A w nich: arabska baśń, rasowy reportaż i szczere wspomnienia świetnego fotoreportera.
REKLAMA
Rabi Dżabir – „Druzowie z Belgradu”
Pierwsze zdanie: „Obudził mnie łoskot i drżenie ziemi.”
„Druzowie z Belgradu” to moje kolejne spotkanie z mało znaną literaturą arabską. Tym razem wybrałem powieść uhonorowaną Międzynarodową Nagrodą za Powieść Arabską, zwaną "arabskim Bookerem", której autorem jest uznany już pisarz, Libańczyk, Rabi Dżabir. Nie wiem czy to czasem nie wina kapitalnych, współczesnych opowiadań Irakijczyka Hasana Blasima („Szaleniec z Placu Wolności”), które czytałem nie tak dawno, ale lektura opowieści, a raczej gawędo-baśni, dziejącej się w XIX wieku, jaką proponuje Dżabir, jakoś nie wzbudziła we mnie większego entuzjazmu. Historia naprawdę wygląda jak z Baśni tysiąca i jednej nocy wycięta – oto bowiem ubogi sprzedawca jajek Hanna Jakub (co ważne – chrześcijanin!) zostaje w wyniku pewnego niefortunnego zbiegu okoliczności dołączony do grupy więźniów, którymi są druzowie (grupa wyznaniowa łącząca muzułmanizm z pewnymi wpływami chrześcijaństwa i innych religii) i wraz z nimi rusza w niewolę, która zaprowadzi go w najdalsze tereny imperium osmańskiego. Jak wynika z tytułu aresztowani zahaczą nawet o Belgrad i przez kilka dobrych lat tułać się będą po Bałkanach, przenoszeni z jednego lochu do drugiego, wykonując katorżnicze prace, cierpiąc głód i choroby. Hanna nieustająco tęsknił będzie za żoną i małą córeczką, próbował zrozumieć czemu tak straszliwy los go spotkał oraz starał się przeżyć. A w tle będzie się działa wielka historia i polityka – będą wojny (zwłaszcza ta domowa w Libanie), przewroty, sojusze, religijne masakry, zwycięstwa i upadki.
Niestety mało jest w tym wszystkim samej przygody, której chyba należałoby się spodziewać po takim rodzaju opowieści. Większość „akcji” bowiem toczy się w kolejnych lochach i podłych więzieniach. Brakuje mi w tej powieści momentów ożywiania tej monotonni, większej ilości „powietrza”, jakiegoś nerwu całej opowieści. Docenić trzeba natomiast plastyczne, bardzo dobrze skrojone opisy egzotyki tamtych czasów i świetnie oddane realia, solidne oparcie na historycznych faktach oraz psychologię głównego bohatera. Mimo wszystko rzecz ewidentnie dla fanów takich klimatów czy osób interesujących się tym okresem historycznym. Mnie ta książka jakoś nie porwała.
„Druzowie z Belgradu” to moje kolejne spotkanie z mało znaną literaturą arabską. Tym razem wybrałem powieść uhonorowaną Międzynarodową Nagrodą za Powieść Arabską, zwaną "arabskim Bookerem", której autorem jest uznany już pisarz, Libańczyk, Rabi Dżabir. Nie wiem czy to czasem nie wina kapitalnych, współczesnych opowiadań Irakijczyka Hasana Blasima („Szaleniec z Placu Wolności”), które czytałem nie tak dawno, ale lektura opowieści, a raczej gawędo-baśni, dziejącej się w XIX wieku, jaką proponuje Dżabir, jakoś nie wzbudziła we mnie większego entuzjazmu. Historia naprawdę wygląda jak z Baśni tysiąca i jednej nocy wycięta – oto bowiem ubogi sprzedawca jajek Hanna Jakub (co ważne – chrześcijanin!) zostaje w wyniku pewnego niefortunnego zbiegu okoliczności dołączony do grupy więźniów, którymi są druzowie (grupa wyznaniowa łącząca muzułmanizm z pewnymi wpływami chrześcijaństwa i innych religii) i wraz z nimi rusza w niewolę, która zaprowadzi go w najdalsze tereny imperium osmańskiego. Jak wynika z tytułu aresztowani zahaczą nawet o Belgrad i przez kilka dobrych lat tułać się będą po Bałkanach, przenoszeni z jednego lochu do drugiego, wykonując katorżnicze prace, cierpiąc głód i choroby. Hanna nieustająco tęsknił będzie za żoną i małą córeczką, próbował zrozumieć czemu tak straszliwy los go spotkał oraz starał się przeżyć. A w tle będzie się działa wielka historia i polityka – będą wojny (zwłaszcza ta domowa w Libanie), przewroty, sojusze, religijne masakry, zwycięstwa i upadki.
Niestety mało jest w tym wszystkim samej przygody, której chyba należałoby się spodziewać po takim rodzaju opowieści. Większość „akcji” bowiem toczy się w kolejnych lochach i podłych więzieniach. Brakuje mi w tej powieści momentów ożywiania tej monotonni, większej ilości „powietrza”, jakiegoś nerwu całej opowieści. Docenić trzeba natomiast plastyczne, bardzo dobrze skrojone opisy egzotyki tamtych czasów i świetnie oddane realia, solidne oparcie na historycznych faktach oraz psychologię głównego bohatera. Mimo wszystko rzecz ewidentnie dla fanów takich klimatów czy osób interesujących się tym okresem historycznym. Mnie ta książka jakoś nie porwała.
Wojciech Górecki – „Abchazja”
Pierwsze zdanie: „Mieszkamy w sanatorium Czernomoriec.”
Kaukaski tryptyk Wojciecha Góreckiego został zamknięty. Po „Planecie Kaukaz” poświęconej północnej części regionu i „Toaście za przodków” o Kaukazie Południowym, pojawiła się niedawno ostatnia jego odsłona dotycząca tytułowej Abchazji. To najbardziej lekka i przystępna, jeżeli oczywiście chodzi o formę, część tryptyku. Pierwsze dwie pozycje były książkami o silnym nacechowaniu historyczno-naukowym, „Abchazja” to z kolei reportaż bardziej osobisty. Po raz pierwszy bowiem Górecki sporo miejsca poświęca swoim doświadczeniom zawodowym, dziennikarskim czy samej pasji jaką jest Kaukaz. „Kaukaz wciąga, bo na małej powierzchni jest dużo wszystkiego. To dziesiątki narodów, języków, kultur i kultów (...) Można zgłębiać ten mikrokosmos latami – i życia nie starczy, żeby poznać go do końca.” Na szczęście nie robi tego w sposób nachalny czy dominujący, tylko ciekawie, niejako uzupełnia właściwą opowieść.
Ta dotyczy maleńkiego (200 tys. ludności), nieuznawanego w świecie państewka, o którym głośno zrobiło się w 2008 r. z powodu konfliktu zbrojnego między Rosją a Gruzją. Górecki przedstawia rys historyczno-polityczny tych terenów i stara się „rozmontować” skomplikowane, trudne i niejednoznaczne zależności w gorącym trójkącie Rosja-Abchazja-Gruzja, a że jest wybitnym specjalistą i ekspertem od tego regionu, to czytelnik otrzymuje konkretny zastrzyk wiedzy na jego temat. Książka jest zapisem wielokrotnych podróży autora do Abchazji (od 1993 r.). Celnie pokazuje ewolucyjne zmiany tam zachodzące, a z drugiej strony upadek dawnej świetności (np. Sachumi). Wprowadza w świat kaukaskich skrajności – od nienawiści i ciągłych konfliktów po niespotykaną serdeczność i otwartość. Wypełniają ją także interesujące opowieści o ludziach, na których autor się natknął, których poznał, a nawet się zaprzyjaźnił. Świetna jest zwłaszcza historia o tajemniczym Polaku, który walczył po stronie Abchazów na wojnie z Gruzją. Podobało mi się także samo zakończenie książki, w którym Górecki przyznaje się szczerze do tego, że upływ lat, zmiany przyzwyczajeń i zwykła ludzka skłonność do wygód przytępiły w nim dziennikarską czujność. Dobry, rasowy reportaż.
Ta dotyczy maleńkiego (200 tys. ludności), nieuznawanego w świecie państewka, o którym głośno zrobiło się w 2008 r. z powodu konfliktu zbrojnego między Rosją a Gruzją. Górecki przedstawia rys historyczno-polityczny tych terenów i stara się „rozmontować” skomplikowane, trudne i niejednoznaczne zależności w gorącym trójkącie Rosja-Abchazja-Gruzja, a że jest wybitnym specjalistą i ekspertem od tego regionu, to czytelnik otrzymuje konkretny zastrzyk wiedzy na jego temat. Książka jest zapisem wielokrotnych podróży autora do Abchazji (od 1993 r.). Celnie pokazuje ewolucyjne zmiany tam zachodzące, a z drugiej strony upadek dawnej świetności (np. Sachumi). Wprowadza w świat kaukaskich skrajności – od nienawiści i ciągłych konfliktów po niespotykaną serdeczność i otwartość. Wypełniają ją także interesujące opowieści o ludziach, na których autor się natknął, których poznał, a nawet się zaprzyjaźnił. Świetna jest zwłaszcza historia o tajemniczym Polaku, który walczył po stronie Abchazów na wojnie z Gruzją. Podobało mi się także samo zakończenie książki, w którym Górecki przyznaje się szczerze do tego, że upływ lat, zmiany przyzwyczajeń i zwykła ludzka skłonność do wygód przytępiły w nim dziennikarską czujność. Dobry, rasowy reportaż.
Krzysztof Miller – „13 wojen i jedna”
Pierwsze zdanie: „Historia mojego życia to historia ciągłego bujania się.”
Krzysztof Miller – najlepszy polski reporter wojenny. Założę się o paczkę draży, że mało kto wie jak ten człowiek wygląda, a każdy z Was widział i zapamiętał choć jedno jego zdjęcie. Choćby to chyba najsłynniejsze, które ilustrowało okładkę wydanej w zeszłym roku książki „Bractwo Bang Bang”:
To ten pan, który razem z Wojciechem Jagielskim stworzył polski supertandem reporterski. Teraz sam wziął się za pisanie. Prawdopodobnie nie ma do tego fachu takiego talentu jak wspomniany Jagielski. Można się również zżymać i mądrzyć (jak to czynią niektórzy), że ta jego pisanina to żadna literatura, że irytuje słaby język, że styl jałowy i toporny, że za dużo przekleństw itp. itd. Dla mnie ta książka jest genialna właśnie w tej swojej prostocie. I jednego jej na pewno nie można odmówić - jest szczera. Aż do bólu. A szczerość w każdej dziedzinie jest wartościowa. Miller wspomina wyjazdy w rejony różnych konfliktów i wojen, których świadkiem był od 1989 roku, m.in. od Rumunii, poprzez Gruzję, Czeczenię, Rwandę, RPA po Afganistan i Irak. Opisuje w pierwszoosobowej narracji, wszystkie te sytuacje, zdarzenia i obrazy, które zapamiętał najlepiej. Przedstawia je trochę w taki sam sposób jak robi zdjęcia – wyłapuje ciekawy kadr, strzela migawką i już. Kule świstają obok głowy, adrenalina skacze w górę, strach siedzi na karku, autor wypowiada to swoje zaklęcie „Miller, a chuj!” i biegnie dalej. A my za nim. Wszystko dzieje się bardzo dynamicznie.
Ale są również fragmenty, w których zwalnia i daje sobie chwile na osobiste przemyślenia, na szczere wyznania. Pisze o swoich lękach, stresach i emocjach. O tym jak boli go cierpienie, które ma na wyciagnięcie aparatu, jak prześladuję go ciała zabitych, które fotografuje. Jak czasami czuje, że go to wszystko przerasta. Jak pije wódkę czy pali skręty żeby się zamulić i oderwać od wszystkiego. I to jest właśnie ta czternasta wojna. Wojna, która rozegrał się w głowie autora.
Całość jest taką bardzo prostą, ludzką relacją. Bez silenia się na wielkie słowa, na patetyczność czy jakieś sztuczne pompowanie balonu. Miller jest w tym wszystkim zwykłym człowiekiem, który ma niezwykłą pracę. Zresztą o swoim zawodzie pisze tak: „Nie jestem artystą fotografikiem. Jestem robotnikiem fotografii zapierdalającym fizycznie, z ciężką torbę, po ulicy.” I w dodatku człowiekiem bardzo samotnym: „Fotoreporter, nawet jeśli pracuje w grupie, działa sam. Zdany tylko na siebie. Sam z historią, która przed nim się dzieje i staje się jego informacją, jego przesłaniem. Sam z obrazem, który jego oko widzi. Sam ze swoimi myślami i wyobrażeniem o tym, co zaraz się stanie. (...) Bo chce być sam. Bo inaczej nie może. Bo tak naprawdę pragnie sfotografować coś innego niż inni. Bo inni to konkurencja. Więc w każdej grupie i za każdym zdjęciem każdy fotoreporter zawsze będzie sam. Sam, gdy sfotografuje, i sam, gdy wróci do domu. Sam z pamięcią i sam z myślami.”
Zupełnie osobna rzecz, to zdjęcia zamieszczone w tej książce. Ekstraklasa fotografii reporterskiej. Fantastyczne, poruszające i wstrząsające. Jest wśród nich jedno zrobione w obozie uchodźców w Kongu, które niezmiennie i stale demoluje mnie emocjonalnie – trzy małe umierające z głodu szkielety siedzące na brzegach kartonowego pudełka...
Czytać i oglądać!
Ale są również fragmenty, w których zwalnia i daje sobie chwile na osobiste przemyślenia, na szczere wyznania. Pisze o swoich lękach, stresach i emocjach. O tym jak boli go cierpienie, które ma na wyciagnięcie aparatu, jak prześladuję go ciała zabitych, które fotografuje. Jak czasami czuje, że go to wszystko przerasta. Jak pije wódkę czy pali skręty żeby się zamulić i oderwać od wszystkiego. I to jest właśnie ta czternasta wojna. Wojna, która rozegrał się w głowie autora.
Całość jest taką bardzo prostą, ludzką relacją. Bez silenia się na wielkie słowa, na patetyczność czy jakieś sztuczne pompowanie balonu. Miller jest w tym wszystkim zwykłym człowiekiem, który ma niezwykłą pracę. Zresztą o swoim zawodzie pisze tak: „Nie jestem artystą fotografikiem. Jestem robotnikiem fotografii zapierdalającym fizycznie, z ciężką torbę, po ulicy.” I w dodatku człowiekiem bardzo samotnym: „Fotoreporter, nawet jeśli pracuje w grupie, działa sam. Zdany tylko na siebie. Sam z historią, która przed nim się dzieje i staje się jego informacją, jego przesłaniem. Sam z obrazem, który jego oko widzi. Sam ze swoimi myślami i wyobrażeniem o tym, co zaraz się stanie. (...) Bo chce być sam. Bo inaczej nie może. Bo tak naprawdę pragnie sfotografować coś innego niż inni. Bo inni to konkurencja. Więc w każdej grupie i za każdym zdjęciem każdy fotoreporter zawsze będzie sam. Sam, gdy sfotografuje, i sam, gdy wróci do domu. Sam z pamięcią i sam z myślami.”
Zupełnie osobna rzecz, to zdjęcia zamieszczone w tej książce. Ekstraklasa fotografii reporterskiej. Fantastyczne, poruszające i wstrząsające. Jest wśród nich jedno zrobione w obozie uchodźców w Kongu, które niezmiennie i stale demoluje mnie emocjonalnie – trzy małe umierające z głodu szkielety siedzące na brzegach kartonowego pudełka...
Czytać i oglądać!
A tak wygląda Krzysztof Miller:
