowuje się na pierwszym planie fabularnym powieści, Yammara. A w tle wspomniana już rzetelnie podana dramatyczna historia Kolumbii z mającym na nią ogromny wpływ, mitycznym narkotykowym królem Pablo Escobarem w roli głównej. Z zamachami na polityków, eksplodującymi od podłożonych bomb samolotami i ciągłym strachem. Niebezpiecznej i rozdartej wewnętrznie Kolumbii, o której w książce pada m.in. następujące zdanie:
„To jest wielki plus Kolumbii, człowiek nigdy nie jest sam ze swoim losem.”
logo
Juan Gabriel Vasquez Foto: Hermance Triay
Są tu zresztą bardzo przekonywująco opisane dwie katastrofy lotnicze, które będą miały duży wpływ na życie głównych bohaterów. Do tego jeszcze fajnie sportretowana Bogota:
"Bogota, jak wszystkie latynoamerykańskie stolice, to miasto ruchome i zmienne, niestabilny żywot siedmiu czy ośmiu milionów mieszkańców, tutaj człowiek zamyka oczy na zbyt długo i kiedy je otwiera, może być otoczony zupełnie innym światem (...) jakby całe miasto stanowiło scenerię jednego z programów rozrywkowych z żartami w rodzaju: ofiara wchodzi do łazienki w restauracji i wraca nie do restauracji, tylko hotelowego pokoju."
I kilka ciekawych, dających do myślenia zdań, jak:
„Dojrzały wiek przynosi szkodliwe poczucie kontroli i być może to ono właśnie oznacza dojrzałość.”
czy
"Nie ma gorszej manii, niebezpieczniejszego kaprysu niż gdybanie czy spekulowanie na temat ścieżek, którymi nie podążyliśmy.”
To książka o popełnianych błędach i zaliczanych upadkach, które często przytrafiają się w ślepej pogoni za szczęściem. O nieudanych miłościach i o tym jak los potrafi być czasem okrutny i bezwzględny.

Literackie tropy: inni kolumbijscy pisarze począwszy od klasyka Gabriela Garci Marqueza poprzez Evelio Rosero i Jorge Franco, aż po skandalistę Fernando Vallejo. Kojarzy mi się jeszcze ta powieść z „Sekretem jej oczu” Eduardo Sacheri – zbliżony klimat i podobna fatalna okładka.
Inne tropy: Vasquez jest autorem biografii Josepha Conrada. Druga z jego powieści, a pierwsza wydana w Polsce pt. „Sekretna historia Costaguany” również nawiązuje do twórczości Korzeniowskiego. Można ją nabyć za jedyne 9 zł na Taniej Książce Dedalusa.

PS. Jutro Światowy Dzień Książki. Zapraszam, będę miał książki do wygrania!