Czyli o tym jak człowiek potrafi zamienić raj w piekło.

REKLAMA
Maciej Wasielewski – „Jutro przypłynie królowa”
logo
Pierwsze zdanie: „W szarawym świcie ledwo dostrzegalna, złudna, tak że nie sposób ocenić, jakie ma kształty.”
Maciej Wasielewski jest współautorem świetnego reportażu „81:1. Opowieści z Wysp Owczych”, w którym razem z Marcinem Michalskim, w bardzo sprawny reportersko-literacko-anegdotyczny sposób przybliżyli czytelnikom życie Farerów, czyli mieszkańców wciąż egzotycznego dla reszty Europejczyków, archipelagu wysp rozsianych między Skandynawią, Islandią a Szkocją. Ta książka wciągnęła mnie tak bardzo, że po jej lekturze żywo zacząłem interesować się Wyspami Owczymi i w tej chwili, jest to moje drugie podróżnicze marzenie do spełnienia, tuż po Nowej Zelandii. „Jutro przypłynie królowa”, druga, samodzielna już propozycja reporterska Wasielewskiego, również dotyczy wyspy i pochłonęła mnie jeszcze bardziej. W ogóle autor staję się już trochę takim specjalistą od opisywania małych, zamkniętych społeczności. Jak sam powiedział w wywiadzie udzielonym Wysokim Obcasom: „Wyspa jest dla mnie alegorią świata zamkniętego, względnie uporządkowanego, który daje się zmierzyć i zbadać. Jest też metaforą wspólnoty, a ja tęsknie ze życiem wspólnotowym”. Jednak za taką wspólnotą jaką poznał na wyspie Pitcairn, on sam i nikt inny (kto przeczyta jego książkę) tęsknić na pewno nigdy nie będzie.
Pitcairn to najodleglejsze terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Maleńka (cztery kilometry kwadratowe), skalista wysepka na Oceanie Spokojnym. W tej chwili zamieszkuje ją niespełna sześćdziesiąt osób (w populacyjnym szczycie było ich ponad dwieście). Głównie są to potomkowie buntowników ze słynnego brytyjskiego okrętu „Bounty”, którzy osiedlili się na niej wraz z porwanymi z Tahiti kobietami, ponad dwa wieki temu. Nie ma na Pitcairn portu, nie ma lotniska, bardzo rzadko dopływają tam statki, a żeby się na wyspę w ogóle dostać trzeba mieć zgodę mieszkańców. Są tam za to piękne mandarynkowe sady, soczyste ananasy (zwane przez mieszkańców jabłkami), najsłodszy miód na świecie i zamknięta, choć jak się okazuje nie do końca szczelnie, społeczność, która skrywa pewną mroczną tajemnicę.
Wasielewski podając się za antropologa badającego żeglarskie sagi (Pitcairnczycy nie tolerują u siebie wizyt dziennikarzy czy reporterów) dotarł na Pitcairn. Szybko zorientował się, że rzekoma wspólnota doskonała i rajska wyspa, to tak naprawdę ułuda i utopia prezentowana na pokaz, a jej mieszkańcy jedynie grają przyjaznych i serdecznych. Są za to nieufni i zamknięci w sobie. Mają wiele do ukrycia. Zanim jednak autor odsłoni przed nami całe zło tego "idealnego świata", przedstawi nam specyficzne reguły, relacje i zależności w nim panujące. Społeczność wyspy składa się z Pitcairneńczyków (czyli swoich, mających najwyższy status), Przechrztów (czyli obcych, którzy poprzez małżeństwo zostali naturalizowani) i Judaszy (a więc zdrajców, którzy drżą o swoje życie). Wszystkim od małego wpaja się do głowy, że wspólnota jest najważniejsza, a bez niej po prostu nie istnieją. Wyspą rządzi właśnie ów bezwzględny terror wspólnoty ustalony za pomocą prostych i brutalnych praw, a wdrażany w życie przez elitę społeczności - grupę najsilniejszych mężczyzn zwanych Chłopcami. W zasadzie każde relacje międzyludzkie opierają się tam na długu wdzięczności i zależności od innych. Owszem, pomożemy ci, nawet rzucimy się za tobą w morze, ale w zamian oczekujemy milczenia i uległości. Pełnej uległości.
Obcy, który kiedyś żył na wyspie:
„Granica między dobrem a złem, wcześniej nieprzekraczalna, zostaje przekroczona. Przeobraża się ludzka natura. Człowiek odkrywa w sobie ciemną stronę. Zmiany zachodzą szybko. (...) Przechodzisz w stan porównywalny z depresją. Wydaje ci się, że jesteś bezradny, że możesz to jedynie zaakceptować. Jest wspólnota, są Chłopcy, ich zasady. Okazuje się, że to jedyne zasady, jakie dają poczucie bezpieczeństwa. Nie uchwycisz momentu, kiedy bierzesz je za swoje.”
logo
Maciej Wasielewski Foto: Maciej Czerski
Wasielewski fantastycznie wprowadza czytelnika w świat tej tajemniczej wyspy, przez dłuższy czas ukrywając jej najbardziej strzeżoną i wstrząsającą historię. Ciekawym i bardzo dobrym zabiegiem jest również przeplatanie historii Pitcairn i relacji z niej, rozmowami z jedną z uciekinierek, do której udało się mu dotrzeć i namówić do bolesnych zwierzeń. Ponadto autor w mistrzowski sposób budując napięcie sprawia, że ten reportaż wciąga nas niczym najlepsza powieść grozy. Przy pomocy tych króciutkich, lakonicznych zdań, minimalistycznych opisów, wycinków i migawek z życia wyspy, tych pozornie błahych a jakże ważnych spostrzeżeń, częstych przemilczeń i niejednoznaczności, tworzy niesamowity, duszny i przerażający klimat miejsca opętanego złem. Złem, które zamieszkujący je ludzie zafundowali sobie sami. Złem, któremu nie starali się przeciwstawić. Złem, któremu dali pełne przyzwolenie. Złem, które obrodziło trwającymi na wyspie od lat notorycznymi gwałtami i licznymi przypadkami pedofilii oraz kazirodztwa.
Mocna, pasjonująca, niezwykle emocjonalna i w fantastyczny sposób napisana książka. Dla mnie poważny kandydat do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki.
Koniecznie!
Literackie tropy: „Jądro ciemności” Joseph Conrad, „Władca much” Wiliam Golding.
Inne tropy: Historię marynarzy z „Bounty” filmowano kilkukrotnie, ale najsłynniejsza jest ta wersja z 1984 roku z Anthony Hopkinsem i Melem Gibsonem w rolach głównych.