A w nich Lehane, Dostojewski i Roth.
REKLAMA
Dennis Lehane - "Nocne życie"
Pierwsze zdanie: "Parę lat później na holowniku w Zatoce Meksykańskiej stopy Joego Coughlina zostały zanurzone w kuble pełnym betonu."
Lehane'a polubiłem wielce przede wszystkim za cykl o parze prywatnych detektywów Patricku Kenzie i Angeli Gennaro. Za wciągające fabuły, za świetnie portretowany, rodzinny Boston. Za sfilmowane przez Holywood oscarową „Rzekę Tajemnic”, „Gdzie jesteś, Amando?” Bena Afflecka i „Wyspę skazańców” z Di Caprio (swoją drogą to chyba jego najlepsza książka). Czy też kapitalny smaczek w formie drugoplanowej postaci, specyficznego przyjaciela duetu Kenzie/Gennaro - Bubbę Rogowskiego. Teraz wszystko wskazuje na to, że będę lubił Lehane’a także za nowy cykl trzech powieści historyczno-gangsterskich o jego ukochanym Bostonie lat 20 i 30 XX wieku. Pierwszą było „Miasto niepokoju”, teraz ukazało się „Nocne życie”. Obie luźno powiązane ze sobą. W „Nocnym życiu” poznajemy losy Joe’go Coughila, drobnego bandyty, syna kapitana bostońskiej policji, który z płotki staje się grubą rybą gangsterskiego światka. Wątków jest tu bez liku, starczyło by ich na pewno na kilka powieści z tego gatunku. Ale trzy główne, które Lehane rozwija najszerzej to przede wszystkim bezwzględna działalność mafijna w czasach prohibicji, szorstkie i skomplikowane relacje na linii syn gangster – ojciec policjant (z tym że ojciec jest tu bardziej złym i zepsutym człowiekiem niż syn) oraz dwubiegunowe lovestory z femme fatale z jednej, a z kobietą właściwą - taką na całe życie - z drugiej strony. Do tego trochę moralności czyli rozmyślań nad istotą dobra i zła, bardzo dobrze oddane tło obyczajowo-historyczne z wplecionymi w fabułę prawdziwymi postaciami jak Lucky Luciano czy Mayer Lansky, specyficzne poczucie humoru np. "Nawiasem mówiąc tę durnotę masz po matce. Ta kobieta przegrała by w warcaby z miską zupy." i sporo tego, czego w takiej powieści zabraknąć nie może – brutalnych porachunków, strzelanin, bijatyk, zamachów, zasadzek i napadów. Mimo, że autor starał się nadać tej opowieści, pewien epicki, nieco poważniejszy charakter, to nie ma się co oszukiwać - jest to bardzo dobrze skrojone i sprawnie poprowadzone, ale jednak lekkie, rozrywkowe czytadło. Dokładnie takie, za które tak lubię Dennisa Lehane.
Fiodor Dostojewski - "Gracz"
Pierwsze zdanie: "Wróciłem wreszcie po dwutygodniowej nieobecności."
Tak się ostatnimi czasy kompletnie zatraciłem w czytaniu nowości, że zapomniałem o misji przypominania starszych tytułów. Zaczynam więc powoli nadrabiać. Że Dostojewski wielkim pisarzem był nikogo chyba nie trzeba przekonywać. „Zbrodnia i kara”, „Biesy”, „Bracia Karamazow” czy mój ulubiony „Idiota”, to są dzieła należące do ekstraklasy literatury w sensie ścisłym (że tak pojadę Pilchem, którego aktualnie czytam). Ale są też w dorobku mistrza Fiodora rzeczy pomniejsze, nie tak bardzo znane i nie aż tak zacne, poniekąd jednak godne uwagi. Jedną z nich, śmiem twierdzić jest „Gracz”. Jak Szanownym Czytelnikom wiadomo albo i nie, Dostojewski był nałogowym hazardzistą. Notorycznie zadłużonym. Zdarzało mu się nawet pożyczać pieniądze pod zastaw praw do swojej twórczości. W 1866 roku znalazł się w sytuacji, że miał jedynie miesiąc na to, aby napisać cokolwiek by za honorarium spłacić wierzycieli i nie stracić literackiego dorobku. Tak powstał „Gracz”. Okoliczności co prawda tworzeniu nie sprzyjały, ale wstydu absolutnie nie ma. Bohaterem jest tu młody nauczyciel, zatrudniony przez pewnego rosyjskiego generała do kształcenia dzieci tegoż. Państwo arystokracja (najbliżsi generała oraz kilkoro Francuzów i jeden Anglik) bawią w eleganckim niemieckim kurorcie z kasynem, gdzie ich główną rozrywką jest ruletka i trzymanie kciuków za rychłą śmierć stareńkiej ciotki generała, która ma mu zostawić wielki majątek. Generał jest bowiem piekielnie zadłużony, żyje na kredyt i ponad stan, a chce się żenić. Wszyscy więc obsesyjnie myślą, rozmawiają i knują na temat pieniędzy. W tym gęstym i mrocznym finansowo-tajemniczym sosie nurza się nasz nauczyciel, który również zaczyna kosztować hazardu. Początkowo gra kierowany miłością do wykorzystującej go bezwzględnie Poliny, później zmuszony przez pojawiającą się nagle „umierającą babulinkę” (jej fizyczne pojawienie się na kartach powieści mocno rozkręca początkowo duszną fabułę i wprowadza do niej trochę „powietrza”, a nawet dowcipu), a na końcu dlatego żeby się utrzymać. Choć o procesie zagłębiania się w hazard, jest tu sporo, to nie zgodzę się z napotkaną gdzieś opinią, iż jest to studium nałogowego hazardzisty. To raczej całkiem zręcznie skonstruowana - i w porównaniu z innymi działami Dostojewskiego - dość lekka powieść obyczajowo-psychologiczna, celnie przedstawiająca piekiełko dystyngowanej arystokracji, w którym cały czas toczy się brudna gra. O tym kto kogo i na ile.
Philip Roth - "Nemezis"
Pierwsze zdanie: "Pierwszy przypadek polio tego lata wystąpił na początku czerwca, tuż po Dniu Pamięci, w biednej dzielnicy włoskiej, położonej w przeciwległym do naszego krańcu miasta."
Jak wiemy od jakiegoś już czasu, osiemdziesięcioletni Philip Roth – chyba największy z żyjących amerykańskich pisarzy – ogłosił koniec swojej literackiej kariery. Po prostu zdecydował, że nic już więcej nie napisze. Pożegnał się z czytelnikami powieścią pt. „Nemezis” i trzeba przyznać, że jest to pożegnanie godne mistrza. Fabuła tej raczej krótkiej książki dotyczy epidemii polio, która wybuchła w upalne lato 1944 roku, w rodzinnej miejscowości autora, Newark w stanie New Jersey. Powoli zbliża się koniec II wojny światowej, Amerykanie lądują w Normandii, wszyscy młodzi chłopcy wyjechali walczyć, a młody Bucky Cantor jest opiekunem na szkolnym boisku. Z wojny wyeliminowała go wada wzroku. Cantor ma z tego powodu wyrzuty sumienia, zwłaszcza że jest silny, wysportowany i zgodnie ze swoim przekonaniem sto razy bardziej wolałby siedzieć w okopach niż grać w baseball. Ale skoro już stało się jak się stało, postanawia być najlepszym opiekunem boiska jakiego można sobie wyobrazić. Jest w pełni oddany swojej pracy, odpowiedzialny, a jego podopieczni i ich rodzice wprost go uwielbiają. Nadchodzi jednak straszliwe polio, które dziesiątkuje dzieci, zwłaszcza te pochodzenia żydowskiego. Bucky staje przed ważnym wyborem – zostać w Newark ogarniętym epidemią czy wyjechać na letni obóz, na którym jest dziewczyna którą kocha. To jedno lato będzie miało wpływ na całe jego życie. Nie piszę co będzie dalej, bo Roth przygotował tu pewien zaskakujący zwrot akcji. Autor porusza w tej książce temat śmierci, przeznaczenia i poczucia winy, która doprowadza do nieuchronnej klęski. To także powieść o strachu, cierpieniu i bezsilności wobec bezwzględnego losu. Poprzez swojego bohatera, targanego jednym wielkim odczuciem winy i gnębionego bez ustanku wyrzutami sumienia Cantora, Roth wadzi się z Bogiem. Staje przeciwko niemu by zadać mu podstawowe pytanie – co to za Bóg, który daje zabijać niewinne dzieci? Co to za Bóg który tam w Europie dopuszcza masowego mordowania Żydów, a tu w spokojnej, szczęśliwej wydawałoby się Ameryce sprowadza na przedstawicieli tego samego narodu tak wielką tragedię? Padają tu nawet tak mocne słowa „W tej koncepcji istota wszechmocna zwana Bogiem była nie jednością trzech osób w Trójcy Świętej, jak chce chrześcijaństwo, lecz jednością dwóch osób: chorego skurwysyna i złego geniusza.” W powściągliwy sposób napisana, acz trafiająca idealnie w punkt, znakomita i bolesna proza. Dotykająca rzeczy najistotniejszych. Zamieniająca czytelnika w jeden wielki, poruszony ważką treścią, znak zapytania. Rasowa rzecz. Obowiązkowo.
