Pilch, Rylski, Potoroczyn czyli kwietniowa ofensywa epicka.
REKLAMA
Jerzy Pilch – „Wiele demonów”
Pierwsze zdanie: „W połowie minionego wieku na siglańskiej poczcie pracował listonosz Fryderyk Moitschek, który znał sekret ludzkiego życia, wiedział, ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci.”
Paweł Potoroczyn – „Ludzka rzecz”
Pierwsze zdanie: „Pogrzeby w Piórkowie miały więcej życia niż wesela, kinematograf i elektryczność.”
Eustachy Rylski – „Obok Julii”
Pierwsze zdanie: „Życie nas wycenia.”
Poprzedni miesiąc był w prozie polskiej okresem, który odbije się jak sądzę na całym krajowym literackim 2013. W kwietniu ukazały się bowiem trzy dobre, a nawet bardzo dobre powieści i to wszystkie takie do bólu rasowe - z rozbudowaną, wielowątkową fabułą, z pełnokrwistymi bohaterami, z ciekawie wykreowanymi, wciągającymi światami – które będą powtarzać się w większości podsumowań dotyczących mijającego roku. I dam tu sobie łeb uciąć, choć mam tylko jeden, że tak będzie.
Ale gdy nowe książki wydają takie uznane marki i takie pewniaki jak Jerzy Pilch i Eustachy Rylski, no cóż, ciężko żeby było inaczej. Zwłaszcza, że obaj pisarze znajdują się akurat w wyśmienitej formie. Pilch po fantastycznym, choć przeraźliwie smutnym „Dzienniku” uraczył nas pierwszą po pięcioletniej przerwie (poprzednia „Marsz Polonia” była z 2008 roku) beletrystyką, a Rylski po świetnych esejach „Po śniadaniu” i średniej „Na Grobli” napisał swoją pierwszą konkretną powieść sensu stricte – i nie mam tu na myśli jedynie objętości, ale również sam rozmach i strukturę fabularną. Przecież taki „Warunek” czy „Człowiek w cieniu” (nic im oczywiście nie ujmując, bo to - zwłaszcza ta pierwsza - kapitalne książki) przy „Obok Julii” to zaledwie jakieś powieściątka.
I jak okazały literacki poziom tych dwóch autorów, raczej nie powinien nikogo dziwić, tak zaskakiwać może (mnie zaskoczył totalnie) podobnie wysoki kunszt trochę nietypowego debiutanta - Pawła Potoroczyna, twórcy „Ludzkiej rzeczy”. Jego debiut jest o tyle intrygujący, że następuje dopiero po pięćdziesiątce (chodzi oczywiście o wiek), jego autorem jest znany menadżer kultury, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza, a książkę którą objawia się czytelnikom pisał aż przez trzynaście lat. I w końcu napisał. I to świetnie. Ale po kolei.
O czym są te trzy fabuły? W telegraficznym skrócie. Pilch pisze w zasadzie o tym o czym już pisał nie raz – o luterskiej Wiśle (ukrytej w powieści pod nazwą Sigła), o postaciach, które znamy z jego wcześniejszych książek (np. Naczelnik i Pastor wraz z żonami, Komendant), tu i ówdzie o sobie samym. Pierwszoplanowym wątkiem wydaje się być tu tajemnicze zniknięcie jednej z córek Pastora Mraka, Oli. Jednym z pobocznych, miłość siostry Oli, Juli do Kornela. Poza tym główne role odgrywają tajemniczy i niepokojący jasnowidz-listonosz Fryc Moitschek, samobójca Juliusz i nie do końca określony narrator całej tej opowieści. Dużo się tu dzieje, z jednej historii wypływa kolejna, z kolejnej wypączkowują inne, bohaterów i wątków w nich bez liku i tak bez końca.
U Rylskiego główny bohater jest jeden – Janek Ruczaj, którego poznajemy jako młodego chłopaka, w gorące lato 1963 roku. Ten konkretny czas za sprawą miłości Janka do jego byłej nauczycielki i związanych z tą miłością dramatycznych wydarzeń stanie się latem, które wpłynie na całe jego życie. Po przedstawieniu przełomowych zdarzeń z 63-go, w drugiej części powieści poznamy dalsze koleje losu Ruczaja od lat 60 do dziś, a będzie to opowieść o charakterze melancholijno-sensacyjno-gangsterskim.
Potoroczyn z kolei przedstawia opowieść o prawdziwych oryginałach zamieszkujących małą, prowincjonalną wioskę Piórkowo. Akcja książki dzieje się w kilku płaszczyznach czasowych – których rdzeniem jest koniec wojny, 1944 rok, a najważniejszym z wielu, równorzędnych bohaterów Jasiek Smyczek – partyzant, grajek i niezmordowany kochanek. Poza tym podobnie jak u Pilcha – Proboszcz, Dziedzic, ponętna żona piekarza i wiele innych person z arcyciekawymi życiorysami i historiami.
U Rylskiego główny bohater jest jeden – Janek Ruczaj, którego poznajemy jako młodego chłopaka, w gorące lato 1963 roku. Ten konkretny czas za sprawą miłości Janka do jego byłej nauczycielki i związanych z tą miłością dramatycznych wydarzeń stanie się latem, które wpłynie na całe jego życie. Po przedstawieniu przełomowych zdarzeń z 63-go, w drugiej części powieści poznamy dalsze koleje losu Ruczaja od lat 60 do dziś, a będzie to opowieść o charakterze melancholijno-sensacyjno-gangsterskim.
Potoroczyn z kolei przedstawia opowieść o prawdziwych oryginałach zamieszkujących małą, prowincjonalną wioskę Piórkowo. Akcja książki dzieje się w kilku płaszczyznach czasowych – których rdzeniem jest koniec wojny, 1944 rok, a najważniejszym z wielu, równorzędnych bohaterów Jasiek Smyczek – partyzant, grajek i niezmordowany kochanek. Poza tym podobnie jak u Pilcha – Proboszcz, Dziedzic, ponętna żona piekarza i wiele innych person z arcyciekawymi życiorysami i historiami.
Pilch pozostaje w klimatach jakie zaprezentował w „Dzienniku”, serwuje nam bowiem ponurą opowieść o śmierci, sprawach ostatecznych, metafizyce i o różnych tajemniczych demonach, które co rusz pojawiają się i znikają z kart książki. Dodatkowo, dodaje coś czego jeszcze u niego dotychczas nie było wątek sensacyjny – jeszcze bardziej tajemniczą niż wszystko inne w tej książce - zbrodnię. Zresztą na stronach powieści pojawia się nawet hasło, iż mamy do czynienia z kryminałem luterskim. Ale to tylko sprytny wybieg, zasłona dymna czy wątek, który ma spinać całość, bo dla mnie to jest książka o śmierci i odchodzeniu. Mam wrażenie, że Pilch się z nami tą książką żegna „Wreszcie rozumiesz starych pisarzy, którzy pisali o niepojętej rozpaczy zostawienia wszystkiego. Pożegnaj sosnę na piaszczystym wzgórzu, pożegnaj smagłe ciało, pożegnaj hokej, pożegnaj sztruksową marynarkę – teraz rozumiesz; tysiąc razy lepiej było, jak się nie rozumiało. Żyjesz? Tak jest! Umieranie zaczęło się na dobre.” Demonów w tej powieści jest od metra, ale ten wydaje mi się tym najistotniejszym.
Rylski natomiast po raz pierwszy aż tak się odsłania. Korzysta otwarcie z własnego życiorysu i choć w licznych wywiadach do znudzenia powtarzał, że to nie jest powieść autobiograficzna w skali 1:1, to wiadomo, że Ruczaj ma bardzo wiele z samego autora. Od jego pochodzenia, poprzez fakt wychowywania przez kobiety, po identyczne miejsca zatrudnienia, czy pełno istotnych drobiazgów jak choćby miłość do samochodów, łąk czy Hemingwaya. Właśnie. „Obok Julii” jest swego rodzaju hołdem oddanym temu pisarzowi: „Przynależność do klanu wyznawców Hemingwaya, bo była to religia, nie upodobanie, dobrze to charakteryzuje. Byłem tego lata jednym z kapłanów tego wyznania, choć powoli otaczały mnie wątpliwości zapowiadające utratę wiary lub, co niebezpieczniejsze, kąpiel w odmętach herezji. Pociągał nas ten infantylny i niezbyt mądry pisarz jak nikt. Wyostrzał nam apetyt na życie i tak wyostrzony przez młodość , zdrowie i wszelką sprawność. Gotowi byliśmy na smakowitości podsuwane na olbrzymim półmisku w restauracji otwierającej nam, byliśmy tego pewni, nieograniczony kredyt.”
To twarda, pełna testosteronu, męska opowieść w pewnym stopniu nawet napisałbym przygodowa. Jest w niej napięcie, jest trochę okrucieństwa, są sprawy honoru jest i w końcu wielka, nieszczęśliwa miłość. Do tego w tle trochę PRL-u w postaci prostych robotników, drobnych cwaniaków i kombinatorów oraz wszechwładnych ubeków.
Z kolei u Potoroczyna opowieść może nie przygodowa, ale na pewno łotrzykowska z przymrużeniem oka (ci pożal się Boże partyzanci od siedmiu boleści bawiący się w kowbojów i Indian) miesza się z nawiązaniami do prozy chłopskiej. A z drugiej strony wątek miłosny oraz śmiała i co ważne dobrze napisana, bo nie przesłodzona i zbanalizowana ani też wulgarna, erotyka, z filozoficzną wręcz zadumą wyrażoną w quasi miniesejach na temat tytułowych ludzkich rzeczy czyli naszych nietypowych zachowań i skłonności. Poza tym trochę to taka polska w pigułce – Polacy, Żydzi, Niemcy, Cyganie, chłopi i szlachta, podziemie i komuniści, katolicy i niewierzący.
Rylski natomiast po raz pierwszy aż tak się odsłania. Korzysta otwarcie z własnego życiorysu i choć w licznych wywiadach do znudzenia powtarzał, że to nie jest powieść autobiograficzna w skali 1:1, to wiadomo, że Ruczaj ma bardzo wiele z samego autora. Od jego pochodzenia, poprzez fakt wychowywania przez kobiety, po identyczne miejsca zatrudnienia, czy pełno istotnych drobiazgów jak choćby miłość do samochodów, łąk czy Hemingwaya. Właśnie. „Obok Julii” jest swego rodzaju hołdem oddanym temu pisarzowi: „Przynależność do klanu wyznawców Hemingwaya, bo była to religia, nie upodobanie, dobrze to charakteryzuje. Byłem tego lata jednym z kapłanów tego wyznania, choć powoli otaczały mnie wątpliwości zapowiadające utratę wiary lub, co niebezpieczniejsze, kąpiel w odmętach herezji. Pociągał nas ten infantylny i niezbyt mądry pisarz jak nikt. Wyostrzał nam apetyt na życie i tak wyostrzony przez młodość , zdrowie i wszelką sprawność. Gotowi byliśmy na smakowitości podsuwane na olbrzymim półmisku w restauracji otwierającej nam, byliśmy tego pewni, nieograniczony kredyt.”
To twarda, pełna testosteronu, męska opowieść w pewnym stopniu nawet napisałbym przygodowa. Jest w niej napięcie, jest trochę okrucieństwa, są sprawy honoru jest i w końcu wielka, nieszczęśliwa miłość. Do tego w tle trochę PRL-u w postaci prostych robotników, drobnych cwaniaków i kombinatorów oraz wszechwładnych ubeków.
Z kolei u Potoroczyna opowieść może nie przygodowa, ale na pewno łotrzykowska z przymrużeniem oka (ci pożal się Boże partyzanci od siedmiu boleści bawiący się w kowbojów i Indian) miesza się z nawiązaniami do prozy chłopskiej. A z drugiej strony wątek miłosny oraz śmiała i co ważne dobrze napisana, bo nie przesłodzona i zbanalizowana ani też wulgarna, erotyka, z filozoficzną wręcz zadumą wyrażoną w quasi miniesejach na temat tytułowych ludzkich rzeczy czyli naszych nietypowych zachowań i skłonności. Poza tym trochę to taka polska w pigułce – Polacy, Żydzi, Niemcy, Cyganie, chłopi i szlachta, podziemie i komuniści, katolicy i niewierzący.
Co do języka, formy i wartości literackich, to majstersztykiem jest zwłaszcza „Wiele demonów” Pilcha. Rewelacyjnie napisana powieść. Słynna charakterystyczna Pilchowska fraza występuje tu w największym rozkwicie i najwyższym stężeniu. Kapitalny język, wielostopniowe wyraziste zdania, mistrzowska narracja, fabularna ekwilibrystyka, liczne dygresje, świetne anegdoty, dowcipne scenki czy dialogi, ironia, groteska, a ponadto wspomniana już mroczna metafizyka i gęsta symbolika. Można się przy tej powieści i bać i dobrze bawić.
Rylski to także posiadacz swej niepodrabialnej frazy i wybitny spec od języka, tyle tylko, że on stawia przede wszystkim na jego piękno i elegancję. To taka szlachetna i dostojna, wystudiowana forma, w której jest miejsce i na lirykę i na egzystencjalizm, zmysłowe opisy i czasami nawet wulgarną prozę życia. A całość choć dotykająca spraw trudnych i brudnych, jest jednak plastyczna i niezwykle zmysłowa. Duża to sztuka.
Potoroczyn dopiero zaczął pracować nad swoim stylem, jednak już teraz można przypuszczać, że będzie go charakteryzowała częsta zabawa językiem i liczne stylistyczne niespodzianki, ale również duża precyzja i wyczucie. Oprócz tego wysoka inteligencja, błyskotliwość, polot, ironia, bardzo dobre poczucie humoru, dygresyjność i zręczność w żonglowaniu konwencjami. Należy także podkreślić jeszcze raz, bo mało kto ma tę umiejętność, że autor świetnie radzi sobie z pikantną erotyką, a jeszcze lepiej z wulgaryzmami - kilkustronicowy zapis przekleństw Żyda (partyzancki pseudonim „Hiob”) rzucanych pod adresem Hitlera mało nie doprowadził mnie do spazmów ze śmiechu: „Żebyś miał rozedmę w płucach i ból w krzyżach, żeby jak se odmrozisz dziurę w dupie i będą ci wisiały brązowe sople, to żebyś nie mógł ich se odchuchać, i żebyś musiał czekać do wiosny, żeby się podetrzeć. I żebyś miał uberrozwolnienie, i żebyś usiadł na kaktusie, co ma takie kolce, żebyś nie mógł sobie dupy odkorkować, i żeby ci to rzadkie gówno zalało ten twój aryjski mózg. Żebyś popuszczał kocimi szczynami i żeby twój aryjski owczarek nie mógł wytrzymać tego smrodu, i żeby odgryzł ci kutasa, i żeby go turlał nosem po ziemi, aż sobie znajdzie lepszą zabawę i zostawi go nutriom. Żebyś miał łeb w kobylim zadzie i podziwiał widoki, i żebyś tak zasmakował w jarskich cymesach, i żeby się aryjska kobyła cieszyła, że nareszcie ma po francusku. Żeby twój cień się ciebie wstydził i chował przed tobą do dziury w dupie, i żebyś się dziwił jak nieobrzezany chuj w pełnym słońcu. Żeby ci jaja wepchnęli do dupy i kazali wysiadywać, i żeby czekali, co się wylęgnie, i żeby się wylęgli zbuki, co ich nawet nutrie nie zechcą. Żeby ci chuja wygięło w swastykę i żeby żydowskie krawce na całym świecie konali ze śmiechu na myśl o kalesonach z sześcioma nogawkami.”
Rylski to także posiadacz swej niepodrabialnej frazy i wybitny spec od języka, tyle tylko, że on stawia przede wszystkim na jego piękno i elegancję. To taka szlachetna i dostojna, wystudiowana forma, w której jest miejsce i na lirykę i na egzystencjalizm, zmysłowe opisy i czasami nawet wulgarną prozę życia. A całość choć dotykająca spraw trudnych i brudnych, jest jednak plastyczna i niezwykle zmysłowa. Duża to sztuka.
Potoroczyn dopiero zaczął pracować nad swoim stylem, jednak już teraz można przypuszczać, że będzie go charakteryzowała częsta zabawa językiem i liczne stylistyczne niespodzianki, ale również duża precyzja i wyczucie. Oprócz tego wysoka inteligencja, błyskotliwość, polot, ironia, bardzo dobre poczucie humoru, dygresyjność i zręczność w żonglowaniu konwencjami. Należy także podkreślić jeszcze raz, bo mało kto ma tę umiejętność, że autor świetnie radzi sobie z pikantną erotyką, a jeszcze lepiej z wulgaryzmami - kilkustronicowy zapis przekleństw Żyda (partyzancki pseudonim „Hiob”) rzucanych pod adresem Hitlera mało nie doprowadził mnie do spazmów ze śmiechu: „Żebyś miał rozedmę w płucach i ból w krzyżach, żeby jak se odmrozisz dziurę w dupie i będą ci wisiały brązowe sople, to żebyś nie mógł ich se odchuchać, i żebyś musiał czekać do wiosny, żeby się podetrzeć. I żebyś miał uberrozwolnienie, i żebyś usiadł na kaktusie, co ma takie kolce, żebyś nie mógł sobie dupy odkorkować, i żeby ci to rzadkie gówno zalało ten twój aryjski mózg. Żebyś popuszczał kocimi szczynami i żeby twój aryjski owczarek nie mógł wytrzymać tego smrodu, i żeby odgryzł ci kutasa, i żeby go turlał nosem po ziemi, aż sobie znajdzie lepszą zabawę i zostawi go nutriom. Żebyś miał łeb w kobylim zadzie i podziwiał widoki, i żebyś tak zasmakował w jarskich cymesach, i żeby się aryjska kobyła cieszyła, że nareszcie ma po francusku. Żeby twój cień się ciebie wstydził i chował przed tobą do dziury w dupie, i żebyś się dziwił jak nieobrzezany chuj w pełnym słońcu. Żeby ci jaja wepchnęli do dupy i kazali wysiadywać, i żeby czekali, co się wylęgnie, i żeby się wylęgli zbuki, co ich nawet nutrie nie zechcą. Żeby ci chuja wygięło w swastykę i żeby żydowskie krawce na całym świecie konali ze śmiechu na myśl o kalesonach z sześcioma nogawkami.”
Oczywiście wszystkie te trzy powieści nie są jakimiś dziełami totalnymi i idealnymi. Każdemu z pisarzy można coś zarzucić – Pilchowi, że ciut za dużo w „Wielu demonach” wszystkiego i przez to powieść może wydawać się trochę przegadana. Gdyby ją trochę odchudzić była by jeszcze lepsza. Choć z drugiej strony wydaje się, że właśnie taki był zamysł – opowieści dla opowiadania i opowiadania dla opowieści. Rylskiemu podobnie, że trochę za bardzo „popłynął”, zwłaszcza w drugiej części (pierwsza jest bez zarzutu, wręcz doskonała) gdzie tak już skomplikował fabułę (ruska mafia na Lazurowym Wybrzeżu, bałkańscy cyngle, Czerwone Brygady), że robi się ona nieco nieprawdopodobna. Poza tym w tej drugiej części trochę jednak siada rytm całej powieści. Debiutant, Potoroczyn też nie uchronił się drobnych potknięć. Częste dygresje występujące w powieści, te minieseje czy minitraktaty – jedne są potrzebne i celnie wzbogacają treść całości (np. ten o polskim błocie), a inne już niekoniecznie (np. o języku czy sowieckiej fabryce medali) i lepiej dla książki gdyby ich nie było.
Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie połowa dojrzałych prozaików w Polsce (bo z tych młodych, to pewnie każdy) oddałaby bardzo wiele żeby kiedyś popełnić coś choćby zbliżonego do tego stylu i na takim poziomie. Każda z tych książek wytrąca także sztandarowy już argument wielu krytyków, o kryzysie rodzimej powieści. A wszystko w jeden kwiecień…
Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie połowa dojrzałych prozaików w Polsce (bo z tych młodych, to pewnie każdy) oddałaby bardzo wiele żeby kiedyś popełnić coś choćby zbliżonego do tego stylu i na takim poziomie. Każda z tych książek wytrąca także sztandarowy już argument wielu krytyków, o kryzysie rodzimej powieści. A wszystko w jeden kwiecień…
PS. Żeby było wszystko jasne, kolejność okładek jest nieprzypadkowa. Najlepszy dla mnie z tej trójki to Pilch, później Potoroczyn i Rylski – każdego książkę bezwzględnie warto przeczytać.
